Strona 1 z 1

raz na pokładzie, raz pod pokładem

: czw lip 30, 2026 10:05 pm
autor: Alfie Bloom
002.

   To była gówniana wycieczka. Dosłownie i w przenośni. Wchodząc na pokład statku obiecano mu, że spędzi tutaj niezapomniane chwile przez najbliższe tygodnie. Wycieczka nie miała być długa, bo zaledwie dwutygodniowa, co oczywiście mu pasowało. Nie wiedział, czy dałby radę spędzić na oceanie więcej czasu. Ogólnie nie był fanem pływania. Rzadko udawał się na wakacje, które wymagały od niego wchodzenia na pokłady statków. Nie miał żadnych chorób morskich, czy innych przypadłości, które uprzykrzały mu czerpanie radości z wypraw morskich, oceanicznych czy jakichkolwiek innych tego rodzaju. Po prostu pewniej czuł się na lądzie i chyba nikt nie mógł go obwiniać. Każdy zresztą oglądał Titanica i wiedział, jak to się skończyło. Nie mówiąc o tym, że wycieczkowiec, którym płynęli był niemal dziesięciokrotnie większy niż ten sławny transatlantyk. Alfie nie był fizykiem, nie był specjalistą od statków, ale sam fakt, że taka łajba płynęła po wodzie sprawiał, że zaczynał wierzyć w magię.
   No i pierwszy tydzień był naprawdę magiczny. Miło spędzał czas na odpoczynku i czerpaniu garściami z tego, co statek miał do zaoferowania. Był gościem bankietów, rozmawiał z innymi pasażerami, socjalizował się, jadł i spędzał miłe noce w ramionach mężczyzny, z którym się tutaj pojawił. I ta sielanka pewnie trwałaby wiecznie, gdyby nie nagła epidemia, która wybuchła na statku.
   No może nazwanie tego epidemią było nad wyrost, bo zachorowała jedynie część pasażerów i wszystkie objawy wskazywały na zatrucie pokarmowe. Można się więc domyślać, co aktualnie działo się na statku. Alfie lubił wykwintne dania, jednak nie przepadał za owocami morza, a większość rzeczy, które tu serwowali była właśnie tym. Ograniczał więc jedzenie tego do minimum i pewnie tylko dlatego mu się poszczęściło. Załoga, jak i załogowy personel medyczny nie był do końca przekonany, z czym tak naprawdę mają do czynienia, a ostatnie przygody z Hantavirusem sprawiły, że postanowiono odseparować grupę chorych od osób, które chore nie były. I tak właśnie Alfie siedział teraz na górnym pokładzie wraz z grupą, której się poszczęściło.
   Raczej nie trzeba było mówić, że nastrój nieco siadł. Rodziny zostały rozdzielone i osoby, które nie pochorowały się musiały sobie jakoś radzić. Niby narzekał, ale oczywiście wiedział, że z dwojga złego trafił lepiej. Mógł teraz leżeć w pokoju i srać lub wymiotować dalej niż widział. Musiał również przyznać, że załoga statku szybko uporała się z przelokowaniem pasażerów chorych i oddzieleniem ich od tych chorych.
   Siedział na pokładzie i wgapiał się na ocean. Zbliżali się do portu. Na wieść o chorobie postanowiono zawrócić statek. Była to dobra decyzja, bo nikt nie chciał siedzieć tu ani chwili dłużej. Alfie również miał ochotę wrócić do siebie i wziąć długi prysznic. Potrzebował tego, bo czuł się brudny po tym, który był na statku.
   Otworzył swoją książkę, której strony nieco się pofalowały, najwidoczniej ściągając wilgoć, która kryła się w powietrzu. Musiał odczekać chwilę, aż jego krem przeciwsłoneczny się wchłonie, bo nie chciał utłuścić stron. Co jak co, ale lubił dbać o swoje książki. Uśmiechnął się, zakładając okulary. Zanim jednak zaczął czytać, ktoś przeszedł naprzeciwko niego i upuścił coś.
   – Halo – krzyknął, chyba nieco głośniej niż zamierzał, ale chciał, żeby nieznajomy go usłyszał. – Tu nie wolno śmiecić… coś ci wypadło – wskazał palcem na przedmiot, gdy już miał uwagę nieznajomego. Podniósł go i szybko okazało się, że nie był to żaden śmieć, ale dokument tożsamości. – Alvin? Jak ta wiewiórka? –zapytał, ale przecież widział, jak typ się nazywał.

Alvin Fontaine

raz na pokładzie, raz pod pokładem

: pt lip 31, 2026 12:27 pm
autor: Alvin Fontaine
002.

