little party never killed nobody
: ndz sie 02, 2026 8:45 pm
20 grudzień 2025
Downtown; Financial District; jakiś Penthouse
Imprezowanie nie było tym, co lubił. Od dłuższego czasu spędzał swoje wieczory z nosem w książkach i podręcznikach, ograniczając wyjścia i kontakty z przyjaciółmi do tego stopnia, że zdążył uwierzyć w to, że rzeczywiście nie potrzebował wychodzić. Nie musiał zaznawać nocnego życia i wszystkich atrakcji, które się z tym wiązały.
Większość jego wieczorów spędzał więc w swoim pokoju, w mieszkaniu, które udało mu się wynajmować. Weekendy zaczynał zawsze w ten sam sposób. Po przyjściu z Kliniki rozbierał się, zamawiał jedzenie – najczęściej kebaba, zjadał go razem z butelką schłodzonego, owocowego piwa i szedł się kąpać, by na końcu usiąść w fotelu i czytać książkę przy akompaniamencie serialu, na który nie miał zamiaru zwracać uwagi. Było przyjemnie i miło. Nie spodziewał się więc, że dostanie wiadomość o treści zbieraj się, wychodzimy, będę za dwadzieścia minut. Nie przepadał za takimi wiadomościami i jego znajomi doskonale wiedzieli, że tego nie lubił. Wiedzieli jednak również, że był to jedyny sposób na to, by wyciągnąć go z domu.
Dlatego, właśnie gdy jego przyjaciółka – Maya, zjawiła się w jego mieszkaniu, on dalej jadł swojego zimnego już kebaba i w swoich szarych dresach. Nie miał zamiaru się ruszać, równie mocno się w tym zapierał, jak jego przyjaciółka, która odmawiała wyjścia, jeśli on nie pójdzie z nią. Uległ więc, zarzekając się, że wychodzi tylko na dwie godzinki.
Minęło już cztery i było już mocno po północy, gdy z trzecim drinkiem podpierał ścianę. Nie spodziewał się i nie chciał się przyznać, do tego że dobrze spędzało mu się czas. Impreza nie była w klubie, lecz w penthousie, który należał do jednego z przyjaciół Mai. Apollo ciągle nie mógł wyjść z podziwu, że udało mu się z jakiegoś powodu wbić w takie towarzystwo, bo on sam nie wywodził się z zamożnej rodziny. A przynajmniej nie takiej, której członkowie mogliby sobie pozwolić na imprezowanie w takich miejscach. Nigdy nie narzekał na swoją sytuację finansową, jednak nie ukrywał, że od czasu do czasu dobrze było rozerwać się w tym bogatszym środowisku.
Czuł się wyśmienicie. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a muzyka, która grała z głośników wprawiała jego ciało w ruch, dzięki czemu nie był w stanie odczuć jeszcze efektów picia alkoholu.
Bowie Vance
Downtown; Financial District; jakiś Penthouse
Imprezowanie nie było tym, co lubił. Od dłuższego czasu spędzał swoje wieczory z nosem w książkach i podręcznikach, ograniczając wyjścia i kontakty z przyjaciółmi do tego stopnia, że zdążył uwierzyć w to, że rzeczywiście nie potrzebował wychodzić. Nie musiał zaznawać nocnego życia i wszystkich atrakcji, które się z tym wiązały.
Większość jego wieczorów spędzał więc w swoim pokoju, w mieszkaniu, które udało mu się wynajmować. Weekendy zaczynał zawsze w ten sam sposób. Po przyjściu z Kliniki rozbierał się, zamawiał jedzenie – najczęściej kebaba, zjadał go razem z butelką schłodzonego, owocowego piwa i szedł się kąpać, by na końcu usiąść w fotelu i czytać książkę przy akompaniamencie serialu, na który nie miał zamiaru zwracać uwagi. Było przyjemnie i miło. Nie spodziewał się więc, że dostanie wiadomość o treści zbieraj się, wychodzimy, będę za dwadzieścia minut. Nie przepadał za takimi wiadomościami i jego znajomi doskonale wiedzieli, że tego nie lubił. Wiedzieli jednak również, że był to jedyny sposób na to, by wyciągnąć go z domu.
Dlatego, właśnie gdy jego przyjaciółka – Maya, zjawiła się w jego mieszkaniu, on dalej jadł swojego zimnego już kebaba i w swoich szarych dresach. Nie miał zamiaru się ruszać, równie mocno się w tym zapierał, jak jego przyjaciółka, która odmawiała wyjścia, jeśli on nie pójdzie z nią. Uległ więc, zarzekając się, że wychodzi tylko na dwie godzinki.
Minęło już cztery i było już mocno po północy, gdy z trzecim drinkiem podpierał ścianę. Nie spodziewał się i nie chciał się przyznać, do tego że dobrze spędzało mu się czas. Impreza nie była w klubie, lecz w penthousie, który należał do jednego z przyjaciół Mai. Apollo ciągle nie mógł wyjść z podziwu, że udało mu się z jakiegoś powodu wbić w takie towarzystwo, bo on sam nie wywodził się z zamożnej rodziny. A przynajmniej nie takiej, której członkowie mogliby sobie pozwolić na imprezowanie w takich miejscach. Nigdy nie narzekał na swoją sytuację finansową, jednak nie ukrywał, że od czasu do czasu dobrze było rozerwać się w tym bogatszym środowisku.
Czuł się wyśmienicie. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a muzyka, która grała z głośników wprawiała jego ciało w ruch, dzięki czemu nie był w stanie odczuć jeszcze efektów picia alkoholu.
Bowie Vance