Strona 1 z 1

and the story goes

: wt lip 28, 2026 3:38 pm
autor: Harry Dillion
   Czuł się trochę, jakby robił coś nielegalnego.
   W sumie od niecałego miesiąca, jego życie przypominało fabułę filmu sensacyjnego, chociaż pozbawione było wybuchów i strzelanin, za co był niesamowicie wdzięczny. Nie tak dawno temu, bo zaledwie kilka lat wstecz, oglądał film z Melissą McCarthy, w którym to zmieniała się ze zwykłej szarej pani pracującej w którejś z agencji rządowych w pełnoprawną agentkę-szpiega. Miał wtedy może kilkanaście lat i wlepiony ze swoją twarzą w ekran laptopa, zastanawiał się, jak to było zostać agentem i to na dodatek szpiegiem. Film, chociaż komediowy, całkiem nieźle obrazował to, co robiło się, by zostać takim szpiegiem i że jedną z rzeczy, którym się poddawano, była zmiana tożsamości. Wtedy było to zaskakująco intrygującą rzeczą, o której pewnie myślał wiele razy po zakończeniu seansu.
   Przenosząc się w teraźniejszość, nie sądził, że kiedykolwiek przyjdzie mu wcielić się w podobnego bohatera. Oczywiście nie musiał biegać, strzelać i szpiegować kogokolwiek, jednak zdążył poznać tajniki tego, jak wygląda zmiana osobowości. I okazało się, że film, z którego śmiał się, zawierał wiele prawdy. Bo rzeczywiście, podczas szukania i kreowania odpowiedniej tożsamości, starało się wybrać taką, która jednocześnie była prosta do odegrania, ale jednocześnie zwykła i niewyróżniająca się. Jeszcze jako Arthur, nowojorski lekarz-rezydent w jednym z większych szpitali, przyszły kardiolog mógł osiągnąć wszystko. Doskonale wiedział, jaki miał cel, co chciał zrobić i jak miało wyglądać jego życie. Siedząc w szarym pokoju, wśród specjalistów i psychologów, musiał odpowiadać na serię pytań, być prześwietlanym pod najróżniejszymi kątami i został zmuszony do odkrywania wszystkich, nawet najbardziej intymnych szczegółów dotyczących swojego życia. Musiał zanurzać się we wspomnienia, o których nawet on, posiadacz pamięci fotograficznej, musiał sobie przypominać.

   Czy znasz jakieś języki obce? Łacinę.

   Czy masz problemy z alkoholem? Papierosami? Hazardem? Nie, nie i nie.

   Ilu miałeś partnerów seksualnych? Z iloma ludźmi się spotykałeś? Ciężko powiedzieć, gdy tak na mnie patrzycie.

   Czy masz znajomych poza Stanami Zjednoczonymi? Nie wydaje mi się.

   Czy potrafisz śpiewać? Grać na instrumentach? Tak, na kilku.

