Strona 1 z 1
dying, coming back and other ways to avoid defining the relationship
: wt lip 28, 2026 1:22 pm
autor: hayden tanner
Ja na pana miejscu wziąłbym te ulotkę, to naprawdę dla pańskiego dobra i sądzę, że lepiej, aby został pan jeszcze kilka dni na obserwacji…
A ja, na pana miejscu, wsadziłbym sobie tę ulotkę w dupę i głosił swoje mądrości gdzieś indziej.
Hayden był naprawdę blisko do wymówienia tych słów na głos, ale c u d e m się powstrzymał, zmuszając się do fałszywego uśmiechu i wciśnięciu ulotki o programie odwykowym do kieszeni znoszonych spodni. Nie miał problemu z narkotykami, więc sytuacja go nie dotyczyła. Obserwacji też nie potrzebował, bo oprócz małego kalibru wstrząsu mózgu, paru plastrach, bandażach i obitych żebrach — nic mu nie było. Nie z takich rzeczy z łatwością się wylizywał. W związku z czym, marzył tylko o momencie, w którym wreszcie opuści szpital, wciągnie małą kreskę na rozluźnienie i uda się do d o m u, aby zacząć się pakować.
Bo choć powinien zacząć od niećpania, tak to zostawił na j u t r o, ale kopnięcie w tyłek Cesara na dzisiaj. Tak, jak za każdym razem wcześniej, dopóki nie doszło do pierwszego buziaka i Hayden o podobnych zamiarach zapominał. Nie mógł sobie dalej pozwalać na perfidne zdrady, których jego facet bez przerwy się dopuszczał i skoro już chciał się przez to z a b i ć — ale los mu na to ewidentnie nie pozwalał — to może powinien był skorzystać z ostatniej szansy na naprawę swojego życia?
Nie miał ani telefonu, ani pieniędzy, ani dokumentów. Wszystko było jeszcze na policji, która badała wypadek samochodowy — Tanner nie przyznał się do tego, że zrobił to specjalnie, bo nie chciał mieć na głowie więcej psychologów, niż ustawa przewidywała — więc do domu wracał komunikacją miejską, wiercąc się nieprzyjemnie na niewygodnym siedzeniu. Cesare przyzwyczaił go do luksusu, wożenia się drogimi autami (jedno właśnie rozbił) i taksówkami. Nie do zbiorkomu, jak ten szczur, którym przecież nie był. Potrzebował kąpieli, ciepłych ramion i czegoś do jedzenia, zanim wdrąży swój wielki plan w życie. Biały proszek już dawno krążył po żyłach, bo Hayden na każdym kroku potrafił znaleźć kumpla od dilerki i ładnie się uśmiechnąć, z obietnicą zapłacenia później.
Kluczy też nie miał i skorzystał z zapominalstwa Cesare’go, który zawsze zapominał przekręcać zamka. W pewien sposób liczył na nieobecność mężczyzny, a w inny wręcz przeciwnie; trzaskać drzwiami nie planował, ale wydarzyło się to samo, gdy lada moment kroki poprowadziły go do kuchni. Widział w szklanej szafce swoje odbicie; podbite oko, przecięty łuk brwiowy z plastrem, opuchnięte wargi. Zdecydowanie nie, jak milion dolarów, a raczej pięć złamanych centów, oszczanych przez bezdomnego mężczyznę na fentanylu. Cóż.
Odwrócił się przodem, tyłek wciskając w blat i skrzyżował ręce na piersi, sycząc pod nosem z bólu żeber. Butna postawa świadczyła o kolejnej o b r a z i e majestatu, choć w zasadzie pielęgniarka go informowała, iż Cesare dzwonił do szpitala z pytaniem o niego.
Tylko trochę dotknęło to jego serce, powodując szybsze jego bicie i wzruszenie, że może jego facet nie jest tak wielkim dupkiem.
A potem sobie przypomniał, jak posuwał młodszego od niego kelnera.
— Odpowiednio spożytkowałeś swój wolny czas? Od teraz będziesz miał go więcej. Potrzebuję tylko kilku dni i twoja nowa dupa może zająć moje miejsce — p r z y w i t a ł się, wpatrując w Castelvertiego spod przymrużonych oczu.
Przeproś mnie, palancie. Powiedz, że mnie kochasz.
