Let's just say, I loathe it all
: śr lip 29, 2026 8:56 am
Swój czas wolny Wesley lubił spędzać aktywnie. Oczywiście, od czasu do czasu potrzebował wyleżeć na kanapie przed telewizorem, jednak były to marginalne przypadki. Już od dzieciaka miał problem z nadmiarem energii i zwracano na to uwagę jego rodzicom przy każdej możliwej okazji. Aby jakoś to pozytywnie spożytkować, zapisywali go na różne zajęcia sportowe, chcąc zwyczajnie wymęczyć chłopca. Jednak w zdecydowanej większości przypadków Wes zamęczał trenerów, zanim oni w ogóle zdążyli zmęczyć jego. Tak było z piłką nożną, koszykówką i baseballem. Nie poddał się jednak opiekun grupy hokejowej, który dostrzegł potencjał w małym diable. Może i nie zrobił z Austena zawodowego hokeisty, ale zaszczepił w nim sympatię do tego sportu. Do tego stopnia, że nawet po latach chętnie na lodowisko wraca, nawet po prostu pojeździć.
Od czasu do czasu, Wes umawiał się z kolegami z dawnej drużyny na kilka meczy. Podobnie było tego dnia. Zmiana w barze była raczej spokojna. Poza jedną większą bójką, w którą Wesley musiał się zaangażować (o czym świadczył siniak przy poliku i podrapane knykcie) nic ciekawego się nie działo – dzień jak co dzień, powiedziałby. Z uwagi na to, wystarczyła mu krótka, raptem trzy godzinna drzemka, aby znów być pełnym sił i energii. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy do starej, znoszonej torby i ruszył w kierunku lodowiska.
Na miejscu byli już praktycznie wszyscy, dlatego Wes prędko przebrał się w szatni w odpowiednie rzeczy i wciągnął na nogi łyżwy, by już po chwili gonić za krążkiem po tafli lodu. Sprawiało mu to niewątpliwą radość. Czas mijał mu przy tym bardzo szybko – nim się obejrzał, dobre dwie godziny grali. Oczywiście trzeba wliczyć w to przerwy na nawodnienie oraz po prostu rozmowy, których też nie brakowało. W końcu trzeba było nadrobić zaległości. Chłopaki powoli się wykruszali, tłumacząc obowiązkami służbowymi lub życia codziennego – byli już w takim wieku, że każdy to raczej rozumiał i po prostu cieszył się, że w ogóle znaleźli czas na wspólną grę. Teraz byli wyrozumiali, ale kiedyś? Jeżeli któryś zszedł z lodowiska przed końcem trzeciego meczu to miał gadane – nawet urazy wymagające opieki medycznej nie były wytłumaczeniem.
Na łyżwach pozostało już niewielu z drużyny, przez co mecze nie miały sensu. Uznali więc, że po prostu pocelują trochę do siatki w trakcie swoich dyskusji, które to dotyczy głównie ostatniej rozgrywki ulubionej drużyny i plotek na temat życia ludzi z liceum. Wesley stał oparty o bandę i zachwalał właśnie głównego napastnika, kiedy to dostrzegł przy bramce wejściowej Carmen. Nie spodziewał się jej w takim miejscu i nawet nie wiedział, dlaczego jej obecność tak go zaskoczyła. Z początku zignorował to kompletnie, skupiając się na kolegach, jednak, gdy po paru a potem i parunastu minutach dalej stała przed taflą lodu uznał, że chociaż się z nową współpracownicą przywita.
Podjechał do niej, dość hucznie zatrzymując się na bandzie, chcąc zwrócić jej uwagę. — Ale wiesz, że na lodowisku się jeździ, a nie lampi w telefon? — zapytał, dostrzegając smartfona w jej rękach. — Czyżby randka nie wypaliła? — zapytał. To była jego pierwsza myśl – jakiś chłopak zaprosił ją na lodowisko; jak romantycznie. Romantycznie też ją najwidoczniej wystawił. Szkoda, ale tak też czasami jest. — A może z nami w hokeja zagrać chciałaś? — zarzucił bardziej w żartach, obracając się do swojej grupy. — Trochę za mało na skład do gry — dodał, wciąż przyglądając się chłopakom, którzy chyba również już się zbierali.
Carmen Torres
Od czasu do czasu, Wes umawiał się z kolegami z dawnej drużyny na kilka meczy. Podobnie było tego dnia. Zmiana w barze była raczej spokojna. Poza jedną większą bójką, w którą Wesley musiał się zaangażować (o czym świadczył siniak przy poliku i podrapane knykcie) nic ciekawego się nie działo – dzień jak co dzień, powiedziałby. Z uwagi na to, wystarczyła mu krótka, raptem trzy godzinna drzemka, aby znów być pełnym sił i energii. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy do starej, znoszonej torby i ruszył w kierunku lodowiska.
Na miejscu byli już praktycznie wszyscy, dlatego Wes prędko przebrał się w szatni w odpowiednie rzeczy i wciągnął na nogi łyżwy, by już po chwili gonić za krążkiem po tafli lodu. Sprawiało mu to niewątpliwą radość. Czas mijał mu przy tym bardzo szybko – nim się obejrzał, dobre dwie godziny grali. Oczywiście trzeba wliczyć w to przerwy na nawodnienie oraz po prostu rozmowy, których też nie brakowało. W końcu trzeba było nadrobić zaległości. Chłopaki powoli się wykruszali, tłumacząc obowiązkami służbowymi lub życia codziennego – byli już w takim wieku, że każdy to raczej rozumiał i po prostu cieszył się, że w ogóle znaleźli czas na wspólną grę. Teraz byli wyrozumiali, ale kiedyś? Jeżeli któryś zszedł z lodowiska przed końcem trzeciego meczu to miał gadane – nawet urazy wymagające opieki medycznej nie były wytłumaczeniem.
Na łyżwach pozostało już niewielu z drużyny, przez co mecze nie miały sensu. Uznali więc, że po prostu pocelują trochę do siatki w trakcie swoich dyskusji, które to dotyczy głównie ostatniej rozgrywki ulubionej drużyny i plotek na temat życia ludzi z liceum. Wesley stał oparty o bandę i zachwalał właśnie głównego napastnika, kiedy to dostrzegł przy bramce wejściowej Carmen. Nie spodziewał się jej w takim miejscu i nawet nie wiedział, dlaczego jej obecność tak go zaskoczyła. Z początku zignorował to kompletnie, skupiając się na kolegach, jednak, gdy po paru a potem i parunastu minutach dalej stała przed taflą lodu uznał, że chociaż się z nową współpracownicą przywita.
Podjechał do niej, dość hucznie zatrzymując się na bandzie, chcąc zwrócić jej uwagę. — Ale wiesz, że na lodowisku się jeździ, a nie lampi w telefon? — zapytał, dostrzegając smartfona w jej rękach. — Czyżby randka nie wypaliła? — zapytał. To była jego pierwsza myśl – jakiś chłopak zaprosił ją na lodowisko; jak romantycznie. Romantycznie też ją najwidoczniej wystawił. Szkoda, ale tak też czasami jest. — A może z nami w hokeja zagrać chciałaś? — zarzucił bardziej w żartach, obracając się do swojej grupy. — Trochę za mało na skład do gry — dodał, wciąż przyglądając się chłopakom, którzy chyba również już się zbierali.
Carmen Torres