Strona 1 z 2

flames getting higher and you just watch it burn

: pn lip 27, 2026 12:47 pm
autor: Rhys Madden
i killed a part of me to get out of this hell
but the pain is something that i know so well
Wyjątkowo gorąca noc otuliła go gdy drzwi jego samochodu zamknęły się z trzaskiem.
Powietrze wydawało się rzadkie, duszne, jakby brakowało w nim tlenu, którego potrzebował by myśleć t r z e ź w o. Jego dłoń odruchowo sięgnęła do kieszeni spodni, wydobywając z nich zmiętą paczkę papierosów przechowywaną w tych barbarzyńskich warunkach. Wyjął ze środka jednego i wetknął sobie do ust nim jeszcze skierowali się do środka.
Mimmo's przechodziło pewną metamorfozę. Po poprzednim nalocie zmienił się właściciel, pozorując przywrócenie baru do bardziej legalnego rodzaju operacji, ale pod fałszywym obrazem zmian chowało się to samo, zgniłe wnętrze. Wnętrze, w którym ostatnimi czasy Moretti wykroił dla siebie własną lożę - lożę, w której przesiadywał ze s w o j ą świtą, nie będąc już częścią świty kogoś innego.
W jego dłoniach tkwiła zwykła, policyjna teczka, którą to miejsce z pewnością widziało wiele razy wcześniej. Zwykle przynosił je gdy Carbone potrzebował od niego informacji, bądź załatwienia sprawy po cichu. Właśnie to robił przez ostatnie dwa lata - przesuwał dowody, usuwał informacje z akt i dodawał własne. Tworzył dla Ventresci inną wersję rzeczywistości, taką, która umożliwiała im sprawne operowanie w świetle prawa.
Poniekąd, to samo zrobił dziś.
Sprawa Morettiego ciągnęła się miesiącami gdy mężczyzna wylądował pierwszy raz w areszcie i usiłował odzyskać swoją wolność. Zamieszane w nią było tak wiele osób, że przeinaczenie niektórych faktów nie było trudne, było wręcz dziecinnie proste dla kogoś, kto robił to nieustannie. Na komisariacie było wielu przeciwników, zażarcie walczących o to, by herszt Carbone'a został w więzieniu, do którego trafił słusznie.
Dopisanie jako jednego z nich Collinsa było prawdopodobnie pierwszym pożytecznym kłamstwem, którego dokonał w ciągu ostatnich miesięcy.
- Uważaj na siebie - westchnął do stojącej obok Mercer, której - najchętniej - nie widziałby tu wcale, najchętniej sam wkroczyłby do gniazda węży z pewnością tego, że była bezpieczna. Wiedział jednak, że nigdy by się na to nie zgodziła i miała ku temu powody.
To była w tej chwili tak samo jej wojna, jak i jego.
- Carbone'a nie ma na miejscu, ale Moretti nie będzie sam. W Ventresce ma już swoich ludzi, którzy odpowiadają wyłącznie przed nim, pomijając Sergio. Na pewno tam będą - dodał, odpalając papierosa, wiedząc, że gdy przekroczą próg tego baru, stracą możliwość swobodnej rozmowy. Ulica była całkowicie cicha - był środek tygodnia, a jednak nie mógł się pozbyć wrażenia, że nawet miasto wiedziało, by trzymać się od tego miejsca z dala tej nocy. - Niech dowie się, że to Collins utrudniał jego wypuszczenie na zewnątrz.
Upieką wtedy dwie pieczenie na jednym ogniu - Collins otrzyma dokładnie to, na co zasługiwał, oni zaś zaprezentują się jako potencjalni sojusznicy, chętni do opowiedzenia się po stronie Morettiego, nie Carbone'a, w tej chorej, wewnętrznej walce o wpływy.