   Czy jesteś wierzący? Chodzisz do kościoła? A skąd to pytanie? Nie…

   Czuł się, jakby rozkładano jego ciało i osobowość na czynniki pierwsze. Jakby rozbijano jego atomy i próbowano z nich ułożyć coś zupełnie nowego. Miał nawet spotkania ze stylistami i chirurgiem, który miał zrobić mu operację nosa. Arthur musiał zniknąć nie tylko z Nowego Jorku, ale też ze świata. Po kilku tygodniach jego nowa tożsamość była wykreowana. Można się spodziewać, że ciężko jest stworzyć biografię, która zawierałaby dwadzieścia kilka lat doświadczenia, jednak nic bardziej mylnego. Wszystko co otrzymał, to trzy teczki. W jednej zawarte były jego nowe dokumenty, dowód kanadyjski, zaświadczenie o obywatelstwie, informacje o jego wykształceniu, paszport… wszystko na nowe personalia. W drugiej teczce były dokumenty mówiące o tym, jak będzie wyglądało jego życie od teraz – to czym miał się zajmować, co powinien robić i czego unikać. W trzeciej, najgrubszej, były informacje o tym, kim był Harry Dillion, mężczyzna, w którego od tego dnia miał się wcielać.
   A więc został aktorem na scenie życia. Wydawało mu się to dość poetyckie, chociaż nie bardzo. Nie chciał odgrywać ról, bo chciał dokładnie czegoś innego. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie dano mu zbyt wiele czasu by ze wszystkim się oswoić. Zaledwie trzy dni później stał już na lotnisku ze swoją matką, gdzie widzieli się po raz ostatni, bo kobieta wysłana była do Vancouver a on do Toronto.
   Na miejscu, już jako nowy wikary-organista Harry Dillion przez całe dnie zajmował się zamiataniem marmurowych podług kościoła. Musiał zapomnieć o tym, kim był, bo chociaż proboszcz został wtajemniczony w całą sprawę, to poinstruowano go, że nie mógł poruszać tego tematu na plebani. Ogólnie nie wolno było im o tym rozmawiać, więc ich relacja była… dziwna i wszelkie poruszanie tej konkretnej rozmowy odbywało się jedynie za pomocą spojrzeń i kiwnięć głową. Proboszcz był wyrozumiały i o dziwo Harry całkiem go polubił.
   Co innego było z agentem, który został mu przydzielony. Bo jak się okazało, ktoś musiał go pilnować.
   No i właśnie czekał na przyjazd samochodu. Siedział na ganku i gapił się w ekran telefonu, bo nic innego, lepszego nie miał do roboty. Czuł się, jakby robił coś nielegalnego, bo wszystko odbywało się w tajemnicy, a późna pora nie pomagała. Okolica była już ciemna, większość z ludzi pewnie już smacznie spała, a ci, którzy tego nie robili, z pewnością nie siedzieli z twarzami przy oknach, zastanawiając się, po co nowy wikary wsiada do czarnego, samochodu w samym środku nocy.
   Pojazd w końcu podjechał, a Harry posłusznie podszedł, otworzył drzwi i wsiadł do środka.
   – Dziwne to wszystko… – powiedział na przywitanie.

javier perez

and the story goes

: ndz sie 02, 2026 1:50 pm
autor: javier perez
Miesiąc wcześniej

Arthur Graines

Tylko to imię i nazwisko rozbrzmiewało w głowie Javiera Pereza, odkąd przekroczył próg komisariatu. Kolejny assignment, którego nikt nawet nie próbował przedstawić mu jako czegoś interesującego. Jakby miał za mało obowiązków na co dzień, teraz musiał jeszcze, kurwa, odgrywać jakąś pieprzoną niańkę i pilnować, żeby Graines nie odwalił niczego głupiego. Żadnych spontanicznych wycieczek, żadnych telefonów do dawnych znajomych, żadnego wychylania się ponad tłum. Javier miał upewnić się, że mężczyzna grzecznie siedział na dupie i udawał kogoś, kim nie był. Brzmiało jak robota idealna dla świeżaka, a nie dla człowieka z jego doświadczeniem, - Teraz nazywa się Harry Dillion - oznajmiła prowadząca śledztwo, przesuwając w jego stronę cienką teczkę. - Od teraz będzie organistą w St. John’s Anglican Church. Upewnij się, że nie zwraca na siebie uwagi i że dobrze mu się tam żyje. Nie chcemy ryzykować żadnych akcji, gdyby nagle stwierdził, że tęskni za Nowym Jorkiem. - Javier zerknął na teczkę, ale nawet jej nie otworzył. Przeciągnął się leniwie za biurkiem, splatając dłonie za karkiem, po czym wypuścił powietrze przez nos. - Wolałbym, żebyście wybrali kogoś młodszego - mruknął. - Nie chcę na stare lata zajmować się jakimś gówniarzem i sprawdzać, czy przypadkiem nie robi mu się smutno na widok pocztówki z Manhattanu. - Pani Crawford uniosła brew, wyraźnie niewzruszona jego marudzeniem. Po chwili parsknęła śmiechem i oparła dłonie o krawędź biurka. - Detektywie Perez, może od razu powinienes przejść na emeryturę, skoro nie potrafisz wykonywać swoich obowiązków, huh? - Spojrzał na nią spod lekko przymrużonych powiek, po czym w końcu sięgnął po teczkę. - Kusząca propozycja - rzucił, otwierając ją bez większego entuzjazmu. - Ale wtedy nie miałby kto wykonywać za was całej brudnej roboty. - Na pierwszej stronie znajdowało się zdjęcie mężczyzny.