To nie był jego pierwszy raz na wycieczkowcu. W zasadzie – trzeci. Jachtów i mniejszych łódek nie liczył, bo nie mieściły na sobie takiej ilości osób, jak ten prawie-titanic. No dobra, to było większe niż Titanic. Znacznie większe. Nie silił się na obliczanie ilokrotnie, ale był raz w muzeum statków i tam była makieta i był też taki Pablo i on jechał na rowerze... W każdym razie, Alvin wiedział, że ten statek, którym płynęli teraz, był większy od sławnego brytyjskiego transatlantyka, który miał podbijać Atlantyk i tak podbił, że leżał teraz prawie cztery kilometry pod wodą i gnił sobie, a ludzie dalej mieli na jego punkcie bzika i poznawali działanie implozji na własnej skórze, żeby tylko go zobaczyć. Fontaine był pewien, że gdyby nie tragedia z 1912 roku, to nie doszłoby do paru innych.
Wierzył, że może jakimś durnym efektem motyla nie doszłoby do tej katastrofy z teraz, na tym wycieczkowcu? Czasem lubił być głupszy i wierzyć w niemożliwe. Czasem sobie fantazjował za bardzo.
Niefortunnie – a może właśnie całkiem fortunnie w efekcie – jego matka była w grupie zarażonych i wylądowała na dolnym pokładzie, podczas gdy jego przerekolowano na górny. Został im jeszcze tydzień i szczerze mówiąc, Alvin nawet się cieszył na wcześniejszy powrót. Nie to, że mu się tu nie podobało, bo jak mogłoby nie? Woda, luksusowy wycieczkowiec, masa pysznego żarcia, milion osób do których mógł otworzyć gębę albo po prostu być obok nich w najróżniejszych socjalnych sytuacjach, matka, która... ok, matki nie mógł brać pod uwagę. To była kolejna wycieczka z serii “taksówka będzie o tej i o tej, spakuj kąpielówki” i tyle. Resztą w zasadzie zajęła się ona. Wszystko, co tu miał, widział po raz pierwszy poza rzeczami absolutnie personalnymi, jak telefon, portfel czy te wspomniane kąpielówki – choć pięć innych par było już od niej. Nawet gaci nie miał swoich, z domu, wypranych w Perwollu Taidzie, tylko jakieś, które kupiła hurtem, z designerską metką i bawełną zbieraną podczas pełni księżyca w składzie. Dobrze, że przy relokacji do innego suite pozwolili mu zabrać te rzeczy i nie gadali, że nie może, bo pewnie wirus się na nich utrzymuje – ani mu się śniło paradować nago. Chociaż, w sumie...
Nie no, nie. No gdzie, tak po nie-jezusowemu to nieładnie tak.
W każdym razie, szedł sobie właśnie po pokładzie, robiąc już chyba dziesiąte kółko, bo po tygodniu niewiele zostało mu do robienia. Nawet mu się, cholera, skakać do wody nie chciało – taki gorąc był i tak mu łeb przysmażyło. Na szczęście przez zmniejszoną liczbę osób, łatwiej było o dorwanie wolnego leżaczka i taki właśnie miał plan.
Miał.
Bo gdzieś mignęła mu jakaś biała kulka futra z czymś zielonym w pysku. Stanęła sobie, spojrzała na niego, przechyliła łeb na bok, chyba wręcz mu prezentując, że to zielone coś, to paczka saszetek z środkami przeczyszczającymi i... Pognała przed siebie, plącząc się pod nogami innych spacerowiczów, a potem zniknęła za zakrętem i tyle ją widział.
O nie, nie będziesz mi tu... – I poleciał za nią, bo wybuch kolejnego incydentu kałowego nie był mu w paradę. Na szczęście szybko dorwał delikwenta i zarekwirował dowody przyszłej zbrodni, ale za to musiał w zastaw dać swój portfel, bo skurczybyk chociaż miały, to uparty za trzech i nie chciał oddać. Niósł go sobie więc tak w łapach, jak noworodka, na fasolkę i pozostało już tylko poszukać właściciela. Właśnie wtedy usłyszał krzyknięcie za sobą.
Tu nie wolno śmiecić...
On? Śmiecić? Przecież on zbierał śmieci w ramach cokwartalnych akcji oczyszczania Toronto z własnej nieprzymuszonej woli.
Patrzył, jak nieznajomy podnosi jego rzekomego śmiecia i sam dostrzegł w nim swoje ID. Szybko spojrzał na psa, na winowajcę tego całego śmiecenia. Skarcenie wzrokiem przeszło kompletnie bez jakiejkolwiek reakcji, zwierzak dalej ciamkał jego portfel.
Sorry – rzucił najpierw do chłopaka, gdzieś po drodze zapominając, że w łapsku trzymał ogromne opakowanie popularnych środków na przeczyszczenie. Przypomniał sobie o tym, jak sięgał po swój własny dowód i okazało się, że rękę ma zajętą właśnie rzeczonym opakowaniem. Spojrzał na nie, na nieznajomego, na opakowanie, na psa, na chłopaka, na przestrzeń po lewej i po prawej, znowu na tego chłopaka...
Alvin? Jak ta wiewiórka? zostało bez odpowiedzi, bo oto panika zajęła pierwsze miejsce.
To nie tak, jak myślisz – powiedział, jak każdy, kto wiedział, że został przyłapany na gorącym uczynku. Tylko, że tym uczynkiem nie była jakaś zdrada czy inne degeneractwo, a terroryzm kałowy, którego on, mroczny mściciel, mógł być odpowiedzialny, potencjalnie dosypując czegoś ludziom do krabów. Alvin szybkim, niemal niezauważalnym – w jego własnym mniemaniu, bo w rzeczywistości nie dało się przeoczyć tego, że zostawił w rękach chłopaka swój dowód i schował rękę za siebie, jakby co najmniej dostawał ataku padaczki – ruchem schował opakowanie za plecy. Odchrząknął, uśmiechnął się szeroko, tak, że gdyby się dało, to uśmiech miałby dookoła głowy i zaśmiał się, wcale nie nerwowo: – Ha ha, no! Jak ta wiewiórka!
Nie dodawał, że większość życia myślał, że Alvin z tej bajki to normalny ludzki chłopak, a wiewiórki to jego futrzaści kumple, coś jak wiewiórkowa wersja Toy Story. Dodał za to parę innych rzeczy.
Alvin, z naciskiem, na “Al”, ale nie jak w “Alfred”, tylko jak w “Alexander” – paplał od rzeczy, byleby tylko wypełnić głowę nieznajomego natłokiem niepotrzebnych informacji i wypłukać to, co jego oczy dopiero co widziały. – A to jest Biały Młotogrzmot Trzy Tysiące, edycja szpic miniaturowy. No, dalej, przywitaj się.
Wypuścił pudełeczko z palców, bo musiał wziąć łapkę psa i pomachać nią do chłopaka. Zupełnie, jakby to był faktycznie jego pies.
Nie był.
Ale właściciel się jeszcze nie znalazł, więc... więc sobie go na chwilę pożyczył.
Zresztą należało mu się po tym, w co go ten gałgan wpakował, jak psu buda.
Czytasz? Super sprawa. Też ostatnio próbowałem, zanim wybuchła ta cała afera kałowa, ale zgubiłem książkę. Mówię ci, rozwaliłem się na hamaku nad basenem, chciałem się tylko poprawić, patrzę, a książki nie ma. Musi tu krążyć jakiś pokładowy książkowy kleptoman, więc wiesz, uważaj. Lepiej dmuchać na zimne. To Lovecraft?


