Strona 1 z 2

one weekend. no disasters. hopefully.

: wt sie 04, 2026 4:57 pm
autor: Dante Levasseur
Wyjazd do Włoch – nawet jeśli całkiem udany, jeśli nie liczyć drobnego potknięcia podczas jednego spontanicznego wyjścia – raczej trudno byłoby uznać za pełnoprawne wakacje. Zwłaszcza, że przynajmniej jedno z nich podczas całego tego pobytu w kolejnych włoskich miastach, musiało skupić się w głównej mierze na pracy, co… jakoś tak naturalnie dość mocno kłóciło się z jakąkolwiek ideą wakacji.
Weekend spędzony nad jeziorem – choćby i miało to być znajdujące się tuż pod nosem jezioro Ontario – wydawał się więc całkiem niezłym pomysłem. I to może nawet jednym z tych, który mógłby prezentować się jako niezły nie tylko w opinii Dantego, który – jak wiadomo – raczej nie był w tej kwestii ani obiektywny, ani tym bardziej przekonujący dla większości osób. Zwłaszcza tych, które miały cokolwiek wspólnego ze zdrowym rozsądkiem…
Skoro jednak weekend miał spędzić w towarzystwie Elsy, raczej niewielka – jeśli w ogóle jakaś – była szansa na to, że cały ten pobyt miałby się przedłużyć do jakiejś tygodniowej imprezy, z której ostatecznie i tak nie zapamiętałby zbyt wiele. Elsa z kolei mogła nieco odpocząć od pracy – także tej wykonywanej podczas wakacji we Włoszech – co raczej mogło jej się przydać, niezależnie od tego czy i jak bardzo miałaby się upierać, że po swojej kilkutygodniowej nieobecności, powinna jak najszybciej zająć się wszystkimi odwołanymi na ten czas wizytami…
A co więcej – co być może najważniejsze – tym razem przynajmniej mogli zabrać ze sobą psy, nie musząc zostawiać ich pod opieką Eriksenów. I chociaż prawdopodobnie Dante nie miałby nic przeciwko, by Murphy dokończył dzieła zniszczenia na tym rzekomo ulubionym fotelu Caspera, to… zdecydowanie wolałby też nie zostawiać psa pod opieką akurat jemu, jeśli tylko istniała jakaś inna opcja. Po pierwsze – dla dobra samego zwierzaka, nawet jeśli dotychczasowej trzytygodniowej opiece trudno byłoby cokolwiek zarzucić, a po drugie… nawet jeśli rzeczywiście zdecydowali się z Elsą oficjalnie zamieszkać wreszcie razem, to jednak wciąż nie oznaczało to, że Dante tak po prostu miałby porzucić swój zamiar widywania się z jej ojcem tak rzadko, jak tylko było to możliwe.
Zresztą, same psy chyba też wydawały się dość zadowolone z tego, że mogły spędzić ten weekend ze swoimi ludźmi. A przynajmniej Murphy, który przynajmniej nie miał w zwyczaju tej swojej radości ukrywać pod wyniosłym psim zniesmaczeniem, które najwyraźniej do perfekcji opanowała Olive. Chociaż może trudno było się jej dziwić, skoro już podczas wsiadania do samochodu została niemal stratowana przez szczeniaka, który najwyraźniej nie zauważył jeszcze, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy urosło mu się całkiem sporo… A przynajmniej na tyle, by zdecydowanie przerosnąć straszą siostrę, która pewnie już co najmniej kilkukrotnie – i to w ciągu ledwie jednego dnia – zdążyła zatęsknić za czasami, gdy była jedynaczką…
Chyba wspominałaś coś kiedyś o rozlatującym się domku nad jeziorem…? – rzucił z uśmiechem, jeszcze przed wyjściem z samochodu zerkając w stronę lokum, w którym mieli spędzić najbliższe dwa dni. Nie dało się ukryć, że na warunki, jakie czekały na nich w kolejnych włoskich hotelach raczej nie mieli co liczyć. Ale… raczej nie wydawało się to być jakimś wielkim problemem. – W takim razie ten chyba możesz uznać za całkiem odpowiedni…
