Huntsville
: śr lip 29, 2026 3:28 pm
Po tej feralnej rozmowie Zoya nie mogła spać przez trzy noce. Na przemian wściekała się na Luciena i robiła sobie wyrzuty, że pod koniec spotkania zachowała się tak, jakby naprawdę była naciągaczką. W dodatku puszczalską naciągaczką. Najbardziej jednak nie mogła zrozumieć, dlaczego w ogóle przejmowała się opinią tego mężczyzny, skoro najpewniej nigdy więcej nie mieli się zobaczyć.
Ostatecznie odpuściła, chociaż jeszcze nie raz i nie dwa uderzyła się w usta, gdy w najmniej oczekiwanym momencie znowu przypominała sobie, że prawie się pocałowali. Wtedy próbowała mu udowodnić, jak bardzo na nią nie działał. Tymczasem działał i to okropnie!
W poniedziałek Zoya wyjechała do Huntsville. Ojciec poprosił ją o opiekę nad gospodarstwem na czas swojego pobytu u jednej z ciotek gdzieś w głębi Kanady. W tym czasie bracia byli w rozjazdach, więc natychmast się zgodziła i wzięła w pracy kilka dni wolnego. I tak potrzebowała odetchnąć od miejskiego zgiełku, od tych wszystkich telebimów z twarzą Luciena i od przeklętego algorytmu, który uparcie podsuwał jej na ig rolki przygotowywane przez jego fanki.
I przede wszystkim potrzebowała w spokoju oswoić się z wizją macierzyństwa, która coraz natarczywiej pojawiała się w jej głowie w randomowych momentach dnia.
We wtorkowe popołudnie Zoya zajęła się sprzątaniem stajni. Ubrała wysokie kalosze, mocno rozdarte jeansowe spodenki i top. Przez pierwszą godzinę wywoziła taczką starą słomę, a kiedy skończyła, zaczęła wykładać boksy świeżą. W międzyczasie donosiła koniom baniaki z wodą.
Była tak pochłonięta pracą, że nawet nie usłyszała, kiedy pod bramę zajechał jakiś samochód. Zresztą i tak spodziewała się co najwyżej chłopaka, który odkupował od nich jajka.
W końcu zaalarmowało ją gdakanie kur. Niespodziewanie rozbiegły się one po podwórzu, a dwie z nich wpadły do stajni. Zgraja niosek Weasleyów była wyjątkowo panicznie nastawiona do odwiedzin gości. Zoya jednak nie zdążyła nawet wychylić nosa zza wrót budynku, kiedy niespodziewanie w wejściu pojawił się mężczyzna.
Niestety rozpoznała go natychmiast i z równą prędkością ściągnęła niezadowolona brwi i ułożyła usta w podkówkę. Patrzyła, jak on patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy, co tylko jeszcze bardziej zaczęło ją irytować, bo naprawdę nie spodziewała się kolejnego spotkania. I, co przecież ważniejsze, już naprawdę tego kolejnego spotkania nie chciała.
Zanim zdążyła oswoić się z niespodziewaną obecnością Luciena, chwyciła garść siana i podchodząc bliżej, rzuciła nim prosto w mężczyznę.
— Co ty tutaj robisz? — zapytała podniesionym głosem i ponownie schyliła się po garść słomy, aby następnie po raz drugi wycelować nią w intruza. Niesamowite, że Lucien potrafił wyprowadzić Zoyę z równowagi, nie wypowiadając jeszcze ani jednego słowa. — Idź sobie!
Po chwili, jakby w przypływie jesze większej dawki zdenerwowania, sięgnęła po jajko z paletki stojącej obok; dokładnie tej, która czekała na klienta. Niestety, zanim zdążyła porządnie się zamachnąć, Luke chwycił ją za nadgarstek i tym samym przypadkiem wytrącił jajko z dłoni.
To wesoło upadło i rozbiło się dokładnie na czubku białego buta mężczyzny.
Lucien Spencer
Ostatecznie odpuściła, chociaż jeszcze nie raz i nie dwa uderzyła się w usta, gdy w najmniej oczekiwanym momencie znowu przypominała sobie, że prawie się pocałowali. Wtedy próbowała mu udowodnić, jak bardzo na nią nie działał. Tymczasem działał i to okropnie!
W poniedziałek Zoya wyjechała do Huntsville. Ojciec poprosił ją o opiekę nad gospodarstwem na czas swojego pobytu u jednej z ciotek gdzieś w głębi Kanady. W tym czasie bracia byli w rozjazdach, więc natychmast się zgodziła i wzięła w pracy kilka dni wolnego. I tak potrzebowała odetchnąć od miejskiego zgiełku, od tych wszystkich telebimów z twarzą Luciena i od przeklętego algorytmu, który uparcie podsuwał jej na ig rolki przygotowywane przez jego fanki.
I przede wszystkim potrzebowała w spokoju oswoić się z wizją macierzyństwa, która coraz natarczywiej pojawiała się w jej głowie w randomowych momentach dnia.
We wtorkowe popołudnie Zoya zajęła się sprzątaniem stajni. Ubrała wysokie kalosze, mocno rozdarte jeansowe spodenki i top. Przez pierwszą godzinę wywoziła taczką starą słomę, a kiedy skończyła, zaczęła wykładać boksy świeżą. W międzyczasie donosiła koniom baniaki z wodą.
Była tak pochłonięta pracą, że nawet nie usłyszała, kiedy pod bramę zajechał jakiś samochód. Zresztą i tak spodziewała się co najwyżej chłopaka, który odkupował od nich jajka.
W końcu zaalarmowało ją gdakanie kur. Niespodziewanie rozbiegły się one po podwórzu, a dwie z nich wpadły do stajni. Zgraja niosek Weasleyów była wyjątkowo panicznie nastawiona do odwiedzin gości. Zoya jednak nie zdążyła nawet wychylić nosa zza wrót budynku, kiedy niespodziewanie w wejściu pojawił się mężczyzna.
Niestety rozpoznała go natychmiast i z równą prędkością ściągnęła niezadowolona brwi i ułożyła usta w podkówkę. Patrzyła, jak on patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy, co tylko jeszcze bardziej zaczęło ją irytować, bo naprawdę nie spodziewała się kolejnego spotkania. I, co przecież ważniejsze, już naprawdę tego kolejnego spotkania nie chciała.
Zanim zdążyła oswoić się z niespodziewaną obecnością Luciena, chwyciła garść siana i podchodząc bliżej, rzuciła nim prosto w mężczyznę.
— Co ty tutaj robisz? — zapytała podniesionym głosem i ponownie schyliła się po garść słomy, aby następnie po raz drugi wycelować nią w intruza. Niesamowite, że Lucien potrafił wyprowadzić Zoyę z równowagi, nie wypowiadając jeszcze ani jednego słowa. — Idź sobie!
Po chwili, jakby w przypływie jesze większej dawki zdenerwowania, sięgnęła po jajko z paletki stojącej obok; dokładnie tej, która czekała na klienta. Niestety, zanim zdążyła porządnie się zamachnąć, Luke chwycił ją za nadgarstek i tym samym przypadkiem wytrącił jajko z dłoni.
To wesoło upadło i rozbiło się dokładnie na czubku białego buta mężczyzny.
Lucien Spencer