Cesare Castelvetri
dying, coming back and other ways to avoid defining the relationship
: pt lip 31, 2026 10:53 am
autor: Cesare Castelvetri
— Bardzo dobrze. Przynajmniej uwolniłem się od tego ćpuna — stwierdził, oparty o marmurowy blat kuchennej szafki. Zignorował pełne wątpliwości uniesienie brwi swojej przyjaciółki, dociskając do ust szklankę ze świeżo wyciśniętym sokiem z pomarańczy. — Było mi go żal i dlatego jeszcze go nie wyrzuciłem, a tak? Śmieci wyniosły się same — oznajmił z irytacją.
Już od ponad dwóch godzin przekonywał Susan, jak bardzo nie obchodzi go zniknięcie Haydena, ale kobieta mu nie wierzyła. Nic dziwnego, skoro robił to niespokojnie spacerując po kuchni i co chwilę sprawdzając telefon.
— I tak chciałem go zostawić. Teraz będę w końcu mógł zająć się sobą, zamiast ciągle go niańczyć — dodał, ale słowa nadal nie spotkały się ze spodziewaną reakcją. Było oczywiste, że w ten sposób Cesare próbuje dystansować się od trudnych emocji.
— A nie martwisz się, że coś mu się stało? — odezwała się w końcu, zakładając nogę na nogę i opierając dłonie na kuchennym stole.
Cesare parsknął cicho.
— Nic mu się nie stało. Dzwoniłem na każdy komisariat i do każdego szpitala w tym mieście i kilku okolicznych, a także do jego znajomych. Spędziłem na tym cały dzie-
Urwał, gdy znaczący uśmiech Susan dał mu jasno do zrozumienia, że jej pytanie było pułapką i miało jedynie za zadanie dowieść mu, że przez ostatnie trzy dni odchodził od zmysłów, nie wiedząc, co dzieje się z jego facetem, który kochał kłopoty bardziej od niego. Parsknął, ale zanim zdążył coś dodać, usłyszał trzaśnięcie drzwi i chwilę później do kuchni wparował Hayden.
— Widzisz, mówiłem ci, że nic mu nie jest i robi to wszystko, żeby zwrócić na siebie uwagę — obwieścił, zwracając się do Susan, chociaż Tanner wcale nie wyglądał, jakby miał się dobrze.
Dziewczyna wstała od stołu, cicho szurając krzesłem.
— Cześć — zwróciła się do Haydena, ale ten już przystępował do ataku na Castelvetriego. Zgarnęła swoją birkin ze stolika. — Ja już lepiej pójdę — rzuciła z przepraszającym uśmiechem, ale już nikt nie zwracał na nią uwagi, więc sama odprowadziła się do drzwi.
Cesare parsknął w odpowiedzi na oskarżenia, mierząc Haydena ciężkim spojrzeniem. Na jego widok czuł ulgę, ale wściekłość niemal kompletnie ją wyparła. Nie spał przez ostatnie dni. Nie był w stanie pracować. Zdychał ze zmartwienia, a ten pojawia się i jeszcze ośmiela zrobić mu awanturę.
— Co ty w ogóle sobie wyobrażasz?! — uniósł głos w odpowiedzi na absurdalne oskarżenia. — Znikasz bez słowa na trzy cholerne dni, wracasz i jeszcze myślisz, że będziesz mi robił scenę z powodu czegoś, co nie miało żadnego znaczenia? Już go zwolniłem! — dodał, kręcąc głową, bo chłopak wyleciał tego samego dnia, w którym Hayden ich przyłapał. Skrócił dystans między nimi, ujmując jego policzki i unosząc głowę pod światło. — Co ty znowu odpierdalasz? — dostrzegł jego rozszerzone źrenice i w przypływie złości wbił palce mocniej w policzki. — Znowu jesteś naćpany, ale to niby ja jestem tym złym — stwierdził, bo przecież gdyby zapytał, to Hayden i tak pewnie spróbowałby go okłamać. — No. Więc gdzie się szlajałeś, kiedy ja w domu odchodziłem od zmysłów? Całe noce jeździłem po mieście i łaziłem po klubach, bo nie wiedziałem, co się z tobą dzieje. Płacę za twojego najnowszego smartfona, żebyś go odbierał, a nie wyciągał z niego kreski.
Patrzył na niego ze złością, ale cała ta wściekłość wynikała z miłości i troski wyrażonej w najbardziej gówniany sposób pod słońcem.