margo mercer

flames getting higher and you just watch it burn

: pn lip 27, 2026 1:38 pm
autor: margo mercer
W ł a d z a musiała uzależniać znacznie skuteczniej niż alkohol czy narkotyki.
Nie otępiała. Wręcz przeciwni, sprawiała, że człowiek zaczynał wierzyć we własną nietykalność, a z każdą kolejną wygraną utwierdzał się w przekonaniu, że potrafił sięgnąć po jeszcze w i ę c e j.
Nikt przecież nie zaczynał od marzeń o przejęciu całego miasta. Wszystko rodziło się znacznie wcześniej, od jednego dobrze rozegranego interesu, kilku ludzi gotowych zrobić to razem z tobą, później pojawiał się następny, a zaraz po nim kolejny, aż w pewnym momencie przestawało chodzić o pieniądze. Zostawała wyłącznie potrzeba posiadania w i ę k s z y c h wpływów od człowieka stojącego naprzeciwko.
Może właśnie dlatego Ventresca trwała tak długo. Carbone nigdy nie zatrzymał się w miejscu, miała nadzieję, że podobnie jak Moretti nie zamierzał zatrzymać się teraz, kiedy po raz pierwszy od lat przestał funkcjonować wyłącznie jako prawa ręka kogoś innego. Wystarczyła chwila na wolności, a według tego, co przekazał jej Rhys, ten budował własne zaplecze, miał ludzi i jeszcze silniejszą pozycję. To była ich szansa, wystarczyło wykorzystać pęknięcie, które zaczynało pojawiać się pomiędzy nim a człowiekiem, któremu jeszcze niedawno ślepo służył.
Margo nadal nie była przekonana, że była to w ł a ś c i w a droga. Każda decyzja podejmowana przez ostatnie miesiące przypominała grę w ruletkę, w której równie łatwo można było wszystko zyskać i jeszcze więcej stracić. Moretti pozostawał jedną wielką niewiadomą. Mógł okazać się człowiekiem, który doprowadzi do upadku Sergio Carbone'a, ale równie dobrze mógł jednak zaprowadzić ich prosto do płytkiego i ciemnego grobu.
Ryzykowali dokładnie tyle, ile mogli wygrać.
Spojrzała na Rhysa dopiero wtedy, gdy wspomniał Collinsa. - Dowie się - odpowiedziała pewnie i z tym uśmiechem, bo zamierzała wykorzystać tę informację. To była jej część do odegrania, swoją własną Rhys wykonał przecież perfekcyjnie, podkładając przysłowiową świnię koledze z komisariatu. - Jeżeli Moretti uwierzy, że Collins zrobił w s z y s t k o, żeby zostawić go za kratami sam zrobi z tym porządek - na kilka sekund zatrzymała wzrok na szyldzie Mimmo's. Z zewnątrz lokal wyglądał dokładnie tak jak setki innych barów rozsianych po Toronto, choć doskonale wiedziała, że od dawna nie chodziło o budynek. Zmieniały się nazwiska właścicieli, zmieniały się twarze za barem, a interes pozostawał dokładnie taki s a m.
W jej świecie i d e a l n y m, tym sprzed kilku miesięcy, to miejsce nie miałoby prawa bytu. Nie po tym, jak dokonali tutaj nalotu, zgarnęli Bianchiego, który nie był wyłącznie marną płotką, jak wskazali dokładnie palcem, co działo się za zamkniętymi drzwiami tego baru. Tymczasem zaledwie kilka tygodni później znowu tutaj byli. N i c się nie zmieniło, bo pieniądze i kontakty w starciu z prawem nie miały ż a d n y c h szans.
- Chodźmy - pchnęła drzwi jako pierwsza. Wewnątrz panował znajomy półmrok, przerywany ciepłym światłem lamp wiszących nad barem, a rozmowy ucichły na tyle, by dało się odczuć, że ich obecność nie była pożądana. Morettiego odnalazła niemal natychmiast, siedzącego w swojej loży w otoczeniu ludzi, którym najwyraźniej zdążył wmówić, że to on teraz rozdaje karty. Zbliżyła się, czując tuż za swoimi plecami obecność Rhysa. Skinęła głową na powitanie, pozwalając, by przez chwilę między nimi panowała wyłącznie cisza. - Moretti - przerwała ją pierwsza. - Wygląda na to, że całkiem nieźle odnalazłeś się na wolności - nie była w stanie ukryć pogardy ani w głosie, ani w spojrzeniu.

Rhys Madden

flames getting higher and you just watch it burn

: pn lip 27, 2026 11:57 pm
autor: Rhys Madden
W teorii właśnie o to chodziło.
W końcu czy celem nie było załatwienie tej sytuacji przy możliwie najmniejszym ubrudzeniu własnych rąk? Jeśli - nie, gdy - Moretti dowie się o udziale Collinsa, jasnym było, że w ten czy inny sposób pozbędzie się za nich problemu. Dzięki temu unikną nie tylko wroga na komisariacie znajdującego się tak blisko nich, ale też prawdopodobnie zdobędą lepszą zemstę niż mogli sobie wyobrazić. Moretti przecież słynął ze swojego bycia rzeźnikiem.
A jednak coś w nim wzbraniało się na tę myśl.
Ta skomplikowana i cholernie problematyczna cząstka jego charakteru, która nie chciała, by mężczyzna został załatwiony przez kogoś innego. Ta, która pragnęła zacisnąć dłonie na jego gardle i wyrządzić mu każdą krzywdę, którą on ośmielił się wyrządzić j e j.
Ta, która chciała nacisnąć na spust i patrząc mu prosto w oczy, dostrzec w jego jasnych tęczówkach świadomość kresu swojej żałosnej egzystencji.
Stłamsił tę cząstkę siebie - tę, na którą nie było miejsca w życiu racjonalnego detektywa i chwilę później znalazł się wewnątrz dusznego, znajomego wnętrza Mimmo's, spoglądając prosto w oczy człowieka, którego sam wypuścił na te ulice.
- Pani detektyw - drwiący uśmieszek na twarzy mężczyzny łączył się z jego ironicznym tonem gdy uniósł wzrok na stojącą naprzeciw loży kobietę. - Widzę, że już pani wydobrzała. To dobrze - dodał leniwie, sięgając po szklankę ze swoim drinkiem. - Następnym razem powinna pani być ostrożniejsza z odbezbieczoną bronią. Wypadki chodzą po lu...
- Może powinieneś okazać nieco więcej wdzięczności, Moretti - warknął, przerywając tkwiącemu pośrodku loży mafiozowi nim ten wypowiedział o jedno słowo za dużo - jedno słowo, które skutecznie zwinęłoby jego dłonie w pięści i znacząco utrudniło im tę pieprzoną konwersację. - Gdyby nie ja, dalej gniłbyś w więzieniu.
Gdzie twoje miejsce zawisło między nimi, w powietrzu, niewypowiedziane, ale doskonale zrozumiałe - na tyle, że Moretti skrzywił się, przenosząc wzgardliwe spojrzenie na niego.
- Przeceniasz swoje możliwości, Madden - odrzucił niedbale, upijając łyk mocnego alkoholu chlupoczącego w jej szklance. - Prędzej czy później, byłbym na wolności. Jak nie z twoją pomocą, to inną.
Towarzyszący mu mężczyźni spięli się wyraźnie, jakby sama obecność dwójki policjantów wystarczała by ich barki ściągnęły się w tył, dłonie pod blatem stołu spoczęły na schowanych pod materiałem broniach, po które byli skłonni sięgnąć.
- Nie byłbym tego taki pewien - odrzucił, strzepując popiół z końcówki papierosa - równie niedbale - na podłogę obok siebie. W jego dłoni pojawiła się teczka. - Nie wszyscy pałali radością na wieść o twoim powrocie.
Jasne akta, kontrastujące swoją barwą i czystością, pomknęły przez przestrzeń między nimi i wylądowały z cichym klapnięciem na blacie stołu. Oczy Morettiego zwęziły się, wzrok nabrał drapieżności gdy powoli przeniósł swój wzrok na leżące przed nimi kartki papieru by zaraz unieść go na stojących naprzeciw nich detektywów.
- Co to jest?