Możliwe zresztą, że był to dokładnie ten sam budynek, w którym miał okazję tych parę lat temu, jeszcze w czasach nastoletnich, spędzić weekend razem ze znajomymi, kiedy wspólnie doszli do wniosku, że mogło to być świetne miejsce na kilkudniową imprezę. I właściwie… chyba rzeczywiście było. Zwłaszcza, że w zestawieniu z ilością alkoholu i innych używek, którymi mieli wtedy okazję się raczyć, niespecjalnie zwracali przy okazji uwagę na ewentualne warunki. A chociaż bardzo prawdopodobne wydawało się to, że te ani trochę nie zmieniły się przez wszystkie te lata… najwyraźniej i tym razem nie miał zamiaru zbytnio się nimi przejmować. A przynajmniej nie na tyle, by bez wychodzenia z samochodu, zasugerować natychmiastowy powrót do domu i odpuszczenie sobie tego wątpliwej jakości noclegu…
Zamiast tego wypuścił z auta psy, Murphy’ego przy okazji łapiąc niemal w ostatniej chwili i zapinając mu smycz, zanim ten mógłby zrealizować pomysł samodzielnego zwiedzania bliższej i dalszej okolicy. Nie żeby jakoś mocno ostudziło to entuzjazm zwierzaka… ale przynajmniej można było mieć pewność, że kolejnych godzin nie przyjdzie im spędzić na poszukiwaniu go i późniejszej kąpieli, gdy już miałoby okazać się, że ten świetnie bawił się wśród wszystkich tych najbardziej ohydnych znalezisk, jakie mógłby wywęszyć nad jeziorem…
Przynajmniej jest szansa, że nikt się nie zorientuje, jak już Murphy zeżre parę mebli, czy innych części wyposażenia… – dodał jeszcze, ponownie zerkając w kierunku domku i chyba nabierając coraz większej pewności, że to rzeczywiście mógł być dokładnie ten sam budynek. Prawdopodobnie z dokładnie tymi samymi plamami na dywanie, choć to dość trudno byłoby już zweryfikować po tak długim czasie. Po pierwsze dlatego, że niewątpliwie przybyło ich od tamtej pory całkiem sporo, a po drugie… to, że Dante mógłby z tamtego wypadu zapamiętać w ogóle jakikolwiek dywan można byłoby chyba uznać za wystarczający wyczyn. A i to tylko przez to, że przed wyniesieniem się z domku, nieco czasu musieli poświęcić na odpowiednie ustawienie stolika, by jak najlepiej zamaskować kilka zupełnie przypadkowo powstałych dziur…

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: wt sie 04, 2026 9:11 pm
autor: Elsa Eriksen
Nie pamiętała, kiedy ostatni raz była na takich prawdziwych wakacjach zgodnych z definicją Dantego — bez pracy w salonie, bez uczenia się w domu, bez myślenia o pracy, o studiach. Tak, żeby naprawdę nie przejmować się niczym, nikim i wreszcie… odpocząć. Bo czy ona w ogóle potrafiła zwolnić? Wyłączyć mózg, aby przestał się przegrzewać przez te istotne sprawy, którymi zajmował się dwadzieścia cztery godziny na dobę? Chyba nie.
Dlatego kiedy zaproponował im weekendowy wyjazd z psami w miejsce, którego nazwy strzegł z uporem godnym służb specjalnych, pierwsze co zrobiła to oczywiście sprawdziła swój kalendarz. Na sobotę miała umówioną tylko jedną klientkę, więc od razu do niej zadzwoniła i zapytała czy mogłyby przenieść wizytę na piątek. Udało się. Nic więc nie stało na drodze ich pierwszych, wspólnych, dorosłych wakacji. No, nic poza Dantem, który nie zamierzał jej ułatwić pakowania. Bo przecież powiedzenie jej dokąd zamierzał ich wywieźć zdawało się być zadaniem, które całkowicie go przerastało. Dlatego, żeby nie zabierać wszystkich możliwych elementów garderoby, próbowała dowiedzieć się od niego czegoś więcej, zadając pytania, na które ten odpowiadał jedynie "tak” lub "nie". A przynajmniej co do zasady tak to powinno wyglądać. Dante bowiem postanowił dorzucić — tak w gratisie — jeszcze jedną opcję — "być może". I tak naprawdę udało jej się ustalić tylko tyle, że kategorycznie, pod żadnym pozorem nie będzie mogła w tym miejscu pracować.
Podczas zapełniania walizek postanowiła sobie odpuścić jednak zimowe ciuchy. Musiała najwyraźniej uznać, że jeden weekend to było zdecydowanie za krótko, żeby mogli pojechać w wysokie góry, gdzie o tej porze roku mogliby uraczyć ekstremalnie niskich temperatur i śniegu. Najwyżej tyłki im naprawdę odmarzną, a wraz z nimi wszystkie kończyny.
