Strona 1 z 1

two boston cream donuts, please

: ndz sie 02, 2026 1:01 am
autor: javier perez
Kolejny dzień w biurze, kolejna papierkowa robota, którą musiał odbębnić, a za cholerę mu się nie chciało. Jedyną interesującą rzeczą do roboty, przynajmniej w tamtym momencie, wydawało mu się wypełnianie swoich ulubionych krzyżówek, jednak nawet od tego rozpraszało go burczenie w żołądku, dające mu wyraźnie znać, że był cholernie głodny. Dzisiejszego poranka mignęła mu przed oczami panienka Brooks, bardzo inteligentna specjalistka kryminalistyki. Porozmawiali trochę pomiędzy aktami, gdy akurat pojawiła się na jego piętrze, a on zaprosił ją na pączki i kawę. Był to ich mały, cotygodniowy rytuał, pozwalający sprawdzić, co tam u nich słychać. Wiedział, że mogło to dziwnie wyglądać, że taki staruch kumplował się z o wiele młodszą kobietą, ale po części traktował ją jak córkę. Ze swoją biologiczną nigdy nie potrafił złapać głębszej więzi, a z Hazel było inaczej. Może dlatego, że pracowała w tak wymagającej profesji, przez co czuł się przez nią lepiej rozumiany niż przez własną rodzinę? Nie potrafił tego wyjaśnić.

Zerknął na zegarek na nadgarstku i zobaczył, że właśnie wybiła 12:30. Miał się z nią spotkać na dole budynku. Ruszył do windy, wybrał parter i zjeżdżał, raz po raz słuchając tego wkurzającego dźwięku oznajmiającego kolejne mijane piętra. Kiedy wyszedł na hol, ujrzał Brooks i posłał jej uśmiech. - Tuerca, mam nadzieję, że jesteś głodna - rzucił, podchodząc do niej, po czym ruszył w kierunku drzwi. - Ten nasz diner? Podobno dzisiaj dają pięćdziesiąt procent zniżki na drugiego pączka i kawę. Nie możemy przegapić takiej okazji. - swoją drogą, Perez nazywał ją tuerca, bo po hiszpańsku znaczyło to orzeszek. Nie wiedział, kiedy w sumie zaczął ją tak nazywać, ale samo to, że miała na imię Hazel po prostu, aż prosiło się o to. No nieważne. Chyba się już do tego przyzwyczaiła, a poza tym nawet sam Javier pracując wśród młodych ludzi... czasami też chciał być w pewnym stopniu cool i trendy, okay?

tuerca

two boston cream donuts, please

: ndz sie 02, 2026 1:05 pm
autor: Hazel Brooks
Łatwość w nawiązywaniu znajomości na komendzie była dla niej wręcz zadziwiająca. Co prawda, nie była to reguła, bo niektórzy funkcjonariusze byli stereotypowymi glinami, którzy doczepiają się do najmniejszej pierdoły, a przy konfrontacji nie są zbytnio przyjemni, ale pośród tego wszystkie dało się wyszukać perełki. Między innymi, był nią właśnie Javier — mężczyzna blisko pięćdziesiątki, który mógłby być jej ojcem (ale chyba nie jest, chociaż kto wie, skoro brata ledwo co znalazła), a przynajmniej czasami czuła, że tak właśnie ją traktował. Odpowiadało jej to, naprawdę. Przy rozmowie nie czuła dziwnego dyskomfortu i czasami odnosiła wrażenie, że byli jak te duety z rolek, pt.: Ja i czyjś ojciec o trzynastej w środę na pączkach. Ale tak to zazwyczaj było, prawda? Dzieci ciężko doceniały, jak wyluzowani potrafili być ich rodzice, a z innej perspektywy dało się to wyraźnie dostrzec, zwłaszcza podczas cotygodniowych update’ów.

Miała zadziwiająco lekki dzień. Może dlatego, że nie musiała badać żadnej sprawy jej ulubionego prokuratora? Nie widziała go od czasu, gdy na komisariat wpadła ta szalona kobieta i obydwoje ucierpieli. Może to lepiej? Podczas tej krótkiej chwili, kiedy opatrywała mu ranę, miała wrażenie, że coś przeskoczyło w jej głowie. Obawiała się, że mogłaby chlapnąć coś głupiego, gdyby tu przyszedł i zaczął na nowo się z nią przekomarzać bądź po prostu kłócić. A jednocześnie… nudziło jej się. Od tygodnia nikt nie potrafił wystarczająco podnieść jej ciśnienia.