margo mercer

flames getting higher and you just watch it burn

: czw sie 06, 2026 7:25 pm
autor: margo mercer
W teorii chodziło o znacznie więcej.
Największym pragnieniem, które teraz odczuwała było uwolnienie się. Takie na dobre. Nie chciała dłużej szukać rozwiązań, wchodzić coraz głębiej w ten przestępczy świat, który swoimi mackami oplatał ją szczelniej, odsyłając sumienie i moralność daleko stąd. Prawdopodobnie do miejsca, z którego już nigdy nie było powrotu. A przynajmniej nie bez poniesienia nieodwracalnych konsekwencji.
Nie chciała tutaj dzisiaj być. Nienawidziła tego, że Moretti, zamiast gnić w więzieniu, siedział teraz w barze, który już dawno powinien zostać z a m k n i ę t y na dobre i rozkoszował się wolnością w pełnym tego słowa znaczeniu, podczas gdy oni - choć nie zrobili prawie niczego złego - nie mieli do niej prawa. Była wściekła, widząc minę mafioza, uśmiechającego się do niej tak swobodnie, jak ona sama nie potrafiła uśmiechnąć się od wielu tygodni.
Pragnęła zetrzeć ten sam uśmiech z jego twarzy, przenieść go na własną i sprawić, że pożałuje chwili, w której w ogóle pomyślał, że życie na wolności mu się należy.
Zamiast tego, mając związane ręce, powściągnęła odruch zrobienia czegokolwiek nierozsądnego. Postrzał pozostawił po sobie coś więcej niż tylko bliznę. Nie wyrywała się już do przodu, instynktownie została o krok za Rhysem, uważnie obserwując wnętrze baru i każdą twarz, która mogła zwrócić się w ich stronę. Wzrok co chwilę wędrował od jednego mężczyzny do drugiego, jakby podświadomie próbowała zdążyć zauważyć wszystko, zanim wydarzy się coś czego ponownie nie będą w stanie zatrzymać.
Dopiero po chwili jej twarz rozciągnęła się w uśmiechu - był wyłącznie maską, ale na tyle przekonującą, by Moretti nie dostrzegł tego, co naprawdę kryło się pod spodem. Gdy na stole pomiędzy nimi wylądowała rzucona przez Maddena teczka, mężczyzna wyraźnie się tego nie spodziewał. - Nie tylko ja marzyłam o tym, żebyś zgnił za kratami - odezwała się, pozwalając sobie usiąść obok, wiedząc, że gdyby cokolwiek miało się wydarzyć, Rhys nie pozwoliłby, by spadł jej z głowy znowu choć jeden włos.
- Poczekaj - położyła dłoń na teczce, przyciskając ją do blatu w stanowczym geście. - Coś za coś - wierzyła, że posiadał jakikolwiek honor, którym tak chętnie szczycili się wszyscy ludzie jego pokroju i zamierzała wykorzystać to na ich korzyść. - Zastanowię się, czy wasza informacja jest warta jakiejkolwiek przysługi - jego dłoń zatrzymała się z b y t blisko jej własnej, muskając ją przelotnie. Całą siłą woli powstrzymała odruch odsunięcia się, unosząc na niego spojrzenie. Nie potrafiła przestać myśleć o tym, co zrobił. Ile krzywd wyrządził i jak blisko Carbone'a przesiadywał. Gdy tylko na moment przymknęła oczy, wyobraźnia podsuwała jej dokładnie to samo, co planowała zrobić Collinsowi, choć doskonale wiedziała, że człowiek stojący tuż obok niej - będący j e j człowiekiem, n i g d y nie pozwoliłby, by własne dłonie splamiła cudzą krwią.
- Nie masz się nad czym zastanawiać. To nie są negocjacje. Coś dostajesz i coś dajesz w zamian, kiedy z e c h c e m y, żebyś nam to dał. Rozumiesz? - wyjaśniła p o w o l i, doskonale zdając sobie sprawę, że nic tak nie wyprowadza drugiego człowieka z równowagi, zwłaszcza przekonanego o własnej nieomylności i wielkim ego, jak potraktowanie go jak głupca.