I choć miała sporo wątpliwości, co do całego wyjazdu to kłamstwem byłoby stwierdzenie, że się nim w ogóle nie ekscytowała. Bo była. I to bardzo.
Zresztą, psy zdawały się podzielać jej entuzjazm, a zwłaszcza Murphy, który widząc krzątający się właścicieli, tych samych, którzy pakowali do bagażnika walizki oraz cały psi ekwipunek w postaci misek, karmy i zabawek, podszczekiwał radośnie, kręcąc im się między nogami. I gdy ci ledwo otworzyli drzwi do auta, ten niczym mały czołg staranował swoją siostrę i wskoczył na swoje miejsce, jakby pod tym swoim jeszcze białym futrem czuł, że właśnie zaczyna się przygoda. W przeciwieństwie do suczki, która nim zajęła siedzenie obok brata, posłała rodzicom spojrzenie, które mówiło jedno — czy on naprawdę musi z nami jechać?
Podczas drogi, Elsa bacznie obserwowała mijane drogowskazy, próbując połączyć wszystkie kropki i jakoś odgadnąć, gdzie dokładnie Dante zamierzał ich wywieźć. Tak, ona zdecydowanie nie umiała w niespodzianki… a przecież ich miejsce docelowe nie miało żadnego znaczenia. Przecież liczyło się tylko to, że jechała tam właśnie z nim.
Gdy droga asfaltowa się skończyła, a samochód zaczął podskakiwać na wyraźnych nierównościach, wyprostowała się i zaczęła jeszcze dokładniej rozglądać po okolicy, którą przemierzali. Nigdy tu nie była, jednak gdy zza drzew wyłoniła się tafla błyszczącej od słońca wody…
— Naprawdę? Jezioro? — zapytała z promiennym uśmiechem, który wskazywał na jedno — była zachwycona. Dlatego kiedy tylko auto zatrzymało się przed ich domkiem, momentalnie odpięła pasy i wyskoczyła z niego jak poparzona. Rozmawiali o tym we Włoszech, ale… nie tylko. Dante pewnie zdążył już dawno o tym zapomnieć, tak samo jak i o tym, kto podarował mu skórzaną bransoletkę stanowiącą chyba jego ulubioną ozdobę, ale to właśnie w tym miejscu chciała z nim spędzić ich pierwsze wakacje. Nie ze znajomymi, nie z rodzicami. Tylko oni... no i psy w gratisie. On jednak postanowił wyjechać na ten przydługi rok, więc wszystkie wspólne plany poszły się walić, ale naprawdę tu przyjechali! Po tych wszystkich latach, wrócili w miejsce, które sobie wymarzyła.
Widząc jak chłopak w ostatniej chwili złapał Murphy’ego i przypiął mu smycz do obroży, nie mogła zareagować inaczej jak wesołym śmiechem. Biedny najwyraźniej nie rozumiał, dlaczego nie mógł pobiec do lasu albo od razu do jeziora, a swoje niezadowolenie oznajmiał głośnym szczekaniem i skutecznym oplątywaniem nóg Dantego smyczą. A w tym samym czasie, diva Olive wyszła z auta, przeszła kilka kroków i położyła się na miękkiej trawie rosnącej przy samym tarasie ich domku.
— Ale myślisz, że łóżka są w miarę czyste? Czy bardziej higieniczne okaże się spanie na kocu na plaży? — Bo chyba naprawdę nie chciała wiedzieć, co takiego mógł przeżyć materac, na którym to mieli spędzić najbliższą noc. Miała jednak nadzieję, że przynajmniej nie pogryzą ją pluskwy, a i że żadne robactwo nie zrobi sobie hotelu z ich zwierzaków. Bo choć cała dwójka była zaopatrzona w specjalne obroże to Elsa gdzieś podświadomie wiedziała, że natura bywała szczególnie kreatywna.
Rzuciła się zaraz ukochanemu w ramiona i zaczęła obsypywać go buziakami — w policzki, w szczękę, w szyję… kilka w usta, ale temu ostatniemu poświęciła zdecydowanie więcej czasu, delektując się smakiem jego warg.
— Jest cudownie. Dziękuję! — zapiszczała podekscytowana, przerywając pocałunek, jednak nie odsuwając się od niego, tym samym narażając go na ból uszu wywołany zbyt wysokimi decybelami jej podekscytowania.
Ktoś mógłby uznać ją za wariatkę, że tak cię cieszyła z rozpadającego się domku, zwłaszcza, że jeszcze nie tak dawno nocowała w jednych z najlepszych włoskich hoteli, ale… nawet jakby próbowała to wyjaśnić, i tak nikt by jej nie zrozumiał. Bo nikt kto nie miał jej licealnych wspomnień, kto nie wiedział, co czuła podczas tych pierwszych wakacji po zakończeniu szkoły, nie byłby w stanie pójść jak ważne było dla niej to miejsce.