do what you want
cus a pirate is free

raz na pokładzie, raz pod pokładem

: pt lip 31, 2026 4:58 pm
autor: Alfie Bloom
   Pierwszą rzeczą, którą postanowił zrobić po powrocie do domu, to wykąpanie się. Marzył o swojej wannie, do której mógł nalać pełno wody i kilak specyfików, które uprzyjemniłyby mu moczenie się w wodzie. Uwielbiał się rozpieszczać w taki sposób, który jednocześnie pozwalał zagwarantować mu dobry wygląd. Na sobie spędzał wiele czasu, znacznie więcej niż inni ludzie i pewnie wiele osób uważałoby, że marnuje tylko czas. No ale taka była cena jego pracy i kariery. On nie narzekał. Wcieranie w siebie kremów i specyfików umilał sobie na słuchaniu audiobooków albo oglądaniu seriali. Czerpał więc przyjemność niemal z każdej strony.
   Chciał jednak odpocząć. Potrzebował chwili dla siebie, bo chociaż lubił luksusowe wycieczki, to czasami bywał po nich przebodźcowany. Potrzebował się wyciszyć i uspokoić, bo tłok i chaos nie służył nikomu. Musiał dbać o swój stan psychiczny równie mocno, co o fizyczny. Teraz jednak, korzystając z faktu, że na statku panował chaos, on postanowił wykorzystać to na odpoczynek. Nie musiał zabawiać swojego partnera, który teraz zamknięty był na dolnym pokładzie. Mógł wiec zająć się sobą i tym, co lubił najbardziej – relaksowaniem się w luksusowych warunkach. Samemu.
   Nie spodziewał się oczywiście, że jego relaksowanie zostanie przerwane. Nie miał jednak nic przeciwko temu, bo osoba, która odwróciła jego uwagę była niczego sobie. Cóż… lubił mężczyzn nawet nieco zbyt mocno. Nie miał już jednak nastu lat, by zachowywać się jak niewyżyty. Potrafił się opanować. A przynajmniej miał taką nadzieję. Jego oczy chyba jednak go trochę zdradzały, bo gdy tylko mężczyzna stanął przed nim, to wzrok Alfiego przebiegł po jego sylwetce zatrzymując się, na krótko, na kąpielówkach nieznajomego.
   – Och, czyli nie dość, że śmiecisz i gubisz dokumenty, to jeszcze jesteś odpowiedzialny za wybuch tej brązowej epidemii – uniósł brew do góry i podał mu jego dowód osobisty. Cóż, wątpił, żeby na statku było tyle tabletek na przeczyszczenie, żeby dosypanie ich gdziekolwiek wywołało aż taki chaos, więc nie miał zamiaru podejrzewać nieznajomego o to, że był w to zamieszany. Musiał jednak przyznać, że okoliczności wydały mu się wyjątkowo niesprzyjające.
   – Widzisz… ja jestem Alfie, z naciskiem na Al, ale bardziej jak Alfred niż Alexander – powiedział i o mało się nie roześmiał, bo w końcu faktycznie miał na imię Alfred. Nie lubił tego imienia, no ale cóż… chyba darzył je pewnym sentymentem, że nie zmienił go tylko przekształcił w pseudonim, pod którym wszyscy go obecnie znali. Jedynie najbliżsi wiedzieli, jak miał na imię, czyli w sumie garstka poza jego rodzicami. Poza tym to imię Alfred w ogóle do niego nie pasowało… ale Alfie to już inna historia. Wydawało mu się, że idealnie odzwierciedlało nie tylko jego charakter ale i pasowało do persony, którą chciał udawać.
   – Uroczy – powiedział, wyciągając rękę, żeby pogłaskać psiaka po głowie. Nie podejrzewał, że zwierzak nie należał do Alvina, bo w sumie nie miał ku temu żadnych powodów. Nie mówiąc już o tym, że cały statek pogrążony był w chaosie, więc zaczęło mu się wydawać, że każdy mógł robić tutaj to, co mu się podobało. W końcu wszystko, co robiło się na tym statku w tej chwili miało pozostać na statku.
   – Mhm – mruknął, zamykając książkę, uprzednio wkładając zakładkę w miejsce, w którym skończył. Normalnie zagiąłby róg, jednak książka wycierpiała już wystarczająco, by jeszcze zmagać się z zagiętymi rogami. Nie miał jednak nic przeciwko temu, bo uważał, że książki powinny wyglądać na czytane, więc trzymanie ich w idealnym stanie nieco mijało się z celem. Znał jednak osoby, które kupowały książki tylko po to, by mieć je na półkach. Owszem, zaliczał się też do tych, którzy kupowali większą ich ilość niż byli w stanie przeczytać. No ale czytał je. – Jeśli chcesz odwrócić moją uwagę od swojego sabotażu, to musisz się lepiej postarać, ale tak… to Lovecraft – uśmiechnął się. Nie był wielkim fanem fantastyki ani trudnej lovecraftiańskiej prozy, bo jego język i styl pisania był trudny, niemniej jednak obiecał sobie, że w końcu przez to przebrnie. No i czy istniało jakieś lepsze miejsce od czytania o ludziach-rybogadach niż statek? – No to jak będzie? Dotrzymujesz mi towarzystwa, czy masz coś ważniejszego do zrobienia – zapytał.