Harry Dillion.

Hiszpan prychnął pod nosem. Arthur Graines mógł zmienić imię, miasto, pracę, a nawet sposób, w jaki układał włosy, mówił, ale ludzie nie przestawali być sobą tylko dlatego, że ktoś wydrukował im nowe dokumenty. Prędzej czy później zawsze popełniali jakiś błąd... a wtedy to Javier miał być tym, który posprząta cały ten pierdolony bałagan.

No cóż.. bring it on, eh?

Dzisiaj

Chwycił termos wypełniony gorącą kawą i wsiadł do auta, będąc cholernie niepocieszonym tym, że znowu musiał jechać na zwiady do Dilliona. Mężczyzna działał mu na nerwy. Javier nie potrafił nawet dokładnie określić dlaczego, ale od samego początku nie mógł się do niego przekonać. Może chodziło o sposób, w jaki ten na niego patrzył, a może po prostu o fakt, że od miesiąca był zmuszony regularnie sprawdzać, czy przypadkiem nie zatęsknił za dawnym życiem i nie postanowił zrobić czegoś wyjątkowo głupiego. Nie udało im się złapać żadnego szczególnego kontaktu. Nie było między nimi tej swobody, która zazwyczaj pojawiała się po kilku wspólnie spędzonych godzinach. Każda rozmowa wydawała się wymuszona, każde pytanie odbijało się od kolejnej krótkiej odpowiedzi, a cisza panująca w samochodzie z każdym spotkaniem stawała się coraz bardziej niezręczna.
Zresztą, czym on się przejmował? Miał go pilnować i chronić, a nie się z nim zaprzyjaźniać.
Podjechał pod kościół w przeciągu jakichś dwudziestu minut i zatrzymał samochód przy chodniku. Dostrzegając znajomą sylwetkę siedzącą na ganku, opuścił szybę i wychylił się lekko w jego kierunku. - Wskakuj - rzucił, nawet nie siląc się na żadne powitanie. Poczekał, aż Dillion zajmie miejsce pasażera, po czym ponownie ruszył. Jak zwykle nie zdradził mu, dokąd jechali. Po prostu zabierał go na kolejną przejażdżkę po Toronto, pokazując mu miejsca, które jego zdaniem mogłyby zainteresować człowieka przyzwyczajonego do życia w Nowym Jorku. Za każdym razem próbował znaleźć coś nowego. Restaurację, park, kawiarnię, muzeum albo jakąś pieprzoną atrakcję turystyczną, byle tylko Dillion nie siedział w swoim mieszkaniu i nie fantazjował o nowojorskich bajglach, swoich znajomych, poprzedniej karierze oraz życiu, do którego nie miał już prawa wrócić. - Co jest dziwne? - zapytał w końcu Javier, unosząc brew i ponownie spoglądając na niego. - Coś cię niepokoi?

