Strona 1 z 1

what a lovely realm

: wt sie 04, 2026 3:16 pm
autor: javier perez
Chłodna jesień zawitała do Toronto. Liście klonów coraz szybciej przechodziły z soczystej zieleni w ten przyjemny dla oka bursztynowy odcień. Ulice, jeszcze niedawno pełne ludzi w krótkich rękawkach, z dnia na dzień wypełniały się bluzami i ciepłymi swetrami. A Javier? Javier coraz bardziej nie znosił przebywania w domu. Jego dzieci doprowadzały go do szału, a on miał nieodparte wrażenie, że Maria pozwalała im na zdecydowanie za dużo. Mógłby przysiąc, że ta kobieta nie robiła nic poza staniem w kuchni, ubrana ciągle w te same ciuchy. Jezu, ile by dał, żeby choć raz znowu założyła te kolorowe sukienki, które tak często nosiła jeszcze w Barcelonie. Chociaż… ich brak też miał swój urok, iykyk. Teraz? Chłodne spojrzenia. Przelotny pocałunek od czasu do czasu. Albo rutynowy seks, tylko po to, żeby przypomnieć sobie, że wciąż byli małżeństwem. Ta rutyna go nudziła. To, że musiał dosłownie wpisywać się w grafik własnej żony, żeby znaleźć chwilę, w której poświęci mu odrobinę uwagi. W tamtym okresie rozwiązywanie krzyżówki wydawało mu się bardziej emocjonujące i nieprzewidywalne niż życie z kobietą, którą nadal kochał, ale… coś między nimi zwyczajnie zgasło. Ogień, który kiedyś palił się tak mocno, że można było się przy nim sparzyć, teraz ledwo się tlił.

Po długim dniu w pracy i zaledwie dwóch czarnych kawach stwierdził, że wstąpi do swojej ulubionej pączkarni. Kupi sobie kolejną kawę i coś słodkiego. Należało mu się. Zwłaszcza że nie zamierzał dzielić się z dzieciakami. Czy to już ten etap odpowiedzialnego rodzicielstwa, kiedy wpierdala się śmieciowe żarcie po kryjomu, byle dzieci nie zobaczyły? Może. Wracał samochodem do domu, przedzierając się przez zakorkowane ulice miasta. Skręcił w okolice Yonge and Dundas, gdzie jak zwykle roiło się od ludzi. Jedni wyglądail, jakby właśnie wypalili sobie resztki mózgu czymś mocniejszym od marihuany, drudzy sprawiali wrażenie, że wstrzyknęli sobie mieszankę, która skutecznie odebrała im zdolność jakiegokolwiek logiscnego myślenia.

Czekając na zielone światło, zjedhal w mniej zatłoczoną uliczkę, żeby ominąć tłumy i kolejnych randomów rzucających się pod maskę samochodu. Sięgnął po swoją kawunię, upił łyk, drugą dłonią chwycił pączka i odgryzł porządny kawałek. Cholera. Zajebisty. Pomyślał z pełnym przekonaniem, kiedy jego błogi stan przerwało mocne uderzenie w tył samochodu. - Kurwa mać - warknął pod nosem. Pączek wypadł mu z ręki prosto na podłogę, a gorąca kawa wylała się na koszulę i spodnie. Piekło jak skurwysyn, ale nie z takimi rzeczami przyszło mu się mierzyć. Odłożył kubek z resztką kawy, wysiadł z samochodu, trzaskając drzwiami, i szybkim krokiem podszedł do auta, które właśnie się w niego wpieprzylo. Po drodze rzucił jeszcze okiem na tablicę rejestracyjną.

MI6 LF7 XD

Zapamiętał ją od razu. Podszedł do szyby kierowcy i zaczął energicznie w nią stukać. Gdy w końcu szyba się opuscila, pochylił się niżej i spojrzał na siedzącą za kierownicą kobietę. Wyglądała na wystraszoną. Szkoda tylko, że w tej chwili kompletnie go to nie obchodziło. - Gdzie się pani tak spieszy, że ucierpiał nie tylko mój długo wyczekiwany pączek, ale jeszcze kawa?

donut killer