point me to the sky above
: wt sie 04, 2026 12:13 pm
004.
Jeszcze gdzieś w Don Mills.
Alvin wielu pojęć nie miał w swoim słowniku. Nuda, stagnacja, nic-nie-robienie, letarg, monotonia. Nie istniało to w jego systemie, a w przypadku zderzenia się z rzeczoną anomalią, jego organizm buntował się i domagał natychmiastowego działania. Dzisiaj też tak było. Miał akurat wolne i w ciągu dnia robił chyba wszystko – poszedł pobiegać, wygonił Nellie z łóżka, zrobił śniadanie, był poskakać do jeziora z klifu, wymęczył napotkanego psa w parku, zaspamował Teddy, odwalił kawał dobrej roboty pomagając kumplowi budować domek dla lalek dla jeszcze-nie-narodzonego-dziecka, nażarł się pizzą jak świnia, wpadł do rodziców z niespodziewaną wizytą i bukietem żelek, a potem... potem wrócił do domu. Pustego domu. Nie było Nellie, nie było nawet ujadającego psa sąsiada, do którego mógłby się przejść i pogadać z nim przez drzwi. Seriali mu się nie chciało samemu oglądać, co do kogoś napisał, to okazywało się, że miał życie towarzyskie i nie odpisał w minutę. Chwilę jeszcze scrollował po reddicie, aż w końcu stwierdził, że no nie, nie może tak. Już go nogi bolały od takiego leżenia na kanapie i musiał coś zrobić. Wyjść. Gdzieś. Gdziekolwiek. Natentychmiast.
Nie był wielkim fanem samotnych przejażdżek motocyklem, ale padło właśnie na to. Zgarnął drugi kask, tak samo z dorobionymi uszami, jak jego własny – choć jego uszy miał psie, ten drugi kocie – i już siedział na maszynie. Droga poniosła go po wszystkich dzielnicach Toronto, aż wreszcie, chyba gnany podświadomością i wspomnieniami pewnej studentki astronautyki, zajechał w okolice Don Mills. Nie to, żeby miał zamiar jej się narzucać o 11 w nocy, ale... Dupa tam, taki właśnie miał zamiar. Od początku tak właśnie wyglądała ta relacja i zamierzał to z pełnym zaangażowaniem kontynuować. Tak jak wtedy w parku, miejskiej bibliotece, kociej kawiarni i całej masie innych miejsc, gdzie los ich przypadkiem na siebie (a w zasadzie jego na nią) zsyłał. Przeznaczenie to suka, jeśli miał być szczery. Prawie Yunie współczuł, że musiała się z nim użerać.
Tak prawie, że stanął gdzieś na poboczu i wyciągnął z kieszeni telefon, żeby do niej napisać.
Random Stranger
You Adopted
You Adopted
ej Juju co robisz?
wiem, że nie śpisz
jak znowu siedzisz w książkach, to mam dla ciebie super zadanie
weź wyjdź na chwilę
Wiadomość...
Nie czekał na odpowiedź. Schował telefon z powrotem i już odpalał silnik, próbując sobie przypomnieć drogę do domu dziewczyny. Raz kiedyś ją przecież odwoził, to powinien był pamiętać. Miał nadzieję, że dobrze pamiętał, bo bardzo pewny siebie ruszył do przodu, z wcale nie takim niecnym planem porwania Yu na nocną wycieczkę krajopoznawczą. I nie, nie przyjmował do wiadomości – ani świadomości – odmowy. Był gotowy ją naprawdę porwać, jeśli trzeba by było. Wszystko w imię uratowania jej tragicznej duszy od nadmiaru nauki, swojej wynudzonej od samotności i swojego motocykla od zarośnięcia pajęczynami. Same dobre uczynki.
Co złego, to nie Alvin Fontaine.
twinkle twinkle
little star