Rhys Madden

flames getting higher and you just watch it burn

: pn sie 10, 2026 5:03 pm
autor: Rhys Madden
Nienawidził tego miejsca.
Nienawidził tego, że tak charakterystyczny był dla niego jego zapach, że potrafił wyczuć go na swoich ubraniach, włosach, że oblepiał jego skórę zawsze, gdy wracał do mieszkania. Nienawidził jego ciemnych zakamarków, w których kątem oka zawsze dostrzegał potencjalne zagrożenie. Taniego alkoholu, od którego lepiły się stoliki - takie jak ten, na którym wylądowały akta.
A zaraz po nich jej dłoń.
Spoglądał na nią niemal z chorobliwą obsesją - to jedno wykroczenie Margo za granicę b e z p i e c z e ń s t w a. Oczami wyobraźni widział męską rękę zamykającą się na jej nadgarstku. Może ostrze noża zbliżające do jej gładkiej skóry w brutalnym geście, którego był już świadkiem w Mimmo's. Jego ciało napięło się, o ile było to w ogóle fizycznie możliwe, by zrobiło to bardziej.
A jego własne ręce zawinęły w pięści gdy dostrzegł męską dłoń tak blisko jej własnej, gdy zetknęły się ze sobą, a butne i niezadowolone spojrzenie Morettiego przesunęło się po Mercer.
- Myślisz, że jesteście w miejscu do stawiania żądań? - wycedził w odpowiedzi, w ten sposób, którego mogli się spodziewać. Ten przepełniony poczuciem nietykalności, jego cholernym ego i przekonaniem, że nie był im nic absolutnie winny.
Madden wyczuł poruszenie - gdzieś z tyłu, w innej loży, choć przecież spora część tego miejsca zamarła w reakcji na dwójkę policjantów poruszających się po jego terenie. Instynkt natychmiast go o tym powiadomił, zapalił czerwone lampki w jego głowie sprawiając, że detektyw drgnął, odwracając się i napotykając wzrokiem męską sylwetkę w półmroku.
- Nie chcesz dowiedzieć się, przez kogo gniłeś tyle w pierdlu? - odrzucił ze zniecierpliwieniem, dostrzegając zbliżającego się ku nim mężczyznę.
Jego widok sprawił, że krew w jego żyłach zmieniła się w lód.
Coś w jego trzewiach szarpnęło, jak wściekły pies rzucający się na przypiętym do jego szyi łańcuchu. Ta sama nienawiść, którą czuł do tego miejsca i do tego, co to miejsce robiło z nim samym. Ta sama furia, przez którą nie chciał tkwić przy niej, przy szpitalnym łóżku - tylko pragnął zrobić coś, natychmiast, coś cholernie głupiego.
- Niech będzie - prychnął herszt Ventresci, chwytając za akta i siłą wyrywając je spod dłoni Margo wiedziony ciekawością, która błysnęła w jego oczach w ramach ostrzeżenia.
W tym samym czasie do ich stolika podszedł Collins.
Szczęka Maddena zacisnęła się z wściekłością, niezdolna do uchylenia i powiedzenia choćby słowa. Spoglądał na twarz człowieka, którą widywał na komisariacie, a która wciąż tkwiła wyryta w jego myślach w postaci t a m t e j chwili w dokach.
Chwili, w której niemal ją stracił.
- A wy tutaj czego? - wycedził, spoglądając z podejrzliwością na akta, które drugi mężczyzna wyciągnął pod palców Margo i teraz rozchylał, zerkając do ich środka. Collins, nie doczekawszy się odpowiedzi od Morettiego, odwrócił głowę w stronę kobiety, uśmiechając się w prowokacyjny sposób. - Stęskniłaś się, Mercer?

margo mercer

flames getting higher and you just watch it burn

: pn sie 10, 2026 7:10 pm
autor: margo mercer
Czuła wzrok Rhysa na sobie, śledzący ją milimetr po milimetrze, będący szybszy niż jej własny, błądzący po omacku w kierunku każdego zakamarka, za którym n i c się nie czaiło.
Wiedziała, że to miało już z a w s z e tak wyglądać. Dawał jej tak pożądane przez nią poczucie bezpieczeństwa, którego teraz, albo już stale, potrzebowała, a jednocześnie zapewniał sobie samemu komfort.
Wydarzenia z magazynu zmieniły ich bezpowrotnie. Coś co rozdzieliłoby każdą normalną parę, co położyłoby się cieniem na każdej innej, zdrowej relacji, ich scementowało. Było jak kotwica, zatrzymująca ich w tym konkretnym miejscu, tuż obok siebie, p r z y sobie, nierozerwalnie ich łącząc. Przed poznaniem Maddena, tuż przed tym, gdy wkroczył do jej życia nie wyobrażała sobie czegoś takiego. Kolejny raz, w tak nieodpowiedniej chwili jak ta tutaj i teraz, gdy obok niej siedział Moretti, będący prawą ręką najpotężniejszego bossa wśród mafii z Toronto, myślała o człowieku stojącym z jej drugiej strony.
Jej wzrok mimowolnie powędrował w jego kierunku, na kilka sekund zamykając ich w swoim świecie, by po chwili pozwolić mu uciec gdzieś w głąb pomieszczenia, zaś samej skupić się na prowokacjach Morettiego. - Nie każ mi udowodnić, w którym miejscu tak naprawdę jesteś ty - odparła, nie pozwalając mu na gierki. Być może byli na jego terenie, miał za sobą swoich ludzi, a wszyscy inni siedzący przy pozostałych stolikach byli im b a r d z o nieprzychylni, ale jednak mieli tego asa w rękawie - wiedzieli z czyjego powodu był na wolności i jakie dowody przeciwko niemu zostały sfabrykowane tak, by wskazywały winę kogoś innego.
Jeśli Rhys potrafił umieścić nazwisko Collinsa w tej teczce, która została właśnie wyrwana spod jej ręki i leniwym ruchem otwierała się prosto na oczy Morettiego, czy tak trudno byłoby im wrobić kogoś innego, oczyszczając tym samym z zarzutów siebie?
Nie spodziewała się widoku człowieka, którego twarz od kilku tygodni nawiedzała ją w najgorszych momentach. Poderwała się natychmiast, jakby ciało zareagowało szybciej niż umysł, a ruch zatrzymał się dopiero w połowie, gdy świadomość ją otrzeźwiła. Przez krótką chwilę w jej głowie istniała wyłącznie j e d n a myśl, ta sama, którą nosiła w sobie od dnia, w którym obiecała Rhysowi, że przy najbliższej okazji zrobi to, czego nie pozwolił jej zrobić wcześniej. Chciała zobaczyć twarz Collinsa w chwili, w której zrozumie, że tym razem nie zdoła uciec, chciała odebrać mu wszystko, a najbardziej pragnęła, by ostatnią rzeczą jaką zobaczy było j e j spojrzenie.
Zamiast jednak ruszyć w kierunku Collinsa, opadła z powrotem na miejsce, a na jej ustach rozkwitł piękny, s z e r o k i i szyderczy uśmiech, wycelowany prosto w człowieka, który jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że wszedł właśnie do pomieszczenia pełnego ludzi znacznie bardziej zainteresowanych jego losem, niż mógłby przypuszczać. - Sądzę, że za chwilę będę tęsknić jeszcze bardziej, Collins - odezwała się spokojnie, przenosząc spojrzenie z niego na siedzącego obok niej mafioza.
Zmiana na twarzy Morettiego była nie do przeoczenia - mięśnie szczęki zacisnęły się mocno, jego wzrok przesunął się z Margo na Collinsa, później wrócił do teczki leżącej między nimi, jakby właśnie tam próbował znaleźć odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie zdążył zadać. - Ty? - padło w końcu cicho, co w jego przypadku było znacznie bardziej niepokojące niż podniesiony głos. - Przez ciebie siedziałem tam gdzie powinien siedzieć ktoś, kto próbował mnie sprzedać? - zapytał, podnosząc się p o w o l i, bez najmniejszego pośpiechu. - A ja przez cały ten czas myślałem, że po prostu nie potrafisz być użyteczny - Margo nie odrywała od niego spojrzenia. Właśnie na taki moment czekała, choć nie spodziewała się, że przyjdzie tak szybko. Wystarczyło pozwolić Morettiemu połączyć kilka faktów, które Rhys tak starannie przygotował i patrzeć, jak gniew powoli odbiera mu rozum.

