Strona 1 z 1

when the clock strikes 2:00, just go to sleep

: ndz sie 02, 2026 8:39 pm
autor: adore w. haddington
To wszystko zaczyna się właśnie w nocy.
Jestem jedynym człowiekiem,
który ma własne kino,
ale z tego kina nie może wyjść.

1.


Odrzucenie smakowało o b c o.
N i e w ł a ś c i w i e.
Nie szło również w parze z niezamąconą pewnością siebie, jaką Adore odczuwała po opuszczeniu studia castingowego, zatem - zobaczywszy w mediach nagłówki o obsadzonej roli protagonistki, o którą tak zachłannie zabiegała jeszcze nie tak dawno temu - naturalnie pomyślała: to m u s i a ł być błąd. Ot, niefortunna omyłka pisarska, ponieważ tak szanowany i wybitny reżyser n i g d y nie wybrałby tak marnej aktorki, jaką niewątpliwie była Paloma Diamond. Skromnym i całkowicie uzasadnionym zdaniem Haddington, wcale a wcale niepodszytym latami zaciekłej rywalizacji - nie miała ona wystarczająco ikry do zagrania postaci o bogatym życiu wewnętrznym. Była zwyczajnie zbyt... m d ł a.
Tak, to musiał być b ł ą d. Odrobinę żenujący, to nie ulegało wątpliwościom, ale Adore miłościwie była gotowa puścić całą sprawę w niepamięć po otrzymaniu oficjalnych przeprosin (przeprosin w liczbie mnogiej, rzecz jasna, bo przecież nie mogło skończyć się na jednych, to świadczyłoby o niskim poziomie desperacji ze strony winowajcy) i zadośćuczynienia w postaci bonusu finansowego z odpowiednią ilością zer na końcu (nie żeby go potrzebowała, ale tak wymagały dobre maniery). Tylko dlaczego - pomimo upływu kilku dobrych dni od publikacji artykułu-którego-tytułu-nie-można-wymawiać - nikt do tej pory się z nią nie skontaktował? I gdzie się podział jej przeklęty menadżer?
No w końcu 一 burknęła pod nosem, kiedy - niczym na specjalne zamówienie - po salonie, który aktualnie okupowała, rozleniwiona po wyjątkowo męczącej sesji hot jogi, rozległa się melodia Work Bitch Britney Spears, nie bez przypadku przypisana do tego numeru telefonu. Cóż, będąc odrobinę (naprawdę jedynie odrobinę) poirytowaną, nie odebrała ani po pierwszym, drugim, ani też trzecim połączeniu, pozwalając Bradowi nagrać się na skrzynkę głosową, chcąc go w ten sposób zasłużenie ukarać za te kilka dni zmowy milczenia.
Czy Ty kiedykolwiek jesteś pod telefonem? Poważnie, łatwiej się dodzwonić do prezydenta Stanów Zjednoczonych niż do Ciebie.
Wymowne przewrócenie oczami i pociągnięcie łyka ze szkła wypełnionego po brzegi bursztynowym płynem, ponieważ w życiu liczył się b a l a n s.
W każdym razie - pewnie już słyszałaś... Rola Andrei poszła do Palomy, Willa. Trudno, stało się. Następnym razem na pewno ją pokonasz! Oddzwoń jak będziesz w humorze... To znaczy jak będziesz mieć czas. Ciao.
T r z a s k. Drobne kryształki po kosztownej zastawie mieniły się w świetle ostrego światła, tworząc w duecie z wolno płynącymi strużkami alkoholu artystyczny nieład, który może i by doceniła, gdyby nie przecinająca ją na wskroś wściekłość.
Trudno? Następnym razem? Co w ogóle oznaczały te słowa w starciu z tak druzgocącą porażką? Jak miała ją zaakceptować z godnością, skoro wszystkie znaki na niebie jasno wskazywały, że dostanie tę rolę? Przecież jej się należała, przecież...
Dwa wdechy, dwa wydechy, dwa wdechy, dwa wydechy i nagle: autopilot. Ignorując skutki swojego gwałtownego wybuchu, który w tej chwili zdawał się mieć miejsce tysiące lat temu, przeszła bezpośrednio do działania. Prysznic, bezmyślny wybór outfitu na wieczór i szybki telefon po szofera. Włosy, makijaż, kilka mało eleganckich pociągnięć wprost z karafki. Zjazd windą na miękkich nogach, jazda w limuzynie, którą jutro będzie pamiętać jak przez mgłę. I wreszcie początek końca: wejście do klubu.
Gdyby mogła cofnąć czas do momentu podjęcia decyzji, która zrujnowała wszystko, na pewno dokonałaby innego wyboru - nie wyszłaby z domu, a poszłaby spać. Ale przeszłości nie dało się zmienić, a ona już - niczym po sznurku - przemierzała korytarz stworzony z ludzkich ciał, błogo bujających się rytm w latynoskiej muzyki, ku własnej
d e s t r u k c j i.