— Mówiłam już, że cię kocham? Bo kocham! Mocno, mocno, mocno… — wymruczała, przytulając się do niego jeszcze raz. — To co robimy? Walizki do środka i zabieramy psy na spacer po okolicy?

Dante Levasseur

one weekend. no disasters. hopefully.

: śr sie 05, 2026 12:12 pm
autor: Dante Levasseur
Pewnie mógłby jej tak po prostu powiedzieć, dokąd miał zamiar wybrać się z nią na weekend. Pewnie nawet mogliby wspólnie to przedyskutować, wybrać najlepszy termin, zastanowić się nad tym, czy miejsce faktycznie im odpowiadało, czy może jednak dałoby się znaleźć coś lepszego… Ale w takiej sytuacji Elsa najprawdopodobniej musiałaby nabrać poważnych wątpliwości, czy aby na pewno wszystko było z nim w porządku i czy przypadkiem podczas któregoś wyjścia do klubu, nie uderzył się zbyt mocno w głowę. Bo oczywiście, że taką formę planowania wyjazdu – albo jakiekolwiek planowanie… – Dante mógł co najwyżej uznać za śmiertelnie nudną i w związku z tym nawet nie brać jej pod uwagę.
Właściwie… chyba i tak wystarczającym wyczynem było już to, że o samym wyjeździe wspomniał jej tych parę dni wcześniej zamiast na przykład w piątkowy wieczór lub sobotni poranek obwieścić jej, że powinna się wpakować do samochodu, bo właśnie wyjeżdżali na wspólny weekend. Możliwe zresztą, że było to zasługą jakiegoś niemrawego głosu rozsądku, który mógł w porę uprzejmie podsunąć mu myśl o tym, że być może warto byłoby, żeby Elsa zawczasu uprzedziła swoje klientki o tym, że przez dwa dni nie będzie dla nich dostępna. Choć równie dobrze mogło chodzić też o kwestię pakowania, które… mimo wszystko chyba jednak wolał pozostawić jej. Zwłaszcza, że o ile sam pewnie nie miałby większego problemu z tym, żeby tuż przed wyjazdem po prostu chwycić tych parę mniej lub bardziej losowych rzeczy i uznać, że tyle powinno mu w zupełności wystarczyć, tak nie sądził raczej, by jego dziewczyna podzielała to podejście. Ba, to zdecydowanie nie były nawet zwykłe przypuszczenia. Po prostu znał ją już dość dobrze, by to zwyczajnie wiedzieć.
Na szczęście samo pakowanie również dało się zamienić w zajęcie, które wcale nie musiało być aż tak potwornie nudne, jakim zwykle mogłoby się wydawać. Możliwe, że i w tym temacie Elsa mogłaby mieć nieco odmienne zdanie, ale… on przecież bawił się naprawdę dobrze, starając się jednocześnie, żeby odpowiedzi na wszystkie jej pytania nie mówiły jej absolutnie nic. Co może i nie do końca było trafioną strategią, skoro w efekcie prawie połowę spakowanych przez nią rzeczy można byłoby uznać za kompletnie zbędne, ale… przecież tych parę nadmiarowych kilogramów w bagażu nie mogło być czymś, czym należałoby się jakkolwiek przejmować… Przynajmniej do momentu, kiedy trzeba było wrzucić te nieszczęsne walizki do bagażnika. Chociaż pewnie nawet wtedy nie zaświtało mu w głowie, że może jednak cała ta niespodzianka wcale nie musiała być aż tak tajemnicza…
Dźwiganie zbędnego bagażu, zdecydowanie mógł jednak w pełni wynagrodzić ten szczery uśmiech, który pojawił się na twarzy Elsy, gdy już udało jej się dojrzeć, dokąd właśnie dojeżdżali. Tym bardziej, że chyba jednak nie przypuszczał, żeby po prostu jezioro miało zrobić na niej aż takie wrażenie. Możliwe zresztą, że rzeczywiście zdążył już zapomnieć o tych jej planach sprzed kilku lat – a z całą pewnością nie myślał o nich, kiedy wpadł na pomysł tego wyjazdu. Choć może… w jakiś sposób mogła tu zadziałać podświadomość…? Albo zwykły przypadek. Cokolwiek by to jednak nie było, najważniejsze było to, że Elsa ewidentnie była zadowolona i raczej daleko było jej do rozczarowania faktem, że postanowił rzeczywiście zabrać ją do jakiejś rozpadającej się chatki nad jeziorem…
Pewnie jest szansa na to, że pościel piorą przynajmniej po co drugich gościach… – zaśmiał się w odpowiedzi na jej pytanie, starając się przy okazji wyplątać z owiniętej wokół jego nóg smyczy i jednocześnie nie skończyć przy tym na ziemi. – Ale co do materaca… może lepiej nie wnikać za bardzo w jego historię…
Co pewnie mogłoby odnosić się do zdecydowanej większości materacy w miejscach, które udostępniane były turystom, którym zwykle z całą pewnością nie brakowało kreatywności… I może właśnie dlatego Dante nie zamierzał się tym zbytnio przejmować, traktując własne słowa jako oczywisty żart. Może i nie miał większej ochoty na to, by posłużyć pluskwom za darmową stołówkę i jeszcze przywlec je ze sobą do domu, ale… w końcu podczas swojego rocznego wyjazdu miał okazję przynajmniej kilka razy nocować w mniej lub bardziej interesujących miejscach i jak dotąd nie nawiązał jeszcze nigdy bliższej znajomości z tymi krwiożerczymi stworzeniami… Czemu więc nie miałby liczyć na podobne szczęście i tym razem?
