clean up the rot before it digs too deep
: pt lip 31, 2026 1:50 pm
— Ale ty mnie wkurwiasz.
Spróbował sobie przypomnieć, co zwykle mówiono o Kanadyjczykach. Że uwielbiają hokej – strasznie głupi sport. Że lubią zimę – nie bardzo wiedział, co było do lubienia w odmrożonych jajach. Że ciągle przepraszają – odkąd go posadzono w tym pomieszczeniu, nie usłyszał przepraszam ani razu. I że są niezwykle uprzejmi.
Ale ty mnie wkurwiasz nie brzmiało mu jak klasyczna uprzejmość.
Odchylił się na swoim krześle, w milczeniu obserwując postać przed sobą.
Stojący po drugiej stronie stołu, mężczyzna w mundurze rzucił ze złością teczkę na blat. W akompaniamencie kolejnych przekleństw krążył nerwowo po pokoju.
Nie był pewien, co go tak rozzłościło. Przez cały czas uprzejmie odpowiadał na powtarzany przez niego, z maniakalnym uporem, zestaw pytań. Powtarzanym tak długo, że w pewnym momencie zaczął udzielać odpowiedzi jeszcze zanim wyraźnie sfrustrowany funkcjonariusz zdołał je zadać. Czy to nie było uprzejme? W końcu oszczędzał jego czas, oszczędzał jego głos – zasadniczo wykonywał za niego część jego pracy.
Odpowiedzi były normalne. Nie były złośliwe, ani wymijające – wręcz przeciwnie.
Sięgnął do skóry na obolałej kości policzkowej, wspominając poprzedniego agenta, który przyszedł do przesłuchiwać. Nawet nie mógł go winić za to, że stracił w pewnym momencie cierpliwość. Każdy by się wkurzył, gdyby ktoś na pytanie co robiłeś zeszłej nocy odpowiedział: twoją matkę.
Mógł więc wybaczyć mu tę nieuprzejmość.
Odwrócił spojrzenie w stronę weneckiego lustra, spoglądając w swoje odbicie. Zakołysał się na krześle, wciąż cierpliwie czekając, aż najpewniej zaraz ktoś z pomieszczenia obok zdecyduje się zmienić frustrata, aby uniknąć kolejnego incydentu na taśmie z przesłuchań.
— Poczekaj aż ci się federalni do dupy dobiorą, zobaczymy czy dalej będziesz tak cwaniakował — zagroził funkcjonariusz, gdy pomiędzy kaskadą wulgaryzmów, znalazł słowa, które mógł skierować do niego wprost, a nie tylko w domyśle.
— Agencie Campbell — odezwał się głos w niewielkim głośniku nad nimi. — Już dość.
Jego spojrzenie od razu przesunęło się w stronę drzwi, bo to był już pewien schemat – kiedy ci po drugiej stronie mówili, że już dość to nie dlatego, że zrobiło im się żal zatrzymanego. To oznaczało zmianę przesłuchującego. Nie jego pierwsze rodeo. Nie jego pierwszy dzień w tym pomieszczeniu.
Trzeci.
Drzwi otworzyły się, a dotychczas obecny w pomieszczeniu funkcjonariusz spojrzał na niego po raz ostatni, z wyraźną pogardą, by zaraz potem wyjść. Jego miejsce zajął wysoki, krępawy facet, którego już miał przyjemność poznać.
— Panie komendancie — skinął głową. Kącik jego ust wciąż był delikatnie uniesiony, a w spojrzeniu widoczne to, co doprowadzało funkcjonariuszy do cholery a klasyfikowali to jako rozbawienie. Nic go nie bawiło, po prostu był pogodnym człowiekiem.
— Nie popisuj się, Visser — odezwał się mężczyzna, zajmując miejsce po drugiej stronie stolika.
Aresztowany przestał się kołysać na krześle i pozwolił mu opaść na wszystkie cztery nogi, jednocześnie nachylając się nieznacznie nad biurkiem.
— Udało ci się — rzucił komendant, z wyraźnie słyszalnym rozczarowaniem. — Sąd przychylił się do wniosku twojego człowieka i zwalnia cię za kaucją. Zabezpiecza depozyt i majątek poręczyciela.
Teraz można było mówić o uśmiechu. Niepełnym, ale widocznym. Niby nie triumfalnym, ale pełnym satysfakcji. Nie rozbawionym, a jednak nieco kpiącym.
— Ale — wtrącił natychmiastowo funkcjonariusz, nie chcąc zostawić możliwości na komentarz — zatrzymujemy twój paszport. — To nie problem, zaraz będzie miał drugi. — Dostajesz zakaz opuszczania Ontario. — Jebana, zamrożona dziura. — Masz zakaz kontaktowania się z ludźmi. — Zadzwoni, oczywiście, tylko do mamy. — Osadzamy cię w mieszkaniu w Toronto. — Sympatycznie. Podobno są drogie. — I będziesz pod stałym nadzorem.
— Czyim? — spytał. Tak, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie.
— Agentki Navarro.
Kurwa.
Komendant odniósł triumf. Dotychczasowe zadowolenie spełzło z twarzy Vissera szybciej, niż planował. Wspomnienie tego, jak federalna suka dociskała go kolanem do zimnej posadzki, boleśnie wykręcając ramiona i zakuwając nadgarstki w kajdanki, jednocześnie recytując mu jego prawa, było zbyt zdecydowanie żywe.