julius c. ashbourne

when the clock strikes 2:00, just go to sleep

: pn sie 17, 2026 11:08 pm
autor: julius c. ashbourne
1


Wściekłość w nim żyła.
Unosiła klatkę piersiową w nierównym rytmie, by koszula falowała jak wodu oceanu tuż przed najgorszym sztormem. Gdyż słowa trenera rozbijały się w jego umyśle niczym pioruny, kiedy starał się pośpiesznie dojść do siebie. Desperacko przesuwając granicę własnego zdrowia po tygodniach uciążliwego dla niego zawieszenia w tym nieznośnym n i e b y c i e. Żałośnie sprowadzającym go na ziemie stanie, w którym najbardziej w swym własnym odczuciu przypominał po prostu innych; tych wszystkich ludzi przegrywających z niespełnionymi nigdy marzeniami. Nie pojmował tego irytującego po wszelkie granice dmuchania na zimne, gdy on sam czuł się wręcz świetnie...
Nadal zły...
w ś c i e k ł y.

Na sekundy przed straceniem przytomności, bo dla niego sprawa nadal pozostawała niedokończona, a ciążące mu zażenowanie nadal nie znalazło odpowiedniego ujścia. Dlatego przy braku zdrowego rozsądku podjął kolejną, zapewne jak niedługo miało się okazać, złą decyzję i zignorował wszelkie troskliwe porady płynące do niego z każdej możliwej strony. Postanowił ostatecznie w nich nie tonąć, wyruszając samotnie w tętniące nocnym życiem miasto. Jules nie zastanawiał się jednakże, w jaki dokładnie sposób zamierzał wymazać z własnej pamięci wytrącające go z równowagi obrazy. Granice przyzwoitości zostały już dawno przesunięte tak daleko, iż nie przeszło mu przez myśl zamartwianie się właśnie tą materią.
Kiedy kierowca podwiózł go praktycznie pod same drzwi klubu, zdążył już przebrnąć przez jednoosobowe before party z butelką trunku na tylnym siedzeniu. Bez konkretnego celu ruszył przez roztańczony tłum, czując przez cały czas, jak obce ciała ocierając się o niego w rytm utworu. Przez chwilę rozważał pozwolenie na porwanie się w głąb parkietu, by przepaść między jednym nieznajomym a drugim w tanecznym transie. To pragnienie opadło jednak na dalszy plan, gdy odyseja zbłąkanego hokeisty dobiegła końca przy barze. Powoli wsunął się na barowy stołek, rzucając do barmana przez ramię zamówienie, by wzrokiem dalej wędrować wśród sylwetek uwięzionych w melodii płynącej z głośników.
Ileż utworów zlewających się w dj'owskich przejściach w jeden przeminęło, a ile drinków spłynęło palącą ścieżką do jego żołądka, by doprowadzić go na kres własnego fatum. Prawie przemknęła mu przez zamyślenie jak spadająca gwiazda mknąca szybko po niebie. Między jednym mrugnięciem a drugim mógł spróbować nieświadomie przezwyciężyć czyhająca nad nim nieszczęsną siłę wyższą. Zakończyć ten wieczór w zupełnie inny sposób, ale wszystko od samego początku sprowadzało się najwyraźniej do tego właśnie m o m e n t u. Do kobiety odzianej w czerń, powoli wyłaniającej się z tłumu jakby tuż przed nim. Wtedy zrozumiał, że może właśnie tego szukał w możliwościach rozpoczynającej się nocy lub własnej ucieczki. Podłożenia ognia pod cudzą złość, by z szaloną satysfakcją spoglądać, jak pochłania ona wszystko na swej drodze.
- Wyglądasz przeraźliwie...- opuściło gładko jego rozchylone w grymasie usta, gdy ich spojrzenia wreszcie napotkały się na jednej z dróg nieszczęsnego losu wiążącego dwie dusze. Przypominała kogoś, kto zdolny byłby w swym szaleństwie pozostawić spopielony świat pod swymi szpilkami. I nie potrafił przyznać przed samym sobą, lecz gdzieś w głębi duszy ten widok go p o c h ł o n ą ł wręcz w niepokojący dla niego sposób. Niczym ćma zataczająca kolejne koła wokół płomienia, który powoli węglił jej skrzydła. Czyż ta wściekłość w jej oczach nie była wszak odbiciem lustrzanym jego?