Rhys Madden

flames getting higher and you just watch it burn

: pn sie 24, 2026 11:47 pm
autor: Rhys Madden
Liczyła się tylko o n a.
Jedyna stała w jego ciągle zmieniającym się świecie, która wydawała się właściwa. Która nie stanowiła żadnego ograniczenia, wręcz przeciwnie - była jego pieprzoną kotwicą. Zawsze wtedy, gdy któryś aspekt jego przeszłości sięgał po niego swoimi szponami, zawsze, gdy któraś strona jego podwójnie prowadzonego życia zaczynała przeważać i druga upominała się o rekompensatę. Zawsze gdy pojawiał się powód do sięgnięcia po złą whisky i gdy ciężar zaczynał przygniatać jego barki, zmuszał do ślęczenia przy biurku i nieustannego poszukiwania sensu w rzeczach, które z natury były go pozbawione.
Zawsze była obok.
I w tej krótkiej chwili porozumienia, która dla innych byłaby nieistotną wymianą spojrzeń, zastanawiał się, czy dostrzegła to w jego oczach - tak, jak on widział to w jej.
Nie było rzeczywistości, w której tylko jedno z nich wychodziłoby z tego baru, gniazda węży, do którego wkroczyli z jednym planem i nadzieją na to, że wypali. Był tego świadom, tak jak był świadom ciężaru broni schowanej za jego paskiem, bardziej niż skrytej w kieszeni odznaki - w tym miejscu będącej kompletnie bezużyteczną.
Musieli wyłącznie stać z boku.
Patrzył, jak Margo powstrzymuje wszystko to, co pragnęło wylać się na zewnątrz - jak gasi w sobie wściekłość, żądzę zemsty, potrzebę pieprzonej sprawiedliwości. Patrzył jak zaciska zęby i z powrotem zajmuje swoje miejsce, nie odwracając spojrzenia od mężczyzny, który niemal pozbawił ją tego wszystkiego, co było dla niej najważniejsze - przyszłości, którą mieli wspólnie budować.
Spokój wkradał się w jego ciało gdy to zrobiła. Zapewniał go, że wszystko było pod kontrolą, tak samo jak rosnąca w Morettim złość gdy ten zaczął wstawać, skupiając się na tym, który trzymał go za kratami. Musieli tylko pozwolić, by los wziął to wszystko we władanie.
- On kłamie - wycedził Collins, oburzenie i wściekłość migotały na jego twarzy gdy butnie występował krok naprzód i wyciągając palec, którym oskarżycielsko wskazał detektywa. - Nie miałem z tym nic wspólnego, Moretti.
- Te akta mówią co innego - odparował mafiozo, którego złość osiągała na tyle wysoki poziom, że nie potrzebował zbyt wiele przekonywania. W jego głowie, wszystkie elementy układanki wpadały na swoje miejsce - miał w końcu ego tak wysokie, że nie mógł pojąć, dlaczego tak długo siedział w ogóle za kratami i wierzył, że ktoś musiał w tym maczać swoje palce.
- Jaki jest twój plan, Madden? - zakpił, kolejny krok postępując w ich stronę. Był już blisko, zbyt blisko. Niemal czuł na sobie jego smród, pot wymieszany z wodą kolońską i tanią wódką. - Będziesz się kurwić dla gościa, który zabił twoją narzeczoną?
Był tak blisko.
Dłonie detektywa zwinęły się w pięści w tej potrzebie wyrażenia jakiejś reakcji na słowa, które przecięły ciszę. Czuł na sobie wzrok Morettiego, jakby ten dopiero przyswajał fakt tego, że Rhys o tym w i e d z i a ł. Ale jego własne spojrzenie było utkwione w Collinsie.
Musieli tylko to przeczekać. Musieli tylko w y t r z y m a ć.
- Widzę, że znalazłeś sobie nowy model - dodał, butnie podchodząc jeszcze bliżej, ignorując przy tym ludzi Morettiego, którzy powoli podnosili się ze swoich miejsc. Widział jego obrzydliwą mordę, grymas zadowolenia wymalowany na twarzy, przekonanie o własnej nietykalności - nawet teraz, nawet gdy igrał ze śmiercią. - Jest nawet całkiem podobna. Chociaż ma trochę lepsze cy...
Ostatnie słowo uwięzło w jego gardle gdy Madden ruszył naprzód, skracając między nimi dystans, gdy jego pięść przecięła powietrze i trafiła prosto w szczękę, niewyparzoną mordę drugiego detektywa. Furia wylała się z klatki, w której usiłował ją trzymać, pchnęła go do przodu, odwracając tyłem do stolika, tyłem do Morettiego i jego ludzi, sięgających kontrolnie po broń. Nie dostrzegł, jak mafiozo uniósł rękę, nakazując im brak ingerencji. Nie dostrzegł nawet jego spojrzenia, samemu sięgając po stojącą obok, pustą butelkę gdy dostrzegł kontratakującego Collinsa.
Collinsa, który nie mógł wyjść z tego miejsca ż y w y.
- W tym wydaniu lubię go najbardziej - zakpił Moretti, odwracając głowę ku tkwiącej obok kobiecie. - Choć nie wiem, czy miałaś przyjemność ją widzieć.

