money, money, money it realy is so funny
: czw lip 30, 2026 4:32 pm
001.
Jebane słońce, zaklął z głową wtuloną w miękką i pachnącą poduszkę. Nie, nie była pachnąca. Śmierdziała kakofonią perfum, ludzkich ciał, dymu papierosowego i jego kokosową odżywką do włosów, której kiedyś okropnie nienawidził, ale ktoś powiedział mu, że pasuje mu do jego stylu, więc nauczył się lubić. No ale kto, kto pozwalał na palenie w sypialni? Już na samą myśl o tym robiło mu się niedobrze, a żołądek skręcał się, jakby tańczył walca z jelitami. Paskudnie, okropnie w chuj. Z twarzą ciągle wciśniętą w pościel, mlasnął językiem, przesuwając nim po podniebieniu i zębach, co w sumie nie było najlepszym pomysłem, bo niemal natychmiast zebrało mu się na wymioty.
Miał kaca. Pierwszy raz od dłuższego czasu, był skacowany. Przeklął się w głowie. Nigdy, przenigdy, nie pozwalał sobie na to, by się upijać. Zazwyczaj kończyło się na jednym lub dwóch drinkach, które doprowadzały go do tej przyjemnej lekkości i dobrego humoru. Tutaj była jego granica, którą z jakiegoś powodu przekroczył i było mu tak cholernie głupio, bo powinien nad sobą panować. No chyba, że ktoś mu czegoś dosypał? Myśl ta sprawiła, że na moment wszystko się rozjaśniło. Zupełnie jakby otworzyły się przed nim wrota jasności i wyższy poziom świadomości. Na moment wytrzeźwiał, zapomniał o mdłościach i ściskaniu w żołądku. Zapomniał o Słońcu, które grzało go niemiłosiernie w plecy… Spiął się i…
Otworzył oczy i uniósł niepewnie głowę. Znajdował się w znajomym pokoju, znajomej sypialni, jednak nie było to miejsce, w którym był poprzedniej nocy. Uspokoił się jednak. Odwracając się w prawo, natknął się na zbitą masę satynowej pościeli. Spod tej masy wystawało nagie ramię. Podążył wzrokiem po jego krzywiznach i wypukłościach, które w sumie znał już niemal na pamięć. Znał na pamięć ciała wszystkich mężczyzn, z którymi się spotykał. Odchylił pościel delikatnie, chcąc upewnić się, że się nie pomylił. Jego oczy natknęły się na niewinnie wyglądającą twarz, zawiniętą w poszewkę i wciśniętą w drugie ramię.
On by niczego nie dosypał, odetchnął z ulgą. Przyjrzał się śpiącemu Edwardowi i delikatnie zsunął z łóżka, wysuwając z pościeli. Był w swojej bieliźnie i w skarpetkach. Reszty swoich rzeczy nie mógł znaleźć. Brak ubrań go nie zmartwił, ale nie wiedział, gdzie znajdowały się jego rzeczy – portfel, telefon i klucze. Już jebać portfel i klucze, potrzebował jednak telefonu. Pomartwi się tym jednak później.
Rozprostował nogi, przeciągnął się tak, że coś strzeliło mu w plecach. Ziewnął. Bolał go brzuch, bolało go kolano i ramię, ale ból ten niknął przy pulsującym dudnieniu, które czuł w swojej głowie. Miał nadzieję, że było to wynikiem kaca i odwodnienia. Przeklinał ludzi, którzy lubili chlać w umór, przeklinał również tych, którzy go do tego namówili, jak również siebie, że im uległ. Musiał mieć jakieś granice.
Znalazł nie swój podkoszulek, który przerzucił sobie przez ramię i poszedł do łazienki. Musiał się ogarnąć. Włączył prysznic i puścił zimną wodę. Zimno działo na niego lepiej niż kawa, bo nie tylko pobudzało go, ale również sprawiało, że jego skóra przyjemnie się napinała. Czuł się przez to i wyglądał młodziej, nawet jeśli tylko na chwilę. Nie miał t swoich rzeczy, którymi się smarował i dzięki którym wyglądał tak, jak wyglądał. W jego domu było bowiem mnóstwo kosmetyków do ciała i do twarzy, których tutaj brakowało. Zgarnął jednak jakiś żel i płyn do mycia twarzy. Edward na szczęście nie korzystał z jakiegoś badziewie, nie żeby Alfie kiedykolwiek go o to posądzał. Pogrzebał mu jednak w jego rzeczach, odnajdując kilka, których mógłby użyć, jednak koniec końców zdecydował się tylko na żel i płyn do twarzy.
Ach, no i szampon do włosów. Musiał umyć głowę. Mokry, wyszedł spod prysznica, by znaleźć butelkę szamponu i ku jego ogromnemu zaskoczeniu znalazł ten sam, którego używał w domu. Specjalny, do włosów kręconych. Idealnie. Bez względu na to, jak będzie się prezentować jego skóra i ciało, jego włosy pozostaną skręcone tak, jak tego chciał.