adore w. haddington

when the clock strikes 2:00, just go to sleep

: ndz sie 30, 2026 11:54 pm
autor: adore w. haddington
Błogie otępienie - pomimo licznych starań i wlanych w siebie drinków - nie nadchodziło, niefortunnie skazując ją na niechciane towarzystwo własnych myśli.
Masz silne tendencje autodestrukcyjne, Adore. To bardzo niezdrowe. Powinnaś popracować nad mechanizmami, które pozwolą Ci lepiej kontrolować emocje. Mogę polecić...
Tamtego ferelnego dnia w gabinecie przestała słuchać już po pierwszym zdaniu. A u t o - destrukcyjne? W przemożnej chęci zrujnowania każdego, kto przyczynił się do jej nieszczęścia, nie było nic a u t o. Złość pulsująca w żyłach zawsze szukała ujścia na zewnątrz, domagając się metaforycznego (lub nie) rozlewu krwi.
Tak jak dziś.
Wirując w gęstwinie nieznajomych, zamroczonych przez alkohol i migające kolorowe światła, czuła jedynie złość. Jej żar tlił się nieprzerwanie od momentu przekroczenia progu klubu i żadna ilość alkoholu pochłoniętego w zawrotnym tempie nie była w stanie ugasić tej palącej potrzeby w y b u c h u.
Musiała jedynie znaleźć kogoś, na kogo wyleje wszystkie nagromadzone wcześniej frustracje; kogoś, kogo będzie mogła całkowicie z r u j n o w a ć. Oczywiście - mogłaby też odpuścić. Wyjść, wrócić do domu i zapomnieć. Ale gdzie w tym byłaby zabawa?
Być może gdyby była trzeźwiejsza, mniej wściekła, umiałaby się zdobyć na zdroworozsądkowe myślenie. Ale pokonując po raz kolejny tego wieczoru drogę do baru, umiała myśleć wyłącznie o własnej przegranej.
Bo przecież od zawsze chciała być n a j l e p s z a.
B e z k o n k u r e n c y j n a.
Nieboskłon mógł uginać się wyłącznie pod j e j ciężarem; to o n a winna była błyszczeć najjaśniej, swoim jaskrawym światłem zatrzymując wszystkie spojrzenia. Pragnęła być jedyna w oczach każdego, kto zawiesił na niej wzrok; stać się cudzym epicentrum, początkiem i końcem.
I być może w tej jednej mikrosekundzie, w tym wypełnionym po brzegi klubie, w tym chaosie świateł i kolorowych drinków - była. Ale nie w sposób, w który chciała. Bo na jego twarzy nie było dozgonnej adoracji, zachwytu, wręcz przeciwnie, zdawała się być lustrzanym odbiciem jej własnych wewnętrznych rozterek, co tylko dodatkowo ją rozjuszyło.
Przeklęty Julius Ashbourne.
Powinieneś zatem się bać i przestać do mnie mówić 一 skwitowała cierpko i paradoksalnie w kontraście do własnych słów - zamiast zwiększyć dzielący ich dystans - zmniejszyła go jeszcze bardziej, zajmując miejsce przy barze tuż obok niego. Blisko - jakby byli najlepszymi przyjaciółmi, nie wrogimi rozbitkami, nieszczęśliwie wyrzuconymi na ten sam opustoszały brzeg. Jakby nie umiała się oprzeć tej nieskrywanej niechęci wymierzonej pod swoim adresem; jakby potrzebowała ją wykorzystać i być może w końcu coś p o d p a l i ć.

julius c. ashbourne