Strona 1 z 1

raz na pokładzie, raz pod pokładem

: czw lip 30, 2026 10:05 pm
autor: Alfie Bloom
002.

   To była gówniana wycieczka. Dosłownie i w przenośni. Wchodząc na pokład statku obiecano mu, że spędzi tutaj niezapomniane chwile przez najbliższe tygodnie. Wycieczka nie miała być długa, bo zaledwie dwutygodniowa, co oczywiście mu pasowało. Nie wiedział, czy dałby radę spędzić na oceanie więcej czasu. Ogólnie nie był fanem pływania. Rzadko udawał się na wakacje, które wymagały od niego wchodzenia na pokłady statków. Nie miał żadnych chorób morskich, czy innych przypadłości, które uprzykrzały mu czerpanie radości z wypraw morskich, oceanicznych czy jakichkolwiek innych tego rodzaju. Po prostu pewniej czuł się na lądzie i chyba nikt nie mógł go obwiniać. Każdy zresztą oglądał Titanica i wiedział, jak to się skończyło. Nie mówiąc o tym, że wycieczkowiec, którym płynęli był niemal dziesięciokrotnie większy niż ten sławny transatlantyk. Alfie nie był fizykiem, nie był specjalistą od statków, ale sam fakt, że taka łajba płynęła po wodzie sprawiał, że zaczynał wierzyć w magię.
   No i pierwszy tydzień był naprawdę magiczny. Miło spędzał czas na odpoczynku i czerpaniu garściami z tego, co statek miał do zaoferowania. Był gościem bankietów, rozmawiał z innymi pasażerami, socjalizował się, jadł i spędzał miłe noce w ramionach mężczyzny, z którym się tutaj pojawił. I ta sielanka pewnie trwałaby wiecznie, gdyby nie nagła epidemia, która wybuchła na statku.
   No może nazwanie tego epidemią było nad wyrost, bo zachorowała jedynie część pasażerów i wszystkie objawy wskazywały na zatrucie pokarmowe. Można się więc domyślać, co aktualnie działo się na statku. Alfie lubił wykwintne dania, jednak nie przepadał za owocami morza, a większość rzeczy, które tu serwowali była właśnie tym. Ograniczał więc jedzenie tego do minimum i pewnie tylko dlatego mu się poszczęściło. Załoga, jak i załogowy personel medyczny nie był do końca przekonany, z czym tak naprawdę mają do czynienia, a ostatnie przygody z Hantavirusem sprawiły, że postanowiono odseparować grupę chorych od osób, które chore nie były. I tak właśnie Alfie siedział teraz na górnym pokładzie wraz z grupą, której się poszczęściło.
   Raczej nie trzeba było mówić, że nastrój nieco siadł. Rodziny zostały rozdzielone i osoby, które nie pochorowały się musiały sobie jakoś radzić. Niby narzekał, ale oczywiście wiedział, że z dwojga złego trafił lepiej. Mógł teraz leżeć w pokoju i srać lub wymiotować dalej niż widział. Musiał również przyznać, że załoga statku szybko uporała się z przelokowaniem pasażerów chorych i oddzieleniem ich od tych chorych.
   Siedział na pokładzie i wgapiał się na ocean. Zbliżali się do portu. Na wieść o chorobie postanowiono zawrócić statek. Była to dobra decyzja, bo nikt nie chciał siedzieć tu ani chwili dłużej. Alfie również miał ochotę wrócić do siebie i wziąć długi prysznic. Potrzebował tego, bo czuł się brudny po tym, który był na statku.
   Otworzył swoją książkę, której strony nieco się pofalowały, najwidoczniej ściągając wilgoć, która kryła się w powietrzu. Musiał odczekać chwilę, aż jego krem przeciwsłoneczny się wchłonie, bo nie chciał utłuścić stron. Co jak co, ale lubił dbać o swoje książki. Uśmiechnął się, zakładając okulary. Zanim jednak zaczął czytać, ktoś przeszedł naprzeciwko niego i upuścił coś.
   – Halo – krzyknął, chyba nieco głośniej niż zamierzał, ale chciał, żeby nieznajomy go usłyszał. – Tu nie wolno śmiecić… coś ci wypadło – wskazał palcem na przedmiot, gdy już miał uwagę nieznajomego. Podniósł go i szybko okazało się, że nie był to żaden śmieć, ale dokument tożsamości. – Alvin? Jak ta wiewiórka? –zapytał, ale przecież widział, jak typ się nazywał.