Nie wiedział, ile czasu spędził pod prysznicem. Nie był oszczędny, zwłaszcza jeśli to nie on musiał płacić za rachunki. Wyszedł jednak, wytarł się, ubrał na siebie podkoszulek i bieliznę. Włosom pozwolił wyschnąć na świeżym powietrzu. Znał ten dom niemal na pamięć. Przechodząc do sypialni rzucił okiem na śpiącego mężczyznę i zasunął okna, żeby pozwolić mu spać jeszcze trochę dłużej.
Bo chociaż ciągnął od niego kasę, to nie był takim chamem, żeby go budzić.
Zszedł do kuchni, która była aż do przesady duża. Zdecydowanie za dużo. No ale on nie był kucharzem, więc nie spędzał w kuchniach zbyt dużo swojego czasu. Gdy chciał to coś zamawiał albo po prostu wychodził zjeść coś na mieście. Nie znaczyło to jednak, że nie potrafił gotować. Jego żołądek wciąż jednak tańczył i na samą myśl o zjedzeniu czegoś, coś innego podchodziło mu do gardła. Zaparzył sobie kawę.
Zaczął robić tosty, które następnie ładnie ułożył na talerzu.
Zaparzył kolejną kawę.
Skierował się ponownie do sypialni. Akurat usłyszał ciche odgłosy uginającej się podłogi. Jak widać niektórzy budzili się przed budzikiem, a inni na zapach kawy.
Otworzył stopą drzwi, bo dłonie miał zajęte i wszedł do sypialni. Śmierdziało w niej papierosami i zapachem, który unosi się z wyziewów ludzi, którzy wypili zbyt dużo. Wiedział, że był to wydalany z organizmu aldehyd, w który metabolizowany był alkohol. Kiedyś chciał zostać chemikiem, wtedy gdy nie wiedział, że życie może być łatwe i przyjemne. Uśmiechnął się jakby miał być tu i teraz.
– Dzień dobry Misiu –powiedział, podchodząc do mężczyzny i podając mu talerz z tostami i kubek kawy. Swój położył na stoliku nocnym obok niego. Wstał, zanim Edward zdążył coś powiedzieć. Podszedł do okna i otworzył każde, które mógł otworzyć. – Nie wiesz przypadkiem, gdzie są moje rzeczy? – zapytał, odwrócony do niego plecami i z przymkniętymi powiekami. Słońce dalej było jebane
Edward Wentworth
Jebane słońce, zaklął z głową wtuloną w miękką i pachnącą poduszkę. Nie, nie była pachnąca. Śmierdziała kakofonią perfum, ludzkich ciał, dymu papierosowego i jego kokosową odżywką do włosów, której kiedyś okropnie nienawidził, ale ktoś powiedział mu, że pasuje mu do jego stylu, więc nauczył się lubić. No ale kto, kto pozwalał na palenie w sypialni? Już na samą myśl o tym robiło mu się niedobrze, a żołądek skręcał się, jakby tańczył walca z jelitami. Paskudnie, okropnie w chuj. Z twarzą ciągle wciśniętą w pościel, mlasnął językiem, przesuwając nim po podniebieniu i zębach, co w sumie nie było najlepszym pomysłem, bo niemal natychmiast zebrało mu się na wymioty.
Miał kaca. Pierwszy raz od dłuższego czasu, był skacowany. Przeklął się w głowie. Nigdy, przenigdy, nie pozwalał sobie na to, by się upijać. Zazwyczaj kończyło się na jednym lub dwóch drinkach, które doprowadzały go do tej przyjemnej lekkości i dobrego humoru. Tutaj była jego granica, którą z jakiegoś powodu przekroczył i było mu tak cholernie głupio, bo powinien nad sobą panować. No chyba, że ktoś mu czegoś dosypał? Myśl ta sprawiła, że na moment wszystko się rozjaśniło. Zupełnie jakby otworzyły się przed nim wrota jasności i wyższy poziom świadomości. Na moment wytrzeźwiał, zapomniał o mdłościach i ściskaniu w żołądku. Zapomniał o Słońcu, które grzało go niemiłosiernie w plecy… Spiął się i…
Otworzył oczy i uniósł niepewnie głowę. Znajdował się w znajomym pokoju, znajomej sypialni, jednak nie było to miejsce, w którym był poprzedniej nocy. Uspokoił się jednak. Odwracając się w prawo, natknął się na zbitą masę satynowej pościeli. Spod tej masy wystawało nagie ramię. Podążył wzrokiem po jego krzywiznach i wypukłościach, które w sumie znał już niemal na pamięć. Znał na pamięć ciała wszystkich mężczyzn, z którymi się spotykał. Odchylił pościel delikatnie, chcąc upewnić się, że się nie pomylił. Jego oczy natknęły się na niewinnie wyglądającą twarz, zawiniętą w poszewkę i wciśniętą w drugie ramię.
