passion in the air
: sob sie 01, 2026 10:12 pm
007.
Za dnia natomiast, ulice zbyt gęsto wypełnione hałasem i samochodami, poruszającymi się między centrum, a domami ustawionymi w szeregach osiedli poza centrum Toronto, tłumiły naturalny urok peryferiów; sprawiały także, że pas przyrody niemal niknął pod naciskiem codziennego życia. Rozmywał się w dźwiękach zakurzonej pogonią (wciąż za czymś) cywilizacji. Dzisiaj jednak, bliżej północy, głosy dnia wyciszały się znacząco, a ludzie, zamknięci w ścianach własnych domostw – czy to przed telewizorami, czy już w łóżkach – nie zakłócali naturalnego cyklu nocy. Tę porę, w wyjątkowych sytuacjach, lubił najbardziej. Miał wtedy wrażenie, że świat na chwilę rozleniwiał się dla niego, mimo tego, że sam miał tendencję do popychania go do przodu między porankiem a wieczorem. Pełen energii w ciągu dnia, pobudzony i w ciągłym ruchu, od czasu do czasu potrzebował jednak się z a t r z y m a ć. Odetchnąć.
To był jeden z tych dni, gdy stojąc na werandzie jednej z większych posiadłości w okolicy, w starciu z piórami wiatru – lekkimi, łaskoczącymi go po karku i twarzy – nie czuł rozdrażnienia, a relaks. Dołączenie do kameralnej domówki z koleżanką ze studiów okazało się strzałem w dziesiątkę. Ludzie rozleźli się po różnych częściach domu, a on, wychodząc na zewnątrz pod pretekstem złapania oddechu, mógł się... wyciszyć.
Motyle muśnięcie powietrza, pokrywające jego ciało, wprawiało go przy tym w stan przyjemnego mrowienia, podobnego do tego, które odczuwa się przy pierwszym, elektryzującym pocałunku z kimś, do kogo wyjątkowo czuje się miętę.
Nie mógł powiedzieć tego o Alfiem, z którym właśnie przyszło mu stać na tyłach domu. Znał go zbyt krótko, by powiedzieć, czy mu się podoba – ich drogi skrzyżowały się dopiero godzinę temu i ledwie zamienili ze sobą parę słów, gdy do rozmowy dołączył Jason, gospodarz imprezy:
— Wyglądacie na braci! — zawyrokował wesoło, obrzucając ich obu, tj. Alfiego i Jayce'a, badawczym, choć krótkim spojrzeniem. Głównie osadzonym na ich lekko kręconych włosach i przelotem także spoglądając na ich twarze.
— Nie jesteśmy.
Odpowiedź Jayce'a, machinalna i impulsywna – wprost proporcjonalnie bezwartościowa, jak słowa powitania Jasona – zawisła między nimi. Gospodarz z początku zmarszczył brwi, potem cmoknął, by na końcu, nie tracąc humoru, dodać prowokująco:
— Udowodnij. — powiedział to tonem, jakby naprawdę był dumny z siebie i z tego, że właśnie wymyślił komuś wyzwanie.
Jayce nie wyglądał na speszonego. Patrzył na Jasona z nutką rozbawienia, czającego się w kącikach ust, i na moment odciągnął kołnierz koszulki od szyi. Bardziej jednak w potrzebie ciągłego poruszenia, niż z krępacji.
— Okej — skwitował krótko, pewnie, by w kolejnej sekundzie zerknąć w kierunku Alfiego. Wiedział o nim niewiele: w zasadzie jedynie tyle, że ten ma ładny uśmiech, i że chyba zapamiętał to po tym, jak Bloom wyjątkowo długo i chętnie rozmawiał z innym gościem z domówki, który był gejem. Mógł się jednak mylić.
A mimo tego zaryzykował.
W ciągu kilku sekund, od niewinnego spojrzenia przeszedł w śmiałe działanie, gdy odwrócony w kierunku k o l e g i, wyciągnął dłoń w kierunku jego twarzy. Palce ledwie przelotem musnęły szczękę i policzek Alfiego, nim zaciągnęły się dalej, na jego kark, chwytając go w pewniejszym uścisku. Przyciągnął go do siebie bez słowa i bezceremonialnie, składając na jego ustach przedwstępny pocałunek.
Lekki, niewinny, przy chwilowym odejściu od ust, okraszający oddechem miękkie wargi Blooma. Dopiero, gdy – jak mu się wydawało – nie poczuł oporu po pierwszym dotyku, wolną dłonią przyciągnął go do siebie bliżej za koszulkę, pozwalając, by bijące od niego ciepło rozlało się na skórze Alfiego przy otarciu ich korpusów.
Miał udowodnić... i nie sądził, by dziewiczy pocałunek wystarczył w potwierdzeniu własnych racji. Usta ponownie więc objęły cudze, tym razem śmielej i na dłużej, gdy nie tylko dał mu wyczuć własne tempo (powolne, ale pewne i stabilne), ale także odkrył się z temperamentem, wsuwając z pasją język między szczebel jego idealnych zębów.
Alfie Bloom