Chociaż może wykorzystali już limit szczęścia na ten weekend po tym, jak udało im się zachować równowagę po tym całkiem miłym pocałunku, kiedy to Murphy uznał najwyraźniej, że całej tej ekscytacji było w tym wszystkim za mało i postanowił dołożyć nieco swojej. Po swojemu oczywiście, a więc nie tylko dodając parę decybeli swoim szczekaniem, ale również ponownie oplątując smyczą nogi – tym razem ich obydwojga.
Tak, możliwe, że wspominałaś coś raz lub dwa… – objąć mógł ją co prawda tylko jedną ręką, drugą starając się utrzymać psa, który widocznie nie zorientował się jeszcze, że przez całe to plątanie się wokół nóg, dość mocno ograniczył sobie swobodę ruchów i nie przejmując się tym ani trochę, zawzięcie usiłował przeciągnąć ich w stronę Olive. Ewidentnie zadowolonej, tak swoją drogą, z tego, jak bardzo nieskuteczne były to próby. – Też cię kocham. I cieszę się, że niespodzianka ci się podoba.
Pocałował ją raz jeszcze, zanim przekazał jej smycz, żeby móc wyplątać się z tych kilku całkiem sprawnie utworzonych węzłów i zająć się przenoszeniem bagaży do domku. Choć pewnie niegłupim pomysłem byłoby zostawienie przynajmniej części tych wszystkich rzeczy w bagażniku…
Skoro już wspomniałaś o tym na głos, to raczej nie mamy innego wyboru – zauważył ze śmiechem, wymijając wciąż stanowczo zbyt podekscytowanego psa, który przecież nie mógłby tak po prostu zignorować lekkomyślnie wypowiedzianego na głos słowa spacer… – Przy okazji może uda się znaleźć jakieś dobre miejsce na rozłożenie koca, jakby miało okazać się, że nie jesteśmy co drugimi gośćmi i nie załapaliśmy się na to pranie…
Tylko przez moment musiał posiłować się z wetkniętym w zamek kluczem, który wcale nie zamierzał ustępować tak łatwo. Ostatecznie jednak drzwi – oczywiście z nieodłącznym skrzypnięciem – stanęły przed nimi otworem, prezentując wnętrze domku, które… chyba całkiem dobrze komponowało się z tym, co budynek prezentował sobą z zewnątrz.
No dobra, może przydałoby się jakieś wietrzenie, ale poza tym chyba nie jest aż tak źle. Może obejdzie się bez spania na plaży – spod nóg przynajmniej nie uciekało im żadne stado karaluchów, czy innych pająków, a lekko stęchły zapach chyba rzeczywiście można było dość łatwo zniwelować otwarciem okien. Przynajmniej tych, które wciąż miały klamki – choć i to nie powinno stanowić większego problemu, skoro tej najwyraźniej brakowało tylko z jednym…

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: śr sie 05, 2026 3:40 pm
autor: Elsa Eriksen
Nie była rozpieszczoną księżniczką choć wiele osób mogło twierdzić inaczej. W końcu wychowała się w dużym domu z ogromnym i zadbanym ogrodem, na dodatek często podjeżdżała pod szkołę lincolnem, którego to prowadził zawsze elegancko wyglądający Casper. Kujonica z dobrego domu, co to wszystko dostawała od rodziców… i jeszcze śmiała poderwać Dantego! Ewidentnie miała za dobrze w życiu, wszystko przychodziło z jej łatwością, wszystko dostawała na skinienie paluszka… a przecież to nie była prawda. Nie chodziła codziennie na zakupy, na których to wydawała setki dolarów, nie jeździła na luksusowe wakacje co drugi weekend, chętniej wybierając zamiast nich właśnie wypady do leśniczówki ze znajomymi czy ognisko na polanie, na którym żywiła się głównie warzywami, bo mało kto zaprzątał sobie głowę tym, że wśród ogniskowiczów była osoba trawożerna.