hehehe, i have plans for you, bby.

raz na pokładzie, raz pod pokładem

: wt sie 04, 2026 10:54 am
autor: Alvin Fontaine
Musiałby być ślepy, żeby nie zorientować się, gdzie ląduje spojrzenie chłopaka ale był też kompletnie ułomny jeśli chodziło o wysyłanie takich znaków. A jego kąpielówki były żarówiasto żółte i przyciągały wzrok, więc kiedy i Alfie na nie spojrzał, Alvin po prostu przypisał tę zasługę kolorowi. Bo był ułomny. Wbrew obiegowej opinii, ten egocentryk we flirty nie potrafił. I to nie potrafił w taki sposób, że na ten ułamek sekundy sam spojrzał po chłopaku, od góry do dołu i z powrotem do góry. Miał oczy, widział, że był zadbany. A że wychowywał się wśród kobiet, wśród kobiet się obracał i w zasadzie 90% jego towarzystwa była płci pięknej – potrafił docenić wydobyty skręt na blond czuprynie (matka byłaby z niego zaiste dumna) i używanie SPFa. Zresztą, sam czasem Nellie podkradał odżywkę do włosów i potem pachniał w ten typowy, damsko-kosmetyczny, słodki sposób. Nawet było to fajne. I jakie włosy miał mięciutkie!
No, ale teraz były ważniejsze rzeczy.
Nie dość, że śmiecisz i gubisz dokumenty, to jeszcze jesteś odpowiedzialny za wybuch tej brązowej epidemii.
Alvin zatrzymał się, cokolwiek nie robił. Z palcem do góry, z rozdziawioną gębą i totalnym brakiem słów.
Czuł się trochę jakby strofowała go matka – nie biologiczna, bo ona nigdy by tego nie zrobiła i nie adopcyjna, bo ona najpierw zrobiłaby mu wykład, że śmiecenie to nowy wymiar ekspresji własnych uczuć w konwencji chaosu, ale tak w ogóle to nie wolno!!!. Najpewniej matka jakiegoś kolegi, która nie miałaby oporów uczyć dziecko zasad funkcjonowania w społeczności. Alvin Fontaine zamknął paszczę i westchnął. Oczywiście paszczę zamknął tylko na chwilę.
Nie śmiecę i nie gubię – zaczął, tłumacząc się jak ten dzieciak tej matce kolegi. – I nie jestem odpowiedzialny za żadną brązową epidemię. Przysięgam.
Tak, jakby na przysięgam wszystko zostawało uwierzone. Alvin miał nadzieję, że przynajmniej teraz zadziała, nie orientując się w tym, że nikt go nawet nie podejrzewa.
Alfie jak Alfred, zanotowane – dodał jeszcze, nie mając pojęcia, że chłopak faktycznie w pełnym imieniu jest Alfredem. Sam, osobiście, lubił to imię. Wyrażało wszystko to, czym Alvin nigdy nie był – powagę, dostojność, jakąś grację. W międzyczasie schował swój dowód do kieszeni kąpielówek i wykorzystał fakt, że pies zainteresował się dłonią blondyna. Wypuścił z pyska wymemłany portfel – jego Alvin też schował z powrotem do kieszeni – i nadsunął łeb, żeby bawić się głaskającymi go palcami. Jak widać, umiejętność skupiania się miał zupełnie taką, jak Fontaine. Może byli sobie bliżsi z tą białą kulką, niż się Alvinowi wydawało.
A że w rękach Alfie miał naprawdę Lovecrafta, to nawet nie musiał mu proponować dotrzymywania towarzystwa. Szukanie faktycznego właściciela psa? Pozbywanie się dowodów niedoszłej zbrodni? A gdzie tam. Lovecraft to była miłość. Miłość miała pierwszeństwo.
Nie mam – skłamał płynnie, bo poza tymi dwoma zadaniami, które zrodziły się nagle z potrzeby chwili, miał przecież jeszcze wcześniejszy plan z leżaczkiem. Tyle, że plan z leżaczkiem nie miał ani Lovecrafta do obgadania ani Alfiego z tym Lovecraftem ani, co ważne, nie miał osoby, do której mógłby się odezwać przez czas leżakowania.
A Alvin mówił. To była jego biologiczna konieczność, którą organizm mu nakazywał wykonywać.
Dlatego siadł na najbliższym wolnym miejscu obok i pozwolił, by pies zajął miejsce na jego udach. Na chwilę.
Potrzymasz go chwilę? – zagaił, już odkładając futrzaka w bezpieczne miejsce gdzieś obok Alfiego. Sam złapał za krańce swojej koszulki i ściągnął ją z siebie, bo jak miał się wylegiwać, to niech złapie trochę słońca. SPF? Jak na strażaka świadomego zagrożenia, wziął o tym zapomniał. Ta chwila z psem też zrobiła się dłuższa. Nie zapomniał za to o książce. – Które opowiadanie?
To była podstawa podstaw. Niby mógł spróbować domyślać się po okładce, ale... ale znał takich gamoni, co używali fałszywych okładek, żeby ukryć treści, które czytali. Wątpił, żeby Alfie był jednym z nich, ale może? Może?