O umówionej godzinie zeszła na parter, czekając dosłownie chwilkę, nim pojawił się jej dzisiejszy towarzysz. Odwzajemniła jego uśmiech i do razu skierowali się do wyjścia z komendy, żeby udać się do pobliskiej pączkarni. — Zostawiłam idealnie miejsce na pączka. Tak strasznie chce zjeść coś słodkiego, że na myśl o nim aż mi się ślina zbiera w buzi — parsknęła krótkim śmiechem, ale taka prawda; było kilka dni w miesiącu, podczas których dopadał ją ten straszny, słodki potwór, przez który mogłaby zjeść tabliczkę czekolady jak batonika. A później żałowała, ale co zjadła to jej. — Może dzisiaj jest jakiś międzynarodowy dzień pączka? — zasugerowała, słysząc o promocji. — W każdym razie, promocja idealna dla nas. Oby tylko były świeże! — dodała zadowolona i brakowało tylko, aby w podskokach maszerowała w kierunku cukierni Miała ogromne oczekiwania i jednocześnie chciała, aby było tyle smaków do wyboru, że będzie mieć problem, aby zdecydować się na jednego. — U was też dzisiaj tak spokojnie? — zapytała, choć wiadomo, że nie powinno wypowiadać się takich słów na głos, ale może potrzebowała adrenaliny? Może potrzebowała jakiejś ogólnej dramy albo chociaż obecności jednego, denerwującego prokuratora, który pojawiłby się nagle jak dżin po potarciu lampy?

someone's father in a doughnut shop

two boston cream donuts, please

: ndz sie 02, 2026 2:16 pm
autor: javier perez
Mógł z ręką na sercu powiedzieć, że traktował ją jak swoją nieślubną córkę. Bardzo szybko dostrzegł, z jaką łatwością złapali wspólny język, a co najważniejsze, naprawdę brał sobie do serca wszystko, co mówiła. Nie traktował jej słów jak pustego gadania młodszej koleżanki z pracy. Słuchał jej, nawet jeśli czasami udawał, że wcale tego nie robił. Nigdy jednak nie przyznał jej się do zdrad, których dopuścił się podczas małżeństwa. Nie miał pojęcia, jak Hazel by na to zareagowała ani czy ich cotygodniowe jedzeniowe eskapady przypadkiem nie dobiegłyby wtedy końca. Mimo wszystko chyba właśnie dzisiaj chciał w końcu się wygadać. Zwłaszcza po ostatniej rozmowie z Marią, podczas której przyznał się do wszystkiego, kiedy jego własna zazdrość wymknęła się spod kontroli. No cóż. Chciał podjąć próbę jakichkolwiek personal amends, nawet jeśli nie miał zielonego pojęcia, od czego właściwie powinien zacząć. A jeżeli panna Brooks stwierdzi, że nie chce dłużej kumplować się z tym starym hipokrytą, oczywiście to zaakceptuje. Nie miałby prawa mieć jej tego za złe. Uśmiechnął się do niej, gdy zmierzali w kierunku cukierni. - Świetnie. Może tym razem pobijesz swój ostatni rekord, hm? - zaśmiał się, otwierając przed nią drzwi i pozwalając jej wyjść z budynku pierwszej.

Dzisiejsza pogoda była cholernie myląca. Niby było ciepło, ale jednocześnie parno. Raz wychodziło słońce, chwilę później niebo zasnuwało się chmurami i człowiek naprawdę nie potrafił zdecydować, co powinien na siebie założyć. Bardzo confusing. - Może. Musielibyśmy to sprawdzić - parsknął śmiechem na jej sugestię dotyczącą dnia pączka. Swoją drogą, ciekawe, kiedy właściwie odbywało się takie święto. Powinien to wiedzieć, skoro ich wspólne wypady do cukierni powoli stawały się jakąś pieprzoną tradycją. - Ah, jeżeli znowu dostaniemy jakieś stęchłe skały, to serio będzie trzeba zaświecić im odznakami, bo to jest do cholery nielegalne - pokręcił głową, próbując wyrzucić z pamięci ich ostatnią wizytę, podczas której prawie połamał sobie zęby na skamielinie z rzekomym kremem pistacjowym. - Myślisz, że można to już uznać za obrazę funkcjonariusza? Może nawet przewinienie? - Posłał jej rozbawione spojrzenie, po czym zmrużył oczy, gdy usłyszał kolejne słowa dziewczyny. - Ah, Tuerca, czy ty serio powiedziałaś słowo, którego nie powinno się wypowiadać w naszej branży? - przewrócił oczami. - Obyś niczego nie wykrakała. Zostały mi tylko cztery godziny do końca zmiany. - Weszli do cukierni i zajęli wolne miejsca przy stoliku niedaleko okna, czekając, aż któraś z pracownic podejdzie przyjąć ich zamówienie. Javier uniósł menu z rozpiską pączków i napojów, przez chwilę analizując wszystkie dostępne możliwości, - To co? - zapytał, zerkając na nią znad karty. - Od których zaczynamy?

tuerca