Ale przecież Dante wiedział o tym wszystkim najlepiej, a przynajmniej powinien, bo przecież wszystkie te licealne wypady zaliczała właśnie w jego towarzystwie, skutecznie irytując przy tym Ashley i jej świtę. I istniało jakieś prawdopodobieństwo, że i Trevor nie był zachwycony, widząc jak Levasseur obejmował Elsę ramieniem, ale akurat na to w ogóle nie zwracała uwagi.
Z tego też powodu chyba nie powinien być jakoś bardzo zdziwiony jej szczerym uśmiechem na widok jeziora. Jakby nie patrzeć, to z nim przeskakiwała przez płot zamkniętego wesołego miasteczka i potrafiła się tam świetnie bawić! No… do czasu. To chyba był dowód na to, że mogła pojechać dosłownie wszędzie. Byle z nim. Choć nie dało się ukryć, że jednak wizja pluskiew wywoływała u dziewczyny nieprzyjemne dreszcze na karku. Przeżyłaby komary, mole, spożywcze, ale te maleńkie pasożyty? Z nimi akurat wolałaby nie dzielić noclegu, niezależnie od poziomu czystości pościeli, która została im przydzielona, polecałaby im udać się do innego domku. Najlepiej oddalonego od nich tak o dobre dziesięć kilometrów.
Skrzywiła się, słysząc o tym, że nie powinna wnikać w historię materaca, na którym to dane byłoby im spędzić najbliższą noc… tylko dlaczego, kiedy ktoś mówił „nie myśl”, „nie analizuj”, „nie wnikaj”, wyobraźnia podsuwała jej same najgorsze obrazy? I to takie które skutecznie pomogły jej podjąć decyzję, że najprawdopodobniej ten weekend spędzą w celibacie. Na samą myśl o tym, ile osób musiało na nim… ugh, dobrze, że nie jadła zbyt dużego i ciężkiego śniadania, bo najprawdopodobniej byłby to idealny moment, aby się z nim na nowo przywitać – w nieco strawionej i przeżutej wersji, ale nadal.
– Gdybym wiedziała, gdzie mnie zabierasz to może zamiast długich spodni i dwóch par swetrów wzięłabym nam jakąś pościel… – Wywróciła teatralnie oczami, zajmując się zaraz obsypywaniem jego miękkiej skóry krótszymi i dłuższymi całusami. Bo to wcale nie tak, że narzekała! Wolała jednak nie złapać żadnego syfu czy innego wirusa, a znając jej szczęście to istniało dość spore prawdopodobieństwo, że właśnie tak by się stało. W końcu przeziębiła się we Włoszech. W miejscu, gdzie temperatura sięgała prawie czterdziestu stopni.
– Murphy! – zawołała rozbawiona, czując jak pies coraz ciaśniej związuje ich swoją smyczą. Uwielbiała go z całego serca, ale zrobienie z ich trójki jednego organizmu było pomysłem należącym raczej do tych gorszych pomysłów. Ale czy zwierzak cokolwiek sobie z tego robił? Nic a nic. Zaszczekał tylko radośnie i zrobił jeszcze jedno kółko – tak na wszelki wypadek.
– On to robi specjalnie… widzisz tę mordkę? Zero wyrzutów sumienia! – Zaśmiała się cicho, rzucając ostatni raz spojrzenie na Murphy’ego zanim przejęła smycz od Dantego, tym samym obserwując jak próbował ich wyswobodzić z tej zmyślnej pułapki. – Kogoś mi przypomina… – dodała jeszcze, robiąc wielce zamyśloną minę. Nie zamierzała jednak dodawać, kogo konkretnie miała na myśli, bo czy to nie było oczywiste? A przecież istniała teoria, że zwierzęta upodabniały się do swoich właścicieli. Jednak w takim razie pozostawało zadać sobie pytanie czy aby na pewno Olive była jej zwierzakiem?