surprise me, qtie

raz na pokładzie, raz pod pokładem

: wt sie 04, 2026 12:56 pm
autor: Alfie Bloom
   Skłamałby mówiąc, że nie podobały mu się męskie ciała, zwłaszcza jeśli przyodziane były jedynie w materiał kąpielówek. Niemniej jednak kolor znacznie silniej przyciągał wzrok niż wszelkie wypukłości, których można się było spodziewać. Wbrew obiegowej opinii, jaka mogła o nim krążyć, potrafił się opanować w towarzystwie. Niemniej jednak ze względu na segregację i izolację z partnerem, z którym się tutaj pojawił, brakowało mu rozrywki. Zauważył również, że ludzie raczej stronili od mieszania się i trzymali w swoich, wybranych już grupkach, w które ciężko było się wbić. I samotność mu nie przeszkadzała. Lubił odpoczywać, zwłaszcza jeśli odpoczywanie to odbywało się w luksusowych warunkach.
   – Spokojnie kolego – zaczął, unosząc dłonie w obronnym geście. Uśmiech cały czas nie schodził mu z twarzy. – Twój sekret jest ze mną bezpieczny – mrugnął do niego, odkładając książkę na bok. Usiadł na swoim leżaku i rozejrzał się po okolicy. Oprócz kilku głów, które nie zmieniły się odkąd tutaj przyszedł i ogromu oceanu, nie pojawiło się tutaj nic, na czym można by było się skupić. Nasunął na oczy okulary, by móc przyglądać się Alvinowi i nie obrywać ostrymi promieniami prosto w źrenice.
   Widok oceanu był jednak wspaniały. Nic się tutaj nie działo i jedynym obiektem w promieniu kilkudziesięciu kilometrów był ich wycieczkowiec, ro ten ogrom wody, który ich otaczał robił niesamowite wrażenie. Ludzie powtarzali, że gdy było się w Kosmosie, to rozumiało się to, jak małym się było. Alfie nigdy nie miał zamiaru znajdować się w przestrzeni kosmicznej, jednak podzielał to zdanie zawsze, gdy w polu jego widzenia nie było nic innego niż woda. Z jednej strony było to piękno, od którego nie można było odwrócić swojego wzroku, ale jednocześnie takie, które wzbudzało przerażenie. Wiedział dokładnie, jakby się czuł, gdyby nagle miał zetknąć się z tym ogromem.
   Jego uwaga i wzrok skupiły się szybko na psie, którego trzymał w rękach Alvin. Nie był psiarzem, bo w domu poza wężem posiadał również dwa koty i nie planował żadnego innego zwierzęcia. Nie mógł się jednak oderwać od białego, puszystego pyszczka. Zaczął więc głaskać go po głowie, rozochocony tym, że psiak poddawał się tym czułościom i nic nie wskazywało na to, że miał coś przeciwko.
   – Świetnie, bo przez to wszystko, co się dzieje, nie ma się nawet do kogo odezwać – powiedział, słysząc, że Alvin nie miał innych planów i zajęć. Sam nie oczekiwał, że będzie mógł z kimś porozmawiać, to jednak był wdzięczny z takiego obrotu spraw. Obserwował, jak mężczyzna siada na leżaku i wyciąga się, kładąc psa na swoich nogach. Uśmiechnął się na widok jego pyska, psa, na którym malował się wyraz istoty, której nie męczą żadne myśli. Nie zastanawiał się nad tym, czy zwierzęta myślały logicznie, czy może kierowały się czystym instynktem, bo nigdy go to tak bardzo nie obchodziło. Niespodziewanie jednak Alvin podał mu zwierzaka. Alfie wziął go niemal instynktownie, jednak pies z jakiegoś powodu wyrwał mu się z rąk i zeskoczył na pokład, znikając w cieniu pod leżakiem. Nie uciekł, ale położył się tam i zaczął głośno się wentylować. Biedne stworzenia, z pewnością musiało mu być gorąco, więc blondyn nawet nie starał się go wyciągać.
   – Czy na środku oceanu można czytać coś innego niż Zew Cthulhu – uśmiechnął się w odpowiedzi. Książka nie była łatwa w czytaniu, bo język, którym operował autor wydawał się jednocześnie wyszukany i zbyt patetyczny, ale jednocześnie prosty w odbiorze, co prowadziło do lekkiego dysonansu. Alfiemu jednak to nie przeszkadzało, bo lubił robić sobie przerwy i zastanawiać nad tym, co przeczytał i czy dobrze to wszystko zrozumiał.
   – Nie jestem zbyt oryginalny, ale do wyboru miałem to, albo literackie porno, więc uznałem, że to drugie zostawię na samotne wieczory – zaśmiał się. Nie wstydziłby się czytać tych… innych literackich gatunków, których teraz pełno było nie tylko w księgarniach, ale i w Internecie. Odwrócił się w stronę Alvina, żeby móc mu się przyjrzeć i mówić prosto do niego.