Dillion

and the story goes

: pn sie 03, 2026 6:15 pm
autor: Harry Dillion
   Wskoczył więc posłusznie do samochodu. Otworzył drzwi z lekkim kliknięciem. Otworzyły się dość płynnie. Nie znał się jednak na samochodach na tyle dobrze, by stwierdzić, czy pojazd, którym jeździł policjant należał do tych lepszych czy może gorszych, ale prawda była taka, że nie interesowało go to. Nie przykładał większej uwagi do samochodów, bo uważał, że tak długo jak jeździły i przenosiły go z jednego miejsca na drugie, to są wystarczające. Był człowiekiem bardziej praktycznym, niż wygodnym. Chociaż tego drugiego również potrzebował.
   Zapiął się pasami, bo bezpieczeństwo było istotne. Zresztą nie chciał łamać przepisów w policyjnym samochodzie. Chociaż z pewnością byłaby to niezła historia do opowiadania w przyszłości. W sumie to, gdyby czuł się nieco pewniej, to mógłby się pokusić o takie zachowanie. Chciał jednak zachować się normalnie. Okoliczności w których poznał mężczyznę i okoliczności ich dzisiejszego spotkania nie były sprzyjające do żartów.
   Usiadł, opierając się wygodnie o siedzenie. Nie odezwał się od razu. Wciąż nie wiedział, jak miał rozmawiać z mężczyzną i wyczuwał, że nie było między nimi nici porozumienia, czemu się w sumie nie dziwił i nie miał mu za złe. Zostali na siebie skazani i to na dodatek przez okoliczności, które żadnemu z nich nie odpowiadały, więc nie dziwiło go to, że nie zaczęli swojej znajomości od dobrej strony. Harry starał się jednak nie pogarszać sytuacji, nawet jeśli Javier tak go odbierać.
   – No to – machnął ręką w kierunku przedniej szyby, w odpowiedzi na jego pytanie. – W sensie, że tak to teraz wygląda – powiedział, zastanawiając się, jak najlepiej ma to wszystko wyjaśnić, bo nie chciał znowu narzekać, nawet jeśli narzekanie było jedyną rzeczą, którą miał w głowie i najgorsze w tym wszystkim było to, że Javier był jedyną osobą, przy której mógł robić to tak otwarcie i który mógł mu coś na ten temat powiedzieć. Dotychczas bowiem jedynie myślał o tym wszystkim, co go spotkało. Czasami obawiał się nawet mówić na głos swoich myśli, nawet jeśli wiedział, że jest sam. Paranoja rozrastała się w nim niczym nieleczona choroba. – W sensie nie każdy wsiada do obcych samochodów w środku nocy… czuję się, jakbyśmy planowali morderstwo albo napad na bank – zaśmiał się lekko pod nosem. Nie wiedział, czy Javier był oswojony z takimi sytuacjami, a nawet jeśli nie to i tak wracając z nich, powracał do własnego domu, rodziny i życia, na które pracował od urodzenia, podczas gdy Harry powracał do udawania kogoś, kim w rzeczywistości nie był.
   – Nie, jest okej – przyznał. – Wino mszalne też mi już zaczęło smakować – uśmiechnął się. Była to kolejna próba zażartowania ze swojej sytuacji. Wino zawsze mu smakowało, bez znaczenia w jakiej postaci ono było. Mógł jednak przyznać, że powoli zaczął przyzwyczajać się do swojej nowej sytuacji, do kościoła i proboszcza, u którego mieszkał. Nie wiedział, czy kiedykolwiek pozwoli sobie na to, by zapuścić tutaj korzenie na stałe, bo ciągle w jego głowie kryła się myśl, że jednak będzie mu dane wrócić do domu.
   Spojrzał na mężczyznę. Zaskakujące było, że nic o nim nie wiedział, pomimo tego, że policjant wiedział o nim wszystko. Jedyne co wiedział to jego imię i nazwisko, a wszystkie pozostałe rzeczy były jedynie domysłami, które snuł, żeby przestać czuć się niekomfortowo w jego towarzystwie.
   – Słyszałem, że czasami można tu zobaczyć zorze polarne – zagaił.

javier perez