Zupełnie jak smak, jebanej, porażki, który momentalnie ścisnął mu gardło.
bitch
Spróbował sobie przypomnieć, co zwykle mówiono o Kanadyjczykach. Że uwielbiają hokej – strasznie głupi sport. Że lubią zimę – nie bardzo wiedział, co było do lubienia w odmrożonych jajach. Że ciągle przepraszają – odkąd go posadzono w tym pomieszczeniu, nie usłyszał przepraszam ani razu. I że są niezwykle uprzejmi.
Ale ty mnie wkurwiasz nie brzmiało mu jak klasyczna uprzejmość.
Odchylił się na swoim krześle, w milczeniu obserwując postać przed sobą.
Stojący po drugiej stronie stołu, mężczyzna w mundurze rzucił ze złością teczkę na blat. W akompaniamencie kolejnych przekleństw krążył nerwowo po pokoju.
Nie był pewien, co go tak rozzłościło. Przez cały czas uprzejmie odpowiadał na powtarzany przez niego, z maniakalnym uporem, zestaw pytań. Powtarzanym tak długo, że w pewnym momencie zaczął udzielać odpowiedzi jeszcze zanim wyraźnie sfrustrowany funkcjonariusz zdołał je zadać. Czy to nie było uprzejme? W końcu oszczędzał jego czas, oszczędzał jego głos – zasadniczo wykonywał za niego część jego pracy.
Odpowiedzi były normalne. Nie były złośliwe, ani wymijające – wręcz przeciwnie.
Sięgnął do skóry na obolałej kości policzkowej, wspominając poprzedniego agenta, który przyszedł do przesłuchiwać. Nawet nie mógł go winić za to, że stracił w pewnym momencie cierpliwość. Każdy by się wkurzył, gdyby ktoś na pytanie co robiłeś zeszłej nocy odpowiedział: twoją matkę.
Mógł więc wybaczyć mu tę nieuprzejmość.
Odwrócił spojrzenie w stronę weneckiego lustra, spoglądając w swoje odbicie. Zakołysał się na krześle, wciąż cierpliwie czekając, aż najpewniej zaraz ktoś z pomieszczenia obok zdecyduje się zmienić frustrata, aby uniknąć kolejnego incydentu na taśmie z przesłuchań.
— Poczekaj aż ci się federalni do dupy dobiorą, zobaczymy czy dalej będziesz tak cwaniakował — zagroził funkcjonariusz, gdy pomiędzy kaskadą wulgaryzmów, znalazł słowa, które mógł skierować do niego wprost, a nie tylko w domyśle.
— Agencie Campbell — odezwał się głos w niewielkim głośniku nad nimi. — Już dość.
Jego spojrzenie od razu przesunęło się w stronę drzwi, bo to był już pewien schemat – kiedy ci po drugiej stronie mówili, że już dość to nie dlatego, że zrobiło im się żal zatrzymanego. To oznaczało zmianę przesłuchującego. Nie jego pierwsze rodeo. Nie jego pierwszy dzień w tym pomieszczeniu.
Trzeci.
Drzwi otworzyły się, a dotychczas obecny w pomieszczeniu funkcjonariusz spojrzał na niego po raz ostatni, z wyraźną pogardą, by zaraz potem wyjść. Jego miejsce zajął wysoki, krępawy facet, którego już miał przyjemność poznać.
— Panie komendancie — skinął głową. Kącik jego ust wciąż był delikatnie uniesiony, a w spojrzeniu widoczne to, co doprowadzało funkcjonariuszy do cholery a klasyfikowali to jako rozbawienie. Nic go nie bawiło, po prostu był pogodnym człowiekiem.
— Nie popisuj się, Visser — odezwał się mężczyzna, zajmując miejsce po drugiej stronie stolika.
Aresztowany przestał się kołysać na krześle i pozwolił mu opaść na wszystkie cztery nogi, jednocześnie nachylając się nieznacznie nad biurkiem.
— Udało ci się — rzucił komendant, z wyraźnie słyszalnym rozczarowaniem. — Sąd przychylił się do wniosku twojego człowieka i zwalnia cię za kaucją. Zabezpiecza depozyt i majątek poręczyciela.
Teraz można było mówić o uśmiechu. Niepełnym, ale widocznym. Niby nie triumfalnym, ale pełnym satysfakcji. Nie rozbawionym, a jednak nieco kpiącym.
— Ale — wtrącił natychmiastowo funkcjonariusz, nie chcąc zostawić możliwości na komentarz — zatrzymujemy twój paszport. — To nie problem, zaraz będzie miał drugi. — Dostajesz zakaz opuszczania Ontario. — Jebana, zamrożona dziura. — Masz zakaz kontaktowania się z ludźmi. — Zadzwoni, oczywiście, tylko do mamy. — Osadzamy cię w mieszkaniu w Toronto. — Sympatycznie. Podobno są drogie. — I będziesz pod stałym nadzorem.
— Czyim? — spytał. Tak, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie.
— Agentki Navarro.
Kurwa.
Komendant odniósł triumf. Dotychczasowe zadowolenie spełzło z twarzy Vissera szybciej, niż planował. Wspomnienie tego, jak federalna suka dociskała go kolanem do zimnej posadzki, boleśnie wykręcając ramiona i zakuwając nadgarstki w kajdanki, jednocześnie recytując mu jego prawa, było zbyt zdecydowanie żywe.
Zupełnie jak smak, jebanej, porażki, który momentalnie ścisnął mu gardło.
bitch