Alvin Fontaine

raz na pokładzie, raz pod pokładem

: pt sie 07, 2026 3:08 pm
autor: Alvin Fontaine
Grupki. Coś, co powstawało już w pierwszych chwilach skupienia większej ilości ludzi na jednym terenie, a potem trzymało się do końca trwania wydarzenia. Grupki. Coś, co dawało namiastkę przynależności, swojego zamkniętego kręgu, jednocześnie nie skazując na obcowanie z każdym.
Coś, czego idei ktoś taki jak Alvin Fontaine kompletnie nie kupował.
Albo inaczej. Kupował, jak najbardziej. Rozumiał procesy tkwiące za mechanizmem tworzenia się grupek, ale nie rozumiał tej głębszej części – zamykania się na innych. A właśnie tak często było z grupkami. Zamykali się jedni na inne grupki, grupki zamykały się na innych. Był świadkiem zbyt wielu przypadków, gdy rywalizacje między-grupkami przybierały beznadziejny odcień i jeszcze więcej samotnych odlutków, którzy bardziej i bardziej wpychali się w głębiny outsiderstwa, bo nie potrafili się odnaleźć. Alvin, jak to Alvin, zawsze był tym pierwszym, który wyciągał rękę jako pierwszy. Nie był w żadnej grupce i był w każdej jednocześnie. Zbyt energiczny, zbyt towarzyski, zbyt wszystko. Wielu pewnie wkurwiał, ale wierzył, że skoro nikt mu otwarcie tego w twarz nie powiedział, to nie miał za wielu wrogów. Ani w czasach edukacji, gdzie grupki były najbardziej widoczne, ani tak naprawdę teraz, gdy już lądował w tłumach i patrzył, jak te grupki się tworzą mimowolnie i z pełną świadomością krążył między nimi, trochę tu, trochę tam, lawirując, bawiąc się, oj jak zajebiście się bawiąc.
Na statku też tak było. Poza kontaktem z matką i z tymi, do których go zaciągała, sam kręcił się po wycieczkowcu i zaprzyjaźniał z każdą kolejną osobą.
Albo następną irytował.
Nie wiedział jeszcze jak to miało wyjść z Alfim, ale skoro przyznał, że jego sekret ze środkami przeczyszczającymi był u niego bezpieczny... łatka przybiła się do chłopaka sama.
A zatem partnerzy w zbrodni – przyznał, uśmiechając się szeroko. W przeciwieństwie jednak do Alfiego – chociaż oczywiście uwielbiał wodę – nie potrafił popaść w zachwyt nad widokiem oceanu. Pustka, którą reprezentował i ogrom przestrzeni sprawiała, że chciał ją wypełnić. Jasne, niebo było fajne, zachody i wschody słońca przy takim bezkresnym horyzoncie przecudowne, ale Alvina zawsze bardziej kręciło to co pod taflą wody. Albo sposoby jak się do tej wody dostać. Nawet wczoraj zaliczył skoki z mostku, kiedy statek na chwilę zwolnił i była ku temu okazja i wielce ubolewał, że dzisiaj mu się to jeszcze nie udało. Jeszcze. Wcale nie zaczął właśnie knuć, jak zaproponować blondynowi rzucania się w tony lodowatej wody z dachu wycieczkowca. Wcale.
No, beznadziejna sprawa. – Ta z ograniczoną liczbą osób, do których można było się odezwać. – Jesteś tu sam? Czy też was rozdzielono?
Pies w międzyczasie kontynuował wyciąganie się do pieszczot oferowanych przez Alfiego, okazjonalnie liżąc jego dłoń. O dziwo nie skubał go zębami nawet w zabawie, co Alvin wychwycił momentalnie, bo w jego przypadku psiak nie robił niczego, poza tym. Zdrajca. Parszywy, mały zdrajca. Nie zdążył powiedzieć tego na głos, bo zwierzę uciekło do cienia pod leżakiem i tak już zostało, niczym Sfinks, tylko zamiast strzec piramidę Chefrena, on strzegł ich.
Kiedy padła wzmianka o Zewie Cthulhu, Alvin momentalnie się zaśmiał. Cicho, bardziej mimowolnym ruchem ramion i pojedynczym parsknięciem, niż rubasznym hahaha, ale zaśmiał.
Oczywiście, że Zew. – Na razie jednak zostawił Lovecrafta w spokoju – szok – bo Alfie kontynuował i potem dodał coś o literackim porno i mózg Fontaine'a na chwilę się zwiesił. Dobrze, że nic nie pił, bo właśnie by się pewnie zakrztusił, a tak przynajmniej jedna wtopa mniej.
Literackie porno.
Alvin miał teorię na temat literackiego porno. Dobra, miał teorię na temat wszystkiego, bo jego mózg pracował dużo i szybko i często nawet się nie zatrzymywał na żadnej konkretnej myśli, tylko strzelał randomowymi rzeczami, jak karabin maszynowy, ale ta teoria była skończona i mówiła mniej więcej o tym, że czytanie literackiego porno publicznie wymaga posiadania jaj. Nie dosłownie, oczywiście. Tak kolokwialnie. Fontaine obawiał się, że w przypadku tej jednej rzeczy, takich jaj nie miał.
A z drugiej strony nagle zapaliła się w nim chęć udowodnienia sobie – bo gdzie, jak nie tutaj, wśród ludzi, którzy go nie znali i których nigdy miał więcej nie spotkać na oczy – że je miał, więc wgapił się w Alfiego bez większego wstydu.
A tak, brzmi jak sensowna rozrywka na samotne wieczory. Jaka kategoria? – W końcu musiał się zacząć mentalnie przygotowywać. Nie żeby się znał jakoś wybitnie, ale raz kręcił z dziewczyną totalnie zafiksowaną na tym punkcie i dał się jej raz czy dwa – czy naście – namówić na odgrywanie paru scenek. Były tam te totalnie zwykłe, jak opieranie się o framugę drzwi i dociskanie jej do ściany czy waniliowe, jak bycie typical biker boyfriend, ale były też bardziej kinkowe i tutaj się trochę o siebie obawiał. Albo o swoją godność i rozum człowieka, których, jak wiadomo, domyślnie nie miał za wiele. – Umawiałem się raz z jedną laską, która miała fioła na punkcie dark romance. Kazała mi nosić maskę Ghostface’a i gonić ją po lesie z nożem albo odgrywać mafioso i udawać, że ją wygrałem na licytacji.
Skoro już byli partnerami w zbrodni, to mógł mu się wygadać ze swoich głupich przeżyć, nie?