margo mercer

flames getting higher and you just watch it burn

: śr sie 26, 2026 8:33 am
autor: margo mercer
Resztkami siły powstrzymywała dłoń przed sięgnięciem do broni. Palce zaciskały się i rozluźniały przy jej boku, by zatrzymać impuls, który nakazywał jej zrobić jeden krok, wyciągnąć pistolet i zakończyć to strzałem.
Patrzyła na Collinsa z mieszaniną obrzydzenia i niedowierzania, bo nawet teraz, stojąc pośrodku pomieszczenia pełnego ludzi Morettiego, z Maddenem naprzeciwko siebie i świadomością, że jego własne nazwisko znalazło się w aktach, wierzył, że to wciąż o n miał przewagę. Butna mina, ten sam przekonany o nietykalności wzrok i zadarta broda - wszystko przez lata pozwalało mu zachowywać się tak, jakby każda zasada obowiązująca innych ludzi była wyłącznie sugestią, której on nie musiał brać pod uwagę.
Tym razem jednak jego pewność siebie miała w sobie coś groteskowego. Moretti nie potrzebował nawet wydawać rozkazu, jego ludzie już podnosili się ze swoich miejsc, a Rhys stał przed nim z pięścią zaciśniętą tak mocno, że niemal czuła napięcie przebiegające przez jego ciało. Collins m u s i a ł rozumieć, że każda kolejna obelga była następnym krokiem w stronę przepaści, a mimo tego nadal otwierał niewyparzoną mordę, nie potrafiąc zaakceptować, że tym razem nie kontroluje sytuacji.
Pierwszy cios wyrwał ją z natrętnych myśli. Jej ciało napięło się odruchowo, obserwowała każdy ruch Maddena, sposób w jaki pozwalał furii przejąć kontrolę - w jaki pozwalał Collinsowi żyć przez kolejne sekundy. Moretti również to rozumiał, dlatego jego uśmiech stawał się coraz szerszy, gdy przyglądał się całemu przedstawieniu z satysfakcją, bo dostawał dokładnie to czego pragnął.
Jego słowa do niej dotarły, choć w pierwszej chwili w ogóle nie zareagowała. Tylko na ułamek sekundy przeniosła na niego swoje spojrzenie, krzywiąc się. W odpowiedział posłał jej jedynie rozbawione spojrzeniem, bo właśnie takie widowisko było dla niego ulubioną formą spędzania czasu. Był tak wyrachowany, zimny i pozbawiony skrupułów, by cudzy ból traktować jak rozrywkę, a śmierć jak coś, co może kontrolować i zachować człowieka przy życiu do momentu, w którym opłaca mu się to robić.
Te słowa były dla niej otrzeźwieniem, dlatego gdy tylko dostrzegła napięcie w ramionach Rhysa, zrobiła krok naprzód, chwytając go za nadgarstek tuż przed następnym ciosem. W tle rozległ się szyderczy śmiech Collinsa, który najwyraźniej uznał, że właśnie znalazł powód do kolejnej prowokacji. - No proszę - prychnął, próbując otrzeć krew z rozciętej wargi. - Jednak suka ma nad tobą władzę - nie spojrzała nawet w jego stronę, bo całą uwagę skupiła na Maddenie. - Nie warto - szepnęła cicho, a ten sam rodzaj porozumienia znowu był wystarczający - nie musiała robić nic więcej. Collins zasługiwał na k a ż d ą rzecz, której właśnie próbował uniknąć, a ona nadal pragnęła zobaczyć moment, w którym z jego oczu zniknie ta pieprzona pewność siebie, ale nie zamierzała pozwolić, by Rhys splamił swoje dłonie krwią, skoro wystarczyło poczekać.
Moretti westchnął ciężko, najwyraźniej rozczarowany przerwaniem przedstawienia. - Wielka szkoda - mruknął, przyglądając się im z rozbawieniem. - Zaczynało być naprawdę interesująco - pstryknął palcami, a dwóch stojących najbliżej mężczyzn ruszyło w stronę Collinsa. Ten zdążył jeszcze rzucić kilka słów pod nosem zanim został chwycony za ramiona i odciągnięty w kierunku zaplecza. Nawet Moretti wiedział, że pewnych rzeczy nie załatwia się na oczach całego lokalu. Ludzie siedzący przy stolikach mogli wiedzieć k i m był, c z y m się zajmował i dla k o g o pracował, jednak musiał stosować granice.
Dopiero gdy drzwi za mężczyznami zamknęły się z ciężkim trzaskiem, przeniósł spojrzenie na detektywa, a uśmiech nie znikał z jego twarzy. - Wciąż masz ciekawy sposób rozwiązywania problemów - zachowywał się tak, jakby zaraz, kilka metrów za nimi, nie miał odebrać życia innemu człowiekowi. - Może jednak powinieneś pomyśleć o pracy dla mnie. Moglibyśmy się świetnie dogadać - wyciągnął paczkę z papierosami, częstując ich. - Rozumiem, że oczekujecie zapłaty za swoje informacje? - nie był idiotą, wiedział, że był to handel wymienny.