Na szczęście wkrótce zostali uwolnieni, ku wielkiemu niezadowoleniu Murphy’ego. I kiedy chłopak wnosił ich bagaże do domku, ona to samo robiła z psim ekwipunkiem, od razu nalewając im do misek chłodnej wody. Najwyraźniej zwierzaki były spragnione, ponieważ zgodnie – jak na rodzeństwo przystało – pognali do swoich wodopojów, niemalże w całości je opróżniając.
No tak, akurat na tego psa zdecydowanie bardziej działało słowo spacer niż jego własne imię. Dlatego w ogóle nie dziwiło ją to jak biegał wokół Dantego, ignorując fakt, że ten wnosił kolejne walizki i torby do miejsca ich noclegu. W ogóle nie przyjmował do wiadomości, że musiał jeszcze chwilę poczekać na zwiedzanie okolicy. Przecież mieli iść na spacer, więc… dlaczego ci głupi ludzie nie mogli wszystkiego rzucić w cholerę i po prostu z nimi pójść?
Elsa rozejrzała się dookoła, zatrzymując spojrzenie na łóżku. I choć komplet pościeli na pierwszy rzut oka wyglądał na świeżo wyprany i wyprasowany to gdzieś nadal czaiła jej się w głowie myśl, że mogły to być tylko pozory.
– Zostawiłam w aucie koc… może położymy go na prześcieradle? Wiesz, tak na wszelki wypadek. – Uśmiechnęła się niepewnie. Nie chodziło nawet o to, że naprawdę spodziewała się znaleźć tam coś podejrzanego. Po prostu jej wyobraźnia zdążyła już napisać kilka naprawdę obrzydliwych scenariuszy. W tej chwili jednak usilnie próbowała przekonać samą siebie, że cienka warstwa materiału będzie wystarczającą barierą między nimi a wszystkim tym, o czym zdecydowanie nie chciała myśleć.
Sięgnęła zaraz po smycz Olive i przypięła ją do jej obroży, podczas kiedy Dante siłował się z otwarciem okna, aby wpuścić do środka trochę świeżego powietrza i wywietrzyć ten mało przyjemny zapach. Jednak tę należącą do Murphy’ego od razu przekazała chłopakowi, gdy tylko wyszli na zewnątrz. Byli w nowym miejscu, co oznaczało dużo – pewnie nawet aż za dużo – nowych bodźców. Wolałaby, aby ten mały wulkan energii nie wyrwał jej nagle barku, po tym jak wpadnie na pomysł, aby pobiec za sarną albo królikiem.
– Pamiętasz czy jest tutaj jakiś osiedlowy sklep? Przydałoby się kupić coś na obiad i kolację. Wiesz, dla mnie zupki w proszku to żaden problem, ale ty chyba nie jesteś ich fanem, hm? – zapytała, łapiąc go za wolne ramię i idąc spokojnym krokiem po wyznaczonej ścieżce. – To tutaj pojechaliście w drugiej klasie z chłopakami? No i oczywiście z Ashley, bo przecież gwiazda nie mogłaby przegapić wyjazdu z tobą… – odburknęła, przypominając sobie tamten dzień, kiedy to nie mogła się do niego w ogóle dodzwonić. Nie odbierał, nie odpisywał, nawet nie wyświetlał wiadomości! Była bliska, aby poprosić ojca o uruchomienie odpowiednich kontaktów i rozpoczęcie akcji poszukiwawczej! Jednak wtedy dostała powiadomienie, że jej ulubiona szkolna blondyneczka wrzuciła relacje na swoje instagrama, na której to dopatrzyła się tego gamonia wśród kumpli, z fajką w jednej ręce i butelką piwa w drugiej. Relacja skończyła się w momencie, gdy dziewczyna zamierzała usiąść mu na kolanach, co według wszystkich świadków zakończyło się niepowodzeniem… Nie zmieniało to jednak faktu, że gdy tylko wrócił to mógł zapomnieć o jakiejkolwiek rozmowie ze swoją ukochaną, która strzeliła taktycznego focha.


Dante Levasseur

one weekend. no disasters. hopefully.