On by niczego nie dosypał, odetchnął z ulgą. Przyjrzał się śpiącemu Edwardowi i delikatnie zsunął z łóżka, wysuwając z pościeli. Był w swojej bieliźnie i w skarpetkach. Reszty swoich rzeczy nie mógł znaleźć. Brak ubrań go nie zmartwił, ale nie wiedział, gdzie znajdowały się jego rzeczy – portfel, telefon i klucze. Już jebać portfel i klucze, potrzebował jednak telefonu. Pomartwi się tym jednak później.
Rozprostował nogi, przeciągnął się tak, że coś strzeliło mu w plecach. Ziewnął. Bolał go brzuch, bolało go kolano i ramię, ale ból ten niknął przy pulsującym dudnieniu, które czuł w swojej głowie. Miał nadzieję, że było to wynikiem kaca i odwodnienia. Przeklinał ludzi, którzy lubili chlać w umór, przeklinał również tych, którzy go do tego namówili, jak również siebie, że im uległ. Musiał mieć jakieś granice.
Znalazł nie swój podkoszulek, który przerzucił sobie przez ramię i poszedł do łazienki. Musiał się ogarnąć. Włączył prysznic i puścił zimną wodę. Zimno działo na niego lepiej niż kawa, bo nie tylko pobudzało go, ale również sprawiało, że jego skóra przyjemnie się napinała. Czuł się przez to i wyglądał młodziej, nawet jeśli tylko na chwilę. Nie miał t swoich rzeczy, którymi się smarował i dzięki którym wyglądał tak, jak wyglądał. W jego domu było bowiem mnóstwo kosmetyków do ciała i do twarzy, których tutaj brakowało. Zgarnął jednak jakiś żel i płyn do mycia twarzy. Edward na szczęście nie korzystał z jakiegoś badziewie, nie żeby Alfie kiedykolwiek go o to posądzał. Pogrzebał mu jednak w jego rzeczach, odnajdując kilka, których mógłby użyć, jednak koniec końców zdecydował się tylko na żel i płyn do twarzy.
Ach, no i szampon do włosów. Musiał umyć głowę. Mokry, wyszedł spod prysznica, by znaleźć butelkę szamponu i ku jego ogromnemu zaskoczeniu znalazł ten sam, którego używał w domu. Specjalny, do włosów kręconych. Idealnie. Bez względu na to, jak będzie się prezentować jego skóra i ciało, jego włosy pozostaną skręcone tak, jak tego chciał.
Nie wiedział, ile czasu spędził pod prysznicem. Nie był oszczędny, zwłaszcza jeśli to nie on musiał płacić za rachunki. Wyszedł jednak, wytarł się, ubrał na siebie podkoszulek i bieliznę. Włosom pozwolił wyschnąć na świeżym powietrzu. Znał ten dom niemal na pamięć. Przechodząc do sypialni rzucił okiem na śpiącego mężczyznę i zasunął okna, żeby pozwolić mu spać jeszcze trochę dłużej.
Bo chociaż ciągnął od niego kasę, to nie był takim chamem, żeby go budzić.
Zszedł do kuchni, która była aż do przesady duża. Zdecydowanie za dużo. No ale on nie był kucharzem, więc nie spędzał w kuchniach zbyt dużo swojego czasu. Gdy chciał to coś zamawiał albo po prostu wychodził zjeść coś na mieście. Nie znaczyło to jednak, że nie potrafił gotować. Jego żołądek wciąż jednak tańczył i na samą myśl o zjedzeniu czegoś, coś innego podchodziło mu do gardła. Zaparzył sobie kawę.
Zaczął robić tosty, które następnie ładnie ułożył na talerzu.
Zaparzył kolejną kawę.
Skierował się ponownie do sypialni. Akurat usłyszał ciche odgłosy uginającej się podłogi. Jak widać niektórzy budzili się przed budzikiem, a inni na zapach kawy.
Otworzył stopą drzwi, bo dłonie miał zajęte i wszedł do sypialni. Śmierdziało w niej papierosami i zapachem, który unosi się z wyziewów ludzi, którzy wypili zbyt dużo. Wiedział, że był to wydalany z organizmu aldehyd, w który metabolizowany był alkohol. Kiedyś chciał zostać chemikiem, wtedy gdy nie wiedział, że życie może być łatwe i przyjemne. Uśmiechnął się jakby miał być tu i teraz.
– Dzień dobry Misiu –powiedział, podchodząc do mężczyzny i podając mu talerz z tostami i kubek kawy. Swój położył na stoliku nocnym obok niego. Wstał, zanim Edward zdążył coś powiedzieć. Podszedł do okna i otworzył każde, które mógł otworzyć. – Nie wiesz przypadkiem, gdzie są moje rzeczy? – zapytał, odwrócony do niego plecami i z przymkniętymi powiekami. Słońce dalej było jebane
Edward Wentworth