Rhys Madden

flames getting higher and you just watch it burn

: śr sie 26, 2026 2:40 pm
autor: Rhys Madden
Jej głos dotarł do niego przez grubą zasłonę, słowa z trudem wybijały się ponad hukiem uderzającego w piersi serca. Jeszcze trudniej przedzierały się do jego głowy, ponad myśli, które skupione były na wszystkich powodach, dla których w a r t o było.
Warto było zetrzeć uśmiech z jego paskudnej gęby permanentnie, warto było zrobić c o k o l w i e k. Cokolwiek, co nie było biernym tkwieniem w tej sytuacji w roli obserwatora, choć przecież to wszystko go dotyczyło - od samego początku.
Cokolwiek, co pozwalało mu oderwać wzrok od Morettiego, z którym teraz musieli w s p ó ł p r a c o w a ć.
Walczył o to, z Margo, ze samym sobą. Wiedział, że z racjonalnego punktu widzenia to było najlepsze, jeśli nie jedyne rozwiązanie z ich sytuacji. Zastąpienie jednego diabła drugim wydawało się trudne do obronienia gdyby nie fakt tego, że z jednym z diabłów byli bezpośrednio związani - a z drugim nie.
Z drugim wiązał go jedynie szum wody, różowe zabarwienie podłogi, wanna przysłonięta ludzką sylwetką spoczywającą w jej wnętrzu.
Wypuścił butelkę z dłoni, pozwalając, by ze stukotem odbiła się od podłogi. Jak przez mgłę, docierało do niego to, co mówił Collins, jak i obecność wszystkich innych osób tutaj - klientów, pracowników, tych, którzy nie byli bezpośrednio związani z Morettim, jedynie nieświadomie znosili jego obecność.
Świadków, gdyby zrobił coś więcej.
Odwrócił głowę, jego spojrzenie utkwiło w twarzy stojącej obok kobiety i zatrzymało się, skupiając na jej oczach, ściągniętych w niezadowoleniu brwiach, ustach zaciśniętych w wąską linię. Na drobnych piegach pozostawionych przez słońce, pieprzyku na jej policzku, na każdym detalu, który znał i który trzymał go o b o k.
Jego szczęka zdradzała napięcie, cień zasnuł zwykle zielone spojrzenie gdy w mikroskopijnym ruchu przytaknął - nie dlatego, że zgadzał się i nie było warto, ale jakby na potwierdzenie, że w r ó c i ł. Że był obok, był z nią po jednej stronie i był w stanie znieść doprowadzenie ich planu do końca nawet, jeśli pozbawiało go to możliwości ingerencji.
I dopiero gdy Collins został siłą zaciągnięty na zaplecze, a tam - jak podejrzewał - w stronę jakiegoś samochodu, który posłuży mu za trumnę, zmusił się do spojrzenia na Morettiego.
Jakże łatwo było podjąć decyzję o współpracy z nim gdy był daleko?
Jak trudno było znieść jego wyraz zadowolenia na twarzy? Słyszeć ofertę p r a c y wypowiedzianą jego słowami? Nie zastanawiać się, jak wyglądały j e j ostatnie chwile z człowiekiem takim jak ten?
Jak wiele był w stanie znieść jego złamany w pół kręgosłup?
- Chcę wyjścia - wyrzucił, głosem ochrypłym od tego napięcia, od wściekłości, która trzymała go w swoich okowach. Czuł jej bliskość obok, trzymał się jej kurczowo. Był w stanie znieść d u ż o więcej, dla niej.
- Nie mam na to wpływu - odrzucił mafiozo, wzruszając ramionami obojętnie, co w jego wypadku było gestem nadzwyczaj szczerym. - Nawet, gdybym miał, Collins nie jest wystarczającą zapłatą. Lojalni gliniarze są teraz towarem deficytowym, Madden.
Lojalni wobec kogo? Nie czuł się l o j a l n y ani wymiarowi sprawiedliwości, ani Ventresce, która przez ostatnie lata z jego pomocą go unikała. Zanim pytanie wymknęło się z jego ust, ugryzł się w język.
- Collins nie wymyśliłby sposobu na trzymanie cię w środku. Nie jest wystarczająco sprytny, ani samodzielny żeby to zrobić - wytknął, wracając do oryginalnego planu. - Pomogę ci pozbyć się człowieka, który naprawdę za tym stoi. Wydaje się nieszczególnie zadowolony z twojej obecności w mieście ostatnimi czasy.
Brwi mężczyzny uniosły się w górę, jego głowa odwróciła w stronę Margo i powróciła do Rhysa, jakby usiłował sprawdzić, czy któreś z nich nie kłamało.
- Carbone? - przekrzywił głowę, mieląc w niej pozyskaną informację. Na parę sekund nastała cisza, po której mężczyzna przeniósł swoje skupienie na stojącą obok kobietę. - Miło z twojej strony, że wciągnąłeś partnerkę w rodzinny biznes - dodał, prowokując, t e s t u j ą c. - Może to tobie powinienem zaoferować pracę, detektyw Mercer?