Alvin Fontaine

raz na pokładzie, raz pod pokładem

: pt lip 31, 2026 12:27 pm
autor: Alvin Fontaine
002.

To nie był jego pierwszy raz na wycieczkowcu. W zasadzie – trzeci. Jachtów i mniejszych łódek nie liczył, bo nie mieściły na sobie takiej ilości osób, jak ten prawie-titanic. No dobra, to było większe niż Titanic. Znacznie większe. Nie silił się na obliczanie ilokrotnie, ale był raz w muzeum statków i tam była makieta i był też taki Pablo i on jechał na rowerze... W każdym razie, Alvin wiedział, że ten statek, którym płynęli teraz, był większy od sławnego brytyjskiego transatlantyka, który miał podbijać Atlantyk i tak podbił, że leżał teraz prawie cztery kilometry pod wodą i gnił sobie, a ludzie dalej mieli na jego punkcie bzika i poznawali działanie implozji na własnej skórze, żeby tylko go zobaczyć. Fontaine był pewien, że gdyby nie tragedia z 1912 roku, to nie doszłoby do paru innych.
Wierzył, że może jakimś durnym efektem motyla nie doszłoby do tej katastrofy z teraz, na tym wycieczkowcu? Czasem lubił być głupszy i wierzyć w niemożliwe. Czasem sobie fantazjował za bardzo.
Niefortunnie – a może właśnie całkiem fortunnie w efekcie – jego matka była w grupie zarażonych i wylądowała na dolnym pokładzie, podczas gdy jego przerekolowano na górny. Został im jeszcze tydzień i szczerze mówiąc, Alvin nawet się cieszył na wcześniejszy powrót. Nie to, że mu się tu nie podobało, bo jak mogłoby nie? Woda, luksusowy wycieczkowiec, masa pysznego żarcia, milion osób do których mógł otworzyć gębę albo po prostu być obok nich w najróżniejszych socjalnych sytuacjach, matka, która... ok, matki nie mógł brać pod uwagę. To była kolejna wycieczka z serii “taksówka będzie o tej i o tej, spakuj kąpielówki” i tyle. Resztą w zasadzie zajęła się ona. Wszystko, co tu miał, widział po raz pierwszy poza rzeczami absolutnie personalnymi, jak telefon, portfel czy te wspomniane kąpielówki – choć pięć innych par było już od niej. Nawet gaci nie miał swoich, z domu, wypranych w Perwollu Taidzie, tylko jakieś, które kupiła hurtem, z designerską metką i bawełną zbieraną podczas pełni księżyca w składzie. Dobrze, że przy relokacji do innego suite pozwolili mu zabrać te rzeczy i nie gadali, że nie może, bo pewnie wirus się na nich utrzymuje – ani mu się śniło paradować nago. Chociaż, w sumie...
Nie no, nie. No gdzie, tak po nie-jezusowemu to nieładnie tak.
W każdym razie, szedł sobie właśnie po pokładzie, robiąc już chyba dziesiąte kółko, bo po tygodniu niewiele zostało mu do robienia. Nawet mu się, cholera, skakać do wody nie chciało – taki gorąc był i tak mu łeb przysmażyło. Na szczęście przez zmniejszoną liczbę osób, łatwiej było o dorwanie wolnego leżaczka i taki właśnie miał plan.
Miał.
Bo gdzieś mignęła mu jakaś biała kulka futra z czymś zielonym w pysku. Stanęła sobie, spojrzała na niego, przechyliła łeb na bok, chyba wręcz mu prezentując, że to zielone coś, to paczka saszetek z środkami przeczyszczającymi i... Pognała przed siebie, plącząc się pod nogami innych spacerowiczów, a potem zniknęła za zakrętem i tyle ją widział.
