The Collector’s Wake
: wt lip 28, 2026 8:07 am
Zaproszenie było jak zwykle krótkie. The Collector’s Wake. Z krótką adnotacją: Bring something beautiful you can bear to lose. I nic więcej.
Na długim, mahoniowym stole w bibliotece nie było ani jednego talerza. Zamiast kolacji leżały przedmioty. Dziesiątki przedmiotów. Srebrna papierośnica z wygrawerowanymi inicjałami. Polaroid z wyblakłym podpisem na odwrocie. Szmaragdowa kolczyk. Stara pozytywka. Pęk kluczy przewiązany aksamitną wstążką. Pierwsze wydanie powieści z pozaginanym grzbietem. Porcelanowa figurka charta. Jedwabny szal pachnący czyimiś perfumami. Rolex bez wskazówek.
Każdy z gości zostawił coś przy wejściu. Nikt nie pytał dlaczego. Edward jedynie dziękował, odkładając przedmiot na stół z ostrożnością kustosza, który właśnie przyjmuje nowe dzieło do kolekcji.
— Wszystko, co kochamy, prędzej czy później trafia do kogoś innego — powiedział tylko raz, zanim zniknął w tłumie. Każdy z gości musiał zostawić jeden przedmiot, tylko po to, aby przy wyjściu zabrać inny - obcy, nowy. To jak anonimowa wymiana skarbu.
(…)
Była druga w nocy. Dom zdążył już zapomnieć, że kiedykolwiek miał być elegancki. Kryształowy żyrandol uginał się pod ciężarem marynarek, jedwabnych szali i kilku elementów garderoby, których właścicieli nikt nie próbował nawet odnaleźć. Na schodach ktoś spał, obejmując jak poduszkę aksamitną pufę. Fortepian od ponad godziny służył za barek, zastawiony kieliszkami, butelkami burgunda i porzuconymi kartami do pokera.
Muzyka przestała być tłem. Teraz prowadziła cały dom. Ciężki bas odbijał się od drewnianych boazerii, mieszając z echem śmiechu, tłuczonych kieliszków i rozmów, które zaczynały się od filozofii, a kończyły wyznaniami składanymi ludziom poznanym czterdzieści minut wcześniej. I to tylko w tych mniej odważnych, wstydliwych przypadkach.
W oranżerii para tancerzy wirowała nago między palmami, jakby zapomnieli, że ktokolwiek na nich patrzy. Kilka metrów dalej ktoś czytał na głos fragment Portretu Doriana Graya, skutecznie zagłuszany przez grupę architektów kłócących się o to, czy brutalizm można uznać za romantyczny.
Na tarasie otwarto kolejną skrzynkę szampana. W ogrodzie ktoś rozpalił niewielkie palenisko, choć było zdecydowanie zbyt ciepło, by potrzebować ognia. Ludzie siedzieli wokół niego bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, przekazując sobie kieliszki, papierosy i historie, których prawdziwości nikt nie zamierzał sprawdzać. Jeden z młodzieńców był kompletnie nagi. Jego skóra z przyjemną, wręcz karmelową opalenizną błyszczała i i dobijała ciepłe światło ognia. Ktoś polewał idealnie płaski brzuch szampanem, a zebrani dookoła nie mogli doczekać się alkoholu wypitego z tej żywej rzeźby.
Edward przechodził przez ten chaos z zadziwiającym spokojem. Zabierał z czyichś rąk pusty kieliszek tylko po to, by chwilę później wcisnąć w to samo miejsce pełny. Nie próbował zatrzymać szaleństwa. Pilnował jedynie, żeby wyglądało pięknie.
To właśnie wtedy wpadł na niego. Dosłownie. Edward, wycofując się tyłem z biblioteki z kieliszkiem szampana w dłoni, otarł się ramieniem o wysokiego mężczyznę stojącego przy framudze. Kilka złotych kropel rozlało się na parkiet, ale on nawet nie spojrzał na kieliszek.
[akapit]Spojrzał za to na niego. Był wysoki. Niepokojąco przystojny. I wyglądał, jakby przez ostatnią godzinę próbował przekonać samego siebie, że dobrze się bawi. Edward zmrużył lekko oczy. On bowiem był już w pełni wesoły. Jego tęczówki wręcz błyszczały od nadmiaru alkoholu i naskórków, a twarz jaśniała w uśmiechu. Przez chwilę przyglądał mu się z rozbawieniem, przechylając głowę na bok.
- Powiedz mi… - odezwał się, jakby zadawał pytanie staremu znajomemu.
- Gdybyś mógł wiedzieć dokładnie, jak skończy się twoje życie… chciałbyś? - Nie czekał od razu na odpowiedź. Uniósł kieliszek, dopił resztkę szampana i uśmiechnął się pod nosem.
- Ja chyba nie. To zepsułoby całą zabawę. - Odstawił pusty kieliszek na najbliższy parapet.
- A teraz druga teoria. - Wskazał na niego palcem z przesadną powagą.
- Albo jesteś śmiertelnie znudzony… albo właśnie poznałeś miłość swojego życia i jeszcze o tym nie wiesz… - ale gdy kontynuował swój wywód, z salonu dobiegły ich piski i zamieszanie. Ktoś właśnie zemdlał na samym środku, pociągając za sobą szal wiszący na żyrandolu. Kryształy i metalowa rama stawiły opór. Ledwie kilka pomniejszych elementów urwało się i z cichym łoskotem opadło na drewniany parkiet.