Alfie Bloom

raz na pokładzie, raz pod pokładem

: wt sie 18, 2026 3:18 pm
autor: Alfie Bloom
   Grupowanie się było cechą charakterystyczną dla wielu organizmów i ludzie nie byli wyjątkami. Alfie doskonale wiedział, że ludzie dobrze czuli się w swoich stadach nawet jeśli lubili być oni postrzegani jako samotnicy. Zawsze lepiej czuł się z kimś u boku, jednak nie zawsze tak było. Jako dziecko lubił być zdany tylko na siebie, a przynajmniej tak mu się tylko wydawało. Niemniej jednak w dzieciństwie nie miał zbyt wielu przyjaciół nawet mimo tego, że wychowywał się w domu dziecka, gdzie pełno było rówieśników. Adopcja sprawiła, że zrozumiał iż posiadanie ludzi wokół siebie było przyjemne. Wypełniało to pewną część jego duszy, która długi czas pozostawała pusta. Uczucie to było niesłychanie przyjemne i uzależniające w takim stopniu, że Alfie niemal od razu zaczął myśleć, co powinien zrobić, żeby zdobyć nowych znajomych. Okazało się, że poza murami domu dziecka zawieranie znajomości przychodziło łatwiej. Blondyn był charyzmatyczny i nie miał problemów z tym, by poznać nowych znajomych. Okazało się szybko, że nie wystarczało mu to i szukał uwagi w innych źródłach. Od tego właśnie zaczęła się jego przygoda w Internecie, która trwa do tej pory.
   Funkcjonowanie grupek rozumiał. Ludzie dobrze czuli się w otoczeniu które znali i które było podobne do tego, w jakim się obracali. Alfie potrafił się dopasowywać do sytuacji, w których się znajdował. Nie zawsze bowiem musiał bawić się w topowym gronie, a umiejętność funkcjonowania z ludźmi była niezwykle ważna, nie tylko po to, by mógł robić to, czym się zajmował, ale żeby chociaż egzystować w spokoju. Nikt przecież nie lubił problemów. Z uwagi jednak na swój styl życia nie mógł zamykać się na ludzi, więc nie chciał ograniczać się tylko do konkretnej grupy. Oczywiście grupki, do których należał były wybrane dość dokładnie, ale umiejętność adaptacji, którą posiadał, pozwalała mu się odnaleźć w każdym położeniu, co dość dobrze wykorzystywał chociażby w tym momencie.
   – Idealnie, w zbrodni – przyznał, uśmiechając się lekko. Oczywiście nie miał zamiaru uczestniczyć w żadnych aktywnościach, które mogłyby mu w jakiś sposób zaszkodzić. W końcu musiał dbać o swoją opinię w każdym środowisku, a jakby nie było, to na takich właśnie wycieczkowcach najłatwiej było zakręcić się wokół bogatej klienteli. Właśnie w takich miejscach poszukiwał swoich kolejnych klientów, co jak się okazywało nie było wcale takie trudne. Lubił takie okazje – imprezy, przyjęcia i właśnie wycieczkowce były przepełnione różnego rodzaju bogaczami, którzy czasem potrzebowali kogoś przystojnego uczepionego u ramienia. W przeciwieństwie jednak do imprez i wydarzeń towarzyskich, wycieczkowce posiadały jedną zaletę, która było odizolowanie od świata. Tutaj było się zamkniętym w stosunkowo niewielkiej przestrzeni, bo chociaż wycieczkowce były potężnymi statkami i nie sposób było ich zwiedzić w ciągu całego dnia, to ludzie, którzy na nich przebywali zazwyczaj znajdowali się wspólnie w jednym miejscu. Dlatego tak łatwo było wypatrzyć interesujących osobników, z którymi można było nawiązać relację. Nie mówiąc już o tym, że wakacje były możliwością do tego, by pozwolić sobie na odrobinę luzu i niespinanie się.