O nie, nie będziesz mi tu... – I poleciał za nią, bo wybuch kolejnego incydentu kałowego nie był mu w paradę. Na szczęście szybko dorwał delikwenta i zarekwirował dowody przyszłej zbrodni, ale za to musiał w zastaw dać swój portfel, bo skurczybyk chociaż miały, to uparty za trzech i nie chciał oddać. Niósł go sobie więc tak w łapach, jak noworodka, na fasolkę i pozostało już tylko poszukać właściciela. Właśnie wtedy usłyszał krzyknięcie za sobą.
Tu nie wolno śmiecić...
On? Śmiecić? Przecież on zbierał śmieci w ramach cokwartalnych akcji oczyszczania Toronto z własnej nieprzymuszonej woli.
Patrzył, jak nieznajomy podnosi jego rzekomego śmiecia i sam dostrzegł w nim swoje ID. Szybko spojrzał na psa, na winowajcę tego całego śmiecenia. Skarcenie wzrokiem przeszło kompletnie bez jakiejkolwiek reakcji, zwierzak dalej ciamkał jego portfel.
Sorry – rzucił najpierw do chłopaka, gdzieś po drodze zapominając, że w łapsku trzymał ogromne opakowanie popularnych środków na przeczyszczenie. Przypomniał sobie o tym, jak sięgał po swój własny dowód i okazało się, że rękę ma zajętą właśnie rzeczonym opakowaniem. Spojrzał na nie, na nieznajomego, na opakowanie, na psa, na chłopaka, na przestrzeń po lewej i po prawej, znowu na tego chłopaka...
Alvin? Jak ta wiewiórka? zostało bez odpowiedzi, bo oto panika zajęła pierwsze miejsce.
To nie tak, jak myślisz – powiedział, jak każdy, kto wiedział, że został przyłapany na gorącym uczynku. Tylko, że tym uczynkiem nie była jakaś zdrada czy inne degeneractwo, a terroryzm kałowy, którego on, mroczny mściciel, mógł być odpowiedzialny, potencjalnie dosypując czegoś ludziom do krabów. Alvin szybkim, niemal niezauważalnym – w jego własnym mniemaniu, bo w rzeczywistości nie dało się przeoczyć tego, że zostawił w rękach chłopaka swój dowód i schował rękę za siebie, jakby co najmniej dostawał ataku padaczki – ruchem schował opakowanie za plecy. Odchrząknął, uśmiechnął się szeroko, tak, że gdyby się dało, to uśmiech miałby dookoła głowy i zaśmiał się, wcale nie nerwowo: – Ha ha, no! Jak ta wiewiórka!
Nie dodawał, że większość życia myślał, że Alvin z tej bajki to normalny ludzki chłopak, a wiewiórki to jego futrzaści kumple, coś jak wiewiórkowa wersja Toy Story. Dodał za to parę innych rzeczy.
Alvin, z naciskiem, na “Al”, ale nie jak w “Alfred”, tylko jak w “Alexander” – paplał od rzeczy, byleby tylko wypełnić głowę nieznajomego natłokiem niepotrzebnych informacji i wypłukać to, co jego oczy dopiero co widziały. – A to jest Biały Młotogrzmot Trzy Tysiące, edycja szpic miniaturowy. No, dalej, przywitaj się.
Wypuścił pudełeczko z palców, bo musiał wziąć łapkę psa i pomachać nią do chłopaka. Zupełnie, jakby to był faktycznie jego pies.
Nie był.
Ale właściciel się jeszcze nie znalazł, więc... więc sobie go na chwilę pożyczył.
Zresztą należało mu się po tym, w co go ten gałgan wpakował, jak psu buda.
Czytasz? Super sprawa. Też ostatnio próbowałem, zanim wybuchła ta cała afera kałowa, ale zgubiłem książkę. Mówię ci, rozwaliłem się na hamaku nad basenem, chciałem się tylko poprawić, patrzę, a książki nie ma. Musi tu krążyć jakiś pokładowy książkowy kleptoman, więc wiesz, uważaj. Lepiej dmuchać na zimne. To Lovecraft?