Bo tak naprawdę Cesare był przerażony.
hayden tanner
dying, coming back and other ways to avoid defining the relationship
: sob sie 01, 2026 7:05 pm
autor: hayden tanner
przekleństwa i toksyczności, bo panowie są loco
Obecność przyjaciółki Cesare’go nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Wprawdzie, niemal zupełnie jej nie zauważył. Susan miała tą doskonałą zdolność wtapiania się w otoczenie, kiedy tylko była potrzeba i odczuwała swego rodzaju zagrożenie; jeszcze nigdy też nie nadepnęła na piętę Tannera, sprawiając, że zrobiłby Castelvertiemu awanturę o przyjaźń z nią. Raz było blisko, gdy była pijana i wisiała na ramieniu jego mężczyzny, ale potem narzygała mu na buty i wykrzyczała, że kocha Haydena, więc jej to wybaczył.
Niestety, przez tą niesamowitą zdolność, najczęściej również zdarzało jej się obrywać. Zawsze była w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze, tak, jak teraz, więc najwyraźniej nauczona doświadczeniami doskonale wiedziała, aby wyjść w odpowiednim momencie.
— No tak! Bo to zawsze ja pragnę uwagi, ja robię problemy i ja przesadzam, a ty wiesz wszystko najlepiej i nic nie robisz źle. Wielki, kurwa, Cesare, bez najmniejszej wady — wysyczał jadowicie, ignorując kobietę, chociaż w odpowiedzi na jej przywitanie kiwnął jej głową i może nawet uniósł kącik ust do góry. Zupełnie, jakby był to ten jeden, maleńki przerywnik w kłótni, którzy mogliby docenić w ukrytej kamerze. Nie zastanawiał się nad tym dużo — poziom adrenaliny wzrastał w jego krwi błyskawicznie, a nagłe dostarczenie narkotyków po trzech dniach mini przerwy podbijało jego agresję. Cóż, nikt nie potrafił wyprowadzić go z równowagi tak szybko, jak facet, którego k o c h a ł najmocniej, toteż przyglądał mu się wściekle, próbując udawać, że nie widzi ewidentnych oznak zamartwiania się.
Że podkrążone od braku snu oczy nie robią na nim wrażenia.
Że dygoczące od nadmiaru kofeiny dłonie wcale nie trafiają prosto do jego smutnego serduszka.
Że spięta postawa nie zachęca go do wtulenia się w umięśnione, ukochane ciało i prawowitego zaśnięcia w d o m u, a nie w szpitalu.
— Nie miało ZNACZENIA? Czy ty siebie słyszysz?! Dla mnie ma znaczenie to, że wtykasz fiuta w inne dziury! Może to JA powinienem zwolnić ciebie i zamknąć w domu, skoro pierwsza lepsza szmata sprawia, że kutas ci wyskakuje z rozporka?! — w r z a s n ą ł, biorąc głęboki oddech.
To nie był pierwszy raz.
Hayden wiedział, że nie był też ostatni.
I nadal potwornie bolało go przekonanie Cesare’go o tym, że f i z y c z n o ś ć nie miała znaczenia. Że mógł ruchać innych, bo był tylko słabym mężczyzną, którego swędział fiut, ale przecież kochał Haydena.
I każda inna śpiewka, którą próbował go notorycznie karmić.
Próbował odwrócić głowę, kiedy Cesare złapał go za policzki, ale nadal był słaby po wypadku. Sapnął więc tylko cicho, patrząc prosto w oczy starszego i zaśmiał mu się prosto w twarz, nie kupując tej śpiewki o śmiertelnym zamartwianiu się.
— Nie jestem naćpany — oczywiście, że n i e. — Odchodziłeś od zmysłów, czy jebałeś innego w naszym łóżku, kiedy JA leżałem w szpitalu? Rozbiłem ci samochód, a mój najnowszy smartfon jest na policji. Żałuję, że się obudziłem — warknął, korzystając z momentu, aby odtrącić od siebie rękę Castelvertiego i odsunąć się, robiąc między nimi ponownie dystans. Rozejrzał się po mieszkaniu, jakby rzeczywiście szukał oznak obecności obcej osoby.
— Ś m i e ć się prawie zabił, gratuluję, Cesare, twoja mamusia będzie dumna z tego osiągnięcia. Czy może ci powie, że mogłeś postarać się bardziej? — złość, rozgoryczenie i s m u t e k uderzyło w niego tak mocno, że nie zwracał uwagi na wyrzucane z siebie słowa; nie dostrzegł też momentu, w którym oczy zaszły łzami. Które, swoją drogą, tak potężnie go wkurwiły, że zrzucił z szafki koszyczek na klucze.
Do domu, do samochodów, do garażu i do restauracji.
