małe, gówniakowe love story
: sob sie 01, 2026 3:02 pm
Wiatr przyjemnie mierzwił włosy. Na taka pogodę, gdy temperatury były wyższe, niż oczekiwano, przyjemnie było usiąść na świeżym powietrzu i po prostu nacieszyć się tym, co było. Tomash miał w swoim życiu szczęście, bo mógł się cieszyć z wielu powodów – miał rodziców, którzy go kochali i byli w miarę wyrozumiali, dobrą pracę, w której nie musiał robić za wiele i dostawał całkiem niezłą wypłatę, nie mówiąc o tym, że gdy mu się nudziło, a audiobook akurat się skończył, mógł pogapić się na Jayce’a, który krzątał się po budynku i robił rzeczy znacznie cięższe i bardziej wymagające niż stanie na recepcji. Jayce był dla niego za stary, co prawda, ale przecież nie można było winić młodzieńca za to, że po prostu się gapi. No i jego uczelnia również była przyjemna. Miał więc niewiele rzeczy, na które mógł narzekać i które sprawiałyby, że siedzenie w takich warunkach jak teraz, na świeżym powietrzu, odwracałoby jego uwagę. A jednak, jego uwaga była skutecznie odwrócona od wszystkiego.
Siedział, z twarzą wystawioną do słonecznych promieni. Cieszył się z tego słońca, gdyż wszystkie prognozy, które czytał, wskazywały na to, że wkrótce ma się to zmienić. Deszcz był zapowiadany już od dłuższego czasu. Toronto nigdy nie słynęło z upałów, jednak nikt nie narzekałby na odrobinę deszczu. Na pewno najbardziej skorzystają na tym kwiatki, które miał na balkonie. To był kolejny powód do bycia zadowolonym – miał swój balkon, na którym codziennie rano mógł się przeciągać, prezentując światu kolejny podkoszulek ze swojej piżamowej kolekcji. Bo tych miał mnóstwo. Aż do przesady. I cześć powinien wyrzucić, oddać… ogólnie pozbyć się. Odkładał jednak takie porządki. Nie lubił pozbywać się swoich rzeczy, bo przecież mogły się one przydać kiedyś… jego matka kolekcjonowała reklamówki i torby, ojciec kable, a on podkoszulki i t-shirty.
Istniała jednak jedna rzecz, która zaprzątała mu głowę – rozterki miłosne. Ariela poznał tutaj na kampusie. Mieli wspólnych znajomych, dzięki którym widzieli się po raz pierwszy na wspólnej imprezie. Od tamtego czasu rozmawiali ze sobą zaledwie kilkukrotnie i Tomash nigdy nie uważał, by Ariel myślał o nim w jakikolwiek sposób inny, niż czysto koleżeński, dopóki chłopak nie zaprosił go na wspólne wyjście. Blondyn stresował się tym spotkaniem, bo było to coś innego, czego raczej nie robił. Owszem, przyjemnie mu się rozmawiało z Arielem, ale te rozmowy były niezobowiązujące. A wyjście zobowiązywało do czegoś… nie wiedział tylko do czego. Podczas spotkania był tak pospinany, że w sumie nawet nie patrzył na chłopaka. Nie rozmawiali za dużo, więc był przekonany że sprawa była zjebana. I to go martwiło.
Siedział więc i wzdychał ciężko, jednak z uśmiechem na ustach, bo ciągle cieszył się pogodą. Oczy otworzył dopiero, gdy poczuł uginanie się ławki, którą zajmował. Odwrócił się w stronę obecności, która pojawiła się w jego przestrzeni i uśmiech poszerzył się.
– O, to ty – zauważył, przyglądając się dziewczynie. Yunę poznał na kampusie, podobnie zresztą jak większość swoich obecnych znajomych. Polubił ją niemal od razu. – A tobie nie gorąco w tej… czapce? – zapytał, wskazując szczupłym palcem na jej puszyste okrycie głowy.
Yuna Crowe
Siedział, z twarzą wystawioną do słonecznych promieni. Cieszył się z tego słońca, gdyż wszystkie prognozy, które czytał, wskazywały na to, że wkrótce ma się to zmienić. Deszcz był zapowiadany już od dłuższego czasu. Toronto nigdy nie słynęło z upałów, jednak nikt nie narzekałby na odrobinę deszczu. Na pewno najbardziej skorzystają na tym kwiatki, które miał na balkonie. To był kolejny powód do bycia zadowolonym – miał swój balkon, na którym codziennie rano mógł się przeciągać, prezentując światu kolejny podkoszulek ze swojej piżamowej kolekcji. Bo tych miał mnóstwo. Aż do przesady. I cześć powinien wyrzucić, oddać… ogólnie pozbyć się. Odkładał jednak takie porządki. Nie lubił pozbywać się swoich rzeczy, bo przecież mogły się one przydać kiedyś… jego matka kolekcjonowała reklamówki i torby, ojciec kable, a on podkoszulki i t-shirty.
Istniała jednak jedna rzecz, która zaprzątała mu głowę – rozterki miłosne. Ariela poznał tutaj na kampusie. Mieli wspólnych znajomych, dzięki którym widzieli się po raz pierwszy na wspólnej imprezie. Od tamtego czasu rozmawiali ze sobą zaledwie kilkukrotnie i Tomash nigdy nie uważał, by Ariel myślał o nim w jakikolwiek sposób inny, niż czysto koleżeński, dopóki chłopak nie zaprosił go na wspólne wyjście. Blondyn stresował się tym spotkaniem, bo było to coś innego, czego raczej nie robił. Owszem, przyjemnie mu się rozmawiało z Arielem, ale te rozmowy były niezobowiązujące. A wyjście zobowiązywało do czegoś… nie wiedział tylko do czego. Podczas spotkania był tak pospinany, że w sumie nawet nie patrzył na chłopaka. Nie rozmawiali za dużo, więc był przekonany że sprawa była zjebana. I to go martwiło.
Siedział więc i wzdychał ciężko, jednak z uśmiechem na ustach, bo ciągle cieszył się pogodą. Oczy otworzył dopiero, gdy poczuł uginanie się ławki, którą zajmował. Odwrócił się w stronę obecności, która pojawiła się w jego przestrzeni i uśmiech poszerzył się.
– O, to ty – zauważył, przyglądając się dziewczynie. Yunę poznał na kampusie, podobnie zresztą jak większość swoich obecnych znajomych. Polubił ją niemal od razu. – A tobie nie gorąco w tej… czapce? – zapytał, wskazując szczupłym palcem na jej puszyste okrycie głowy.
Yuna Crowe