do what you want
cus a pirate is free

raz na pokładzie, raz pod pokładem

: pt lip 31, 2026 4:58 pm
autor: Alfie Bloom
   Pierwszą rzeczą, którą postanowił zrobić po powrocie do domu, to wykąpanie się. Marzył o swojej wannie, do której mógł nalać pełno wody i kilak specyfików, które uprzyjemniłyby mu moczenie się w wodzie. Uwielbiał się rozpieszczać w taki sposób, który jednocześnie pozwalał zagwarantować mu dobry wygląd. Na sobie spędzał wiele czasu, znacznie więcej niż inni ludzie i pewnie wiele osób uważałoby, że marnuje tylko czas. No ale taka była cena jego pracy i kariery. On nie narzekał. Wcieranie w siebie kremów i specyfików umilał sobie na słuchaniu audiobooków albo oglądaniu seriali. Czerpał więc przyjemność niemal z każdej strony.
   Chciał jednak odpocząć. Potrzebował chwili dla siebie, bo chociaż lubił luksusowe wycieczki, to czasami bywał po nich przebodźcowany. Potrzebował się wyciszyć i uspokoić, bo tłok i chaos nie służył nikomu. Musiał dbać o swój stan psychiczny równie mocno, co o fizyczny. Teraz jednak, korzystając z faktu, że na statku panował chaos, on postanowił wykorzystać to na odpoczynek. Nie musiał zabawiać swojego partnera, który teraz zamknięty był na dolnym pokładzie. Mógł wiec zająć się sobą i tym, co lubił najbardziej – relaksowaniem się w luksusowych warunkach. Samemu.
   Nie spodziewał się oczywiście, że jego relaksowanie zostanie przerwane. Nie miał jednak nic przeciwko temu, bo osoba, która odwróciła jego uwagę była niczego sobie. Cóż… lubił mężczyzn nawet nieco zbyt mocno. Nie miał już jednak nastu lat, by zachowywać się jak niewyżyty. Potrafił się opanować. A przynajmniej miał taką nadzieję. Jego oczy chyba jednak go trochę zdradzały, bo gdy tylko mężczyzna stanął przed nim, to wzrok Alfiego przebiegł po jego sylwetce zatrzymując się, na krótko, na kąpielówkach nieznajomego.
   – Och, czyli nie dość, że śmiecisz i gubisz dokumenty, to jeszcze jesteś odpowiedzialny za wybuch tej brązowej epidemii – uniósł brew do góry i podał mu jego dowód osobisty. Cóż, wątpił, żeby na statku było tyle tabletek na przeczyszczenie, żeby dosypanie ich gdziekolwiek wywołało aż taki chaos, więc nie miał zamiaru podejrzewać nieznajomego o to, że był w to zamieszany. Musiał jednak przyznać, że okoliczności wydały mu się wyjątkowo niesprzyjające.
   – Widzisz… ja jestem Alfie, z naciskiem na Al, ale bardziej jak Alfred niż Alexander – powiedział i o mało się nie roześmiał, bo w końcu faktycznie miał na imię Alfred. Nie lubił tego imienia, no ale cóż… chyba darzył je pewnym sentymentem, że nie zmienił go tylko przekształcił w pseudonim, pod którym wszyscy go obecnie znali. Jedynie najbliżsi wiedzieli, jak miał na imię, czyli w sumie garstka poza jego rodzicami. Poza tym to imię Alfred w ogóle do niego nie pasowało… ale Alfie to już inna historia. Wydawało mu się, że idealnie odzwierciedlało nie tylko jego charakter ale i pasowało do persony, którą chciał udawać.
   – Uroczy – powiedział, wyciągając rękę, żeby pogłaskać psiaka po głowie. Nie podejrzewał, że zwierzak nie należał do Alvina, bo w sumie nie miał ku temu żadnych powodów. Nie mówiąc już o tym, że cały statek pogrążony był w chaosie, więc zaczęło mu się wydawać, że każdy mógł robić tutaj to, co mu się podobało. W końcu wszystko, co robiło się na tym statku w tej chwili miało pozostać na statku.
   – Mhm – mruknął, zamykając książkę, uprzednio wkładając zakładkę w miejsce, w którym skończył. Normalnie zagiąłby róg, jednak książka wycierpiała już wystarczająco, by jeszcze zmagać się z zagiętymi rogami. Nie miał jednak nic przeciwko temu, bo uważał, że książki powinny wyglądać na czytane, więc trzymanie ich w idealnym stanie nieco mijało się z celem. Znał jednak osoby, które kupowały książki tylko po to, by mieć je na półkach. Owszem, zaliczał się też do tych, którzy kupowali większą ich ilość niż byli w stanie przeczytać. No ale czytał je. – Jeśli chcesz odwrócić moją uwagę od swojego sabotażu, to musisz się lepiej postarać, ale tak… to Lovecraft – uśmiechnął się. Nie był wielkim fanem fantastyki ani trudnej lovecraftiańskiej prozy, bo jego język i styl pisania był trudny, niemniej jednak obiecał sobie, że w końcu przez to przebrnie. No i czy istniało jakieś lepsze miejsce od czytania o ludziach-rybogadach niż statek? – No to jak będzie? Dotrzymujesz mi towarzystwa, czy masz coś ważniejszego do zrobienia – zapytał.

hehehe, i have plans for you, bby.