Cesare Castelvetri
dying, coming back and other ways to avoid defining the relationship
: wt sie 04, 2026 10:58 am
autor: Cesare Castelvetri
Przymrużył lekko oczy i z założonymi na ramiona rękami obserwował z wyuczoną obojętnością, jak Hayden zaczyna robić mu awanturę, podczas gdy tak naprawdę powinien wrócić do domu na kolanach i prosić o przebaczenie po tym, jak zniknął bez słowa i zostawił wszystko na jego głowie.
Całą swoją postawą wyrażał dezaprobatę dla jego niedojrzałego zachowania oraz fakt, że podniesiony głos nie robi na nim żadnego wrażenia.
— Jesteś pieprzonym atencjuszem — dorzucił, podczas gdy Hayden tak zgrabnie podsumował całą ich sytuację życiową, nie dostrzegając, że sam pozostaje kompletnie ślepy na swoje własne przywary.
Zareagował zniecierpliwionym parsknięciem na jego wściekłe oskarżenia.
— Przecież ci mówię, że to bez znaczenia! — powtórzył, podniesionym głosem, jakby próbował przebić się przez krzyk Haydena. — Przestań dramatyzować! — warknął, próbując zatrzymać potok słów, bo po dwóch nieprzespanych nocach nie miał ochoty wysłuchiwać jeszcze pretensji, przecież to oczywiste, że kochał swojego partnera, tylko jak każdemu zdrowemu facetowi czasem zdarzało mu się popełnić błędy.
Dał się sprowokować.
Nawet nie zarejestrował, w którym momencie Susan wyszła z domu, bo jego partner skutecznie ostatecznie wyprowadził go z równowagi, wygadywanymi bzdurami, zmuszając do zmniejszenia między nimi dystansu i złapania mocno za policzki.
Zaśmiał się drwiąco, gdy Hayden próbował prosto w oczy i niezbyt przekonująco skłamać na temat swojego stanu. Cesare zbyt często oglądał go naćpanego, by nie rozpoznać tego pozbawionego ostrości i niemal sennego spojrzenia.
Pamiętam go jednak trzeźwego, choć ostatnio był to coraz rzadszy widok. Odsuwał jednak od siebie odpowiedzialność za tę sytuację.
W końcu Hayden był dorosły i wiedział, co rob-
Urwał tę myśl, z niedowierzaniem przysłuchując się wyznaniu partnera. Leżałem w szpitalu? Przecież dzwonił do wszystkich szpitali w promieniu stu mil. I co do tego wszystkiego ma niby policja?
Żałuję, że się obudziłem.
Zszokowany pozwolił mu odtrącić swoją dłoń, ale nie odsunął się na długo. Klucze z hukiem rozsypały się po podłodze, ale Cesare nie zwrócił na to uwagi i sekundę później zamykał już kochanka w mocnym uścisku ciepłych ramion. Przytrzymał go w nich stanowczo, gdyby Haydenowi przyszło do głowy spróbować się uwolnić.
— Nie mów tak. Kurwa. Nie mów tak. Nie chcę o tym słuchać — szepnął desperacko w potargane włosy, a w jego obojętny ton w końcu wkradły się autentyczne emocje, których przez cały czas nieobecności Tannera nie dopuszczał do głosu.
Cesare był przerażony. A nie lubił się tak czuć.
Żołądek ścisnął mu gwałtowny skurcz, a w ustach zrobiło się sucho, gdy w pełni dotarł do niego sens wypowiadanych przez kochanka słów.
— Zabraniam ci tak mówić — wymamrotał z twarzą zatopioną w jego włosach, więc nie poluźniając uścisku. Płuca Haydena mógł wypełnić znajomy zapach perfum i ciepłego ciała. — Zabraniasz, rozumiesz? Nie możesz mnie zostawić — szepnął, odsuwając go od siebie tylko po to, by zajrzeć mu w oczy i oprzeć dłoń na jego policzku. Zaniepokojonym spojrzeniem przesunął po otarciach na jego twarzy. — Nie dałbym sobie bez ciebie rady — zduszony szept padł tuż przed tym, jak odnalazł wargi partnera.
Pocałował go desperacko, jakby w ten sposób mógł zyskać pewność, że Hayden stoi przed nim żywy. To w bliskości tkwiła prawda, a nie w nieszczerych, podszytych dumą słowach. Wdarł się językiem między jego wargi i nie odsuwał, nawet kiedy obojgu zabrakło już powietrza.
hayden tanner