   – Rozdzielono nas, niestety – odpowiedział, szybko i zgodnie z prawdą. Nie widział powodów, dla których miałby kłamać. – Mój towarzysz nie był jednak zbyt interesujący, więc i tak przez większość czasu po prostu czytałem książki – dodał. Nie mijał się z prawdą, bo pomimo tego że wspólnie ze swoim towarzyszem spędzał czas na rozmawianiu czy imprezowaniu, to poza tym nie miał on nic więcej do zaoferowania. Oczywiście nie licząc pieniędzy. Dla Alfiego była to cecha, która przykrywała wszelkie wady i w zależności od tego, ile ktoś mógł mu zaoferować, tyle rzeczy blondyn był w stanie zignorować. Oczywiście istniały limity, jednak jeszcze nie zdarzyło się, żeby Bloom musiał odmówić.
   – Co… mój wybór okazał się zbyt przewidywalny? – zaśmiał się, pytając swojego rozmówcę. Cóż… prawda, być może nie było to zbyt oryginalnym wyborem, bo ta historia była najbardziej popularnym tworem, który wyszedł spod rąk Lovecrafta, ale w końcu nie stało się kultowym przez przypadek. Czasami Alfie miał wrażenie, że ludzie bagatelizują fakt, że popularne rzeczy stają się nimi z konkretnych powodów i przez to nie tracą również na swojej wartości. Z resztą literatura nie była i nie powinna stawać się dobrem luksusowym czy wyznacznikiem statusu. A na luksusie znał się jak mało kto. Wiedział, że niektóre rzeczy otrzymywały ten status i że czasami ciężko było zrozumieć, dlaczego. Weźmy na przykład torebki Birkin, które potrafiły kosztować nawet po dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów. I chociaż wiele osób nie potrafiła zrozumieć fenomenu tego rodzaju rzeczy i traktowała to jako rozrzutność, to dla innych torebki te nie były po to, by być funkcjonalne i używane, ale po to by świadczyły o statusie, jaki się posiadało. Luksus nie był dla każdego, nie każdy mógł sobie na niego pozwolić, a więc nie każdy musiał to rozumieć. I nawet dla Alfiego, który doskonale zdawał sobie z tego sprawę, taki stopień był przesadzony i nieosiągalny.
   – Hahaha, urocze… chociaż dark romance to nie jest typ, który czytam – pokiwał głową. Obecna literatura i rynek wydawniczy były, w jego skromnej opinii osoby, która uwielbiała czytać książki, na wyjątkowo niskim poziomie. Owszem, zawsze twierdził, że ludziom powinno pozwalać czytać to, co chcą, jednak obecnie odnosił wrażenie, według niego słuszne, że obecnie wydawane książki nie były dobre. I nie chodziło o to, jaką tematykę poruszały, ale o sposób, w jaki to robiły. Bo rozumiał że literatura mogła być kontrowersyjna i trudna, że powinna być niekomfortowa ale również przyjemna i pobudzająca nie tylko intelekt, ale i ciało. Bo jeśli ktoś chciał uznać czytanie jako grę wstępną dla własnych wieczorów, to nic nie powinno stać na przeszkodzie. Ale literatura powinna jednocześnie trzymać jakiś poziom i chociaż przyjemnym było wyłapywanie błędów edytorskich, gdy pojawiały się one od czasu do czasu, to spotykanie ich na każdej stronie było już ogromną przesadą i poświadczeniem o tym, że nie liczyły się już umiejętności i artyzm ale zysk. Literatura stawała się powoli tym samym, dla rynku wydawniczego czym fast fashion dla przemysłu modowego.
   – Niedawno kupiłem sobie kolekcję Harlequinów w całkiem niezłym stanie… nie jest to literatura górnolotna, owszem, przyznam to bez bicia, ale przebija wszystkie te współczesne romansidła – zaśmiał się. Nie chciał umniejszać współczesnym tworom literackim, ale trochę to robił. I może robił to przez sentyment, bo pamiętał, jak dorwał się do takiej książki, którą posiadała jego matka. – Ale znam też inne, bardziej oryginalne… czytałeś kiedyś książkę o tym, jak główna bohaterka ma romans z drzwiami albo samolotem? – zapytał.

Alvin Fontaine