Miles Howard
Na długim, mahoniowym stole w bibliotece nie było ani jednego talerza. Zamiast kolacji leżały przedmioty. Dziesiątki przedmiotów. Srebrna papierośnica z wygrawerowanymi inicjałami. Polaroid z wyblakłym podpisem na odwrocie. Szmaragdowa kolczyk. Stara pozytywka. Pęk kluczy przewiązany aksamitną wstążką. Pierwsze wydanie powieści z pozaginanym grzbietem. Porcelanowa figurka charta. Jedwabny szal pachnący czyimiś perfumami. Rolex bez wskazówek.
Każdy z gości zostawił coś przy wejściu. Nikt nie pytał dlaczego. Edward jedynie dziękował, odkładając przedmiot na stół z ostrożnością kustosza, który właśnie przyjmuje nowe dzieło do kolekcji.
— Wszystko, co kochamy, prędzej czy później trafia do kogoś innego — powiedział tylko raz, zanim zniknął w tłumie. Każdy z gości musiał zostawić jeden przedmiot, tylko po to, aby przy wyjściu zabrać inny - obcy, nowy. To jak anonimowa wymiana skarbu.
Była druga w nocy. Dom zdążył już zapomnieć, że kiedykolwiek miał być elegancki. Kryształowy żyrandol uginał się pod ciężarem marynarek, jedwabnych szali i kilku elementów garderoby, których właścicieli nikt nie próbował nawet odnaleźć. Na schodach ktoś spał, obejmując jak poduszkę aksamitną pufę. Fortepian od ponad godziny służył za barek, zastawiony kieliszkami, butelkami burgunda i porzuconymi kartami do pokera.
Muzyka przestała być tłem. Teraz prowadziła cały dom. Ciężki bas odbijał się od drewnianych boazerii, mieszając z echem śmiechu, tłuczonych kieliszków i rozmów, które zaczynały się od filozofii, a kończyły wyznaniami składanymi ludziom poznanym czterdzieści minut wcześniej. I to tylko w tych mniej odważnych, wstydliwych przypadkach.
W oranżerii para tancerzy wirowała nago między palmami, jakby zapomnieli, że ktokolwiek na nich patrzy. Kilka metrów dalej ktoś czytał na głos fragment Portretu Doriana Graya, skutecznie zagłuszany przez grupę architektów kłócących się o to, czy brutalizm można uznać za romantyczny.
Na tarasie otwarto kolejną skrzynkę szampana. W ogrodzie ktoś rozpalił niewielkie palenisko, choć było zdecydowanie zbyt ciepło, by potrzebować ognia. Ludzie siedzieli wokół niego bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, przekazując sobie kieliszki, papierosy i historie, których prawdziwości nikt nie zamierzał sprawdzać. Jeden z młodzieńców był kompletnie nagi. Jego skóra z przyjemną, wręcz karmelową opalenizną błyszczała i i dobijała ciepłe światło ognia. Ktoś polewał idealnie płaski brzuch szampanem, a zebrani dookoła nie mogli doczekać się alkoholu wypitego z tej żywej rzeźby.
Edward przechodził przez ten chaos z zadziwiającym spokojem. Zabierał z czyichś rąk pusty kieliszek tylko po to, by chwilę później wcisnąć w to samo miejsce pełny. Nie próbował zatrzymać szaleństwa. Pilnował jedynie, żeby wyglądało pięknie.
To właśnie wtedy wpadł na niego. Dosłownie. Edward, wycofując się tyłem z biblioteki z kieliszkiem szampana w dłoni, otarł się ramieniem o wysokiego mężczyznę stojącego przy framudze. Kilka złotych kropel rozlało się na parkiet, ale on nawet nie spojrzał na kieliszek.
[akapit]Spojrzał za to na niego. Był wysoki. Niepokojąco przystojny. I wyglądał, jakby przez ostatnią godzinę próbował przekonać samego siebie, że dobrze się bawi. Edward zmrużył lekko oczy. On bowiem był już w pełni wesoły. Jego tęczówki wręcz błyszczały od nadmiaru alkoholu i naskórków, a twarz jaśniała w uśmiechu. Przez chwilę przyglądał mu się z rozbawieniem, przechylając głowę na bok.
- Powiedz mi… - odezwał się, jakby zadawał pytanie staremu znajomemu.
- Gdybyś mógł wiedzieć dokładnie, jak skończy się twoje życie… chciałbyś? - Nie czekał od razu na odpowiedź. Uniósł kieliszek, dopił resztkę szampana i uśmiechnął się pod nosem.
- Ja chyba nie. To zepsułoby całą zabawę. - Odstawił pusty kieliszek na najbliższy parapet.
- A teraz druga teoria. - Wskazał na niego palcem z przesadną powagą.
- Albo jesteś śmiertelnie znudzony… albo właśnie poznałeś miłość swojego życia i jeszcze o tym nie wiesz… - ale gdy kontynuował swój wywód, z salonu dobiegły ich piski i zamieszanie. Ktoś właśnie zemdlał na samym środku, pociągając za sobą szal wiszący na żyrandolu. Kryształy i metalowa rama stawiły opór. Ledwie kilka pomniejszych elementów urwało się i z cichym łoskotem opadło na drewniany parkiet.
Miles Howard