margo mercer

flames getting higher and you just watch it burn

: śr sie 26, 2026 6:50 pm
autor: margo mercer
Ona toczyła tę walkę nieustannie. Od samego początku, odkąd tylko dowiedziała się prawdy i dobrowolnie weszła w ten układ, walczyła z tym z kim m u s i a ł a współpracować zupełnie wbrew sobie. Każdy kolejny krok wymagał od niej odsunięcia na bok własnych zasad, przekonania, że pewnych ludzi powinno się omijać szerokim łukiem, a nie siadać z nimi przy jednym stole i szukać wspólnego interesu. Z czasem nauczyła się jednak, że w ich a k t u a l n y m świecie współpraca rzadko oznaczała zaufanie, a jeszcze rzadziej sympatię.
Chyba dlatego wbrew temu, co wydawało się Collinsowi i wbrew temu, co tak bardzo cieszyło Morettiego - widok wściekłego Rhysa wcale nie był dla niej czymś nowym. Przeszli przez ten etap dawno temu, kiedy złość i strach mieszały się ze sobą tak mocno, że sama nie wiedziała, którego z tych uczuć powinna słuchać. Potrafiła wyjść mu naprzeciw, stanąć na jego drodze i powiedzieć s t o p, nawet gdy widziała w jego oczach tę furię, która jeszcze niedawno mogła ją przerazić. Wiedziała, że tylko ona była w stanie zatrzymać go w takim momencie, bo tylko jej głos potrafił przebić się przez tę część jego umysłu, która podpowiadała mu, że rozwiązaniem każdego problemu może być przemoc.
Być może gdyby nie mieli Collinsa na wyciągnięcie ręki, patrzyłaby z chorą satysfakcją jak Madden daje mu o s t a t n i ą nauczkę, dotarli jednak do tego miejsca przez cholernie wyboistą ścieżkę, a zaprzepaszczenie szansy na to, by ktoś inny posprzątał ten b r u d za nich byłoby głupotą.
Nie była ślepa, widziała, że napięcie, które zawładnęło nim przez brawurę Collinsa nie opuściło go nawet wtedy, gdy ten zniknął z ich pola widzenia. Zauważała to konkretne, j e d n o spojrzenie, którym obdarzał gangstera i doskonale wiedziała, co się za nim kryło i ile siły potrzebował, by nie zniweczyć ich planu, wyciągając broń i strzelając do mordercy kobiety, którą niegdyś kochał. Która była jego światem i domem. Mimowolnie, s u b t e l n i e, by nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, opuściła dłoń wzdłuż ciała i tylko niewinnie musnęła małym palcem jego skórę, zatrzymując go przy sobie i nie pozwalając mu odpłynąć w otchłań tamtej rozpaczy.
Wraz z pierwszymi słowami detektywa, usta Margo uniosły się w ironicznym uśmiechu skierowanym wyłącznie w stronę Morettiego. Choć wcześniej miała obawy, wystarczyła pieprzona sekunda, by dostrzegła ten błysk w jego oku, w którym szybko kalkulował ile może stracić, a jednocześnie jak wiele może zyskać. Był idiotą - zabijał dla własnej satysfakcji, dla poczucia, że rządził światem i dla pieniędzy, a jednak pozostawał kompletnym głupcem, gdy na szali pojawiało się jego ego. Połknie ten haczyk wyłącznie ze względu na tę wielką potrzebę udowodnienia, że jest w a ż n i e j s z y. Dla tego dużego, wysłużonego krzesła na zapleczu przy okrągłym stole, gdzie rozgrywały się najważniejsze interesy Ventresci - zrobi w s z y s t k o.
- Nie ma takich możliwości. Jedyne co potrafi, to głośno szczekać - przytaknęła, widząc jak przenosi wzrok na nią, szukając choćby jednej oznaki, że kłamali. - Collins jest idiotą. Za każdym jego planem stoi ktoś inny - podkopywanie pewności siebie Morettiego było zaskakująco przyjemne, zwłaszcza gdy widziała, jak niewiele trzeba, by uruchomić jego ambicję.
Brzydziła się nim, tym spokojem z jakim potrafił mówić o rzeczach, od których większość ludzi odwracałaby wzrok. - A może to ja powinnam wysłać twoją dupę z powrotem za kratki, jeśli znam tę prawdziwą zawartość twoich akt, Moretti? - nie miała zamiaru wdawać się z nim w pyskówki, udowadniać mu swojej wartości ani uczestniczyć w tych udawanych przyjemnościach. - Nie masz tak wielkiego pola manewru, jak ci się wydaje.

Rhys Madden