: śr sie 05, 2026 8:44 pm
autor: Dante Levasseur
Może i nie do końca zgodne z prawdą byłoby stwierdzenie, że nigdy nie uważał jej za rozpieszczoną księżniczkę, która za nic nie zgodziłaby się na nocleg w takim miejscu. Jakkolwiek jednak nie brzmiałaby jego opinia na jej temat przed tym, zanim mieli okazję rzeczywiście się poznać – ta dość szybko miała okazję się zmienić, wraz z kolejnymi wspólnymi spotkaniami. Na tyle, by aktualnie chyba faktycznie nie musiał martwić się o to, że po rzuceniu okiem na tę rozwalającą się chatkę, Elsa miałaby zarządzić natychmiastowy powrót do domu i oznajmić z oburzeniem, że chyba do reszty postradał rozum, jeśli wydawało mu się, że miałaby w ogóle wejść do czegoś takiego.
Ale z drugiej strony… to wciąż było tylko jezioro, od którego w dodatku na co dzień nie dzieliła ich jakaś niesamowita odległość. Oraz rozwalająca się chatka, która zdecydowanie swoje lepsze czasy miała już dawno za sobą… Nawet jeśli nie podejrzewał więc, że dziewczyna miałaby jakoś szczególnie kręcić nosem na ten widok, to… chyba jednak mógł – choćby i podświadomie – obawiać się, że po dotarciu na miejsce mogłaby okazać się co najmniej lekko rozczarowana całą tą niespodzianką. Albo po prostu nie traktować jej jako czegoś wyjątkowo trafionego. Entuzjastyczna reakcja była więc mimo wszystko dość pozytywnym zaskoczeniem.
Ale wtedy pakowanie nie byłoby aż tak zabawne, prawda? – oczywiście, że nie mógłby zareagować na jej słowa inaczej, jak po prostu krótkim śmiechem. Bo co do tego, że cały ten wyjazd i przygotowania do niego stałyby się o wiele mniej zabawne, gdyby od początku wiedziała dokąd jadą, nie miał absolutnie żadnych wątpliwości. Ani też żadnych wyrzutów sumienia w związku z tym, że dzięki niemu zabrali ze sobą tych kilka kompletnie nieprzydatnych rzeczy, których w ciągu najbliższych dni mieliby najpewniej nawet nie wyciągać z walizek.
Możliwe więc, że to porównanie, o które pokusiła się Elsa ledwie chwilę później, gdy Murphy radośnie i bez odrobiny poczucia winy oplątywał ich smyczą, faktycznie było dość trafne. Nawet jednak jeśli przy okazji było też dość oczywiste, absolutnie nie przeszkodziło to Dantemu zdobyć się na wyraz twarzy godny kogoś, kto nie miał bladego pojęcia, do czego lub kogo mogłaby nawiązywać.
Serio? Kogo…? – przerywając na moment wyplątywanie się spośród kolejnych splotów, zerknął w kierunku psa, w kolejnej chwili przenosząc spojrzenie ponownie na Elsę i dopiero wtedy pozwalając sobie na lekki uśmiech, prawdopodobnie dość skutecznie burzący cały ten obraz człowieka absolutnie nieświadomego. A chociaż na co dzień Dante nie zajmował się raczej zjadaniem cudzych butów, czy ganianiem wiewiórek w parku, to… no tak, całkiem możliwe, że przynajmniej kilkukrotnie zdarzyło mu się już słyszeć od osób, które miały okazję poznać zarówno jego, jak i Murphy’ego, że we dwójkę najwyraźniej dobrali się wyjątkowo trafnie… Albo raczej – to właśnie pies wyjątkowo trafnie przewidział, kto najlepiej nada się na jego człowieka.
Skoro to ma ci pomóc spać… – kiedy już ostatni spośród bagaży został przetransportowany z bagażnika do domku – i nikt przy okazji nie ucierpiał z powodu niecierpliwego psa kręcącego się pod nogami – rzucił okiem w stronę wspomnianego przez Elsę łóżka. Na pierwszy rzut oka wcale nie wyglądało najgorzej. O ile tylko pamiętało się o tym, by nie zagłębiać się za bardzo w historię, jaką ten mógł mieć za sobą… Jeśli jednak faktycznie zabrany ze sobą koc miałby stanowić nieprzekraczalną barierę dla wszystkiego tego, co mogłoby się w tej historii zapisać… raczej nie widział w tym większego problemu. Choć ostatecznie pewnie nie widziałby problemu również w tym, by w razie potrzeby faktycznie nocować na plaży… Pod warunkiem, że tym razem nie miałoby się to skończyć kolejnym przeziębieniem, które postanowiłoby się przypałętać do Elsy.
I oczywiście, że przekazanie mu smyczy, na której drugim końcu znajdował się Murphy, musiało okazać się całkiem niezłym pomysłem. Bo – jak można było się spodziewać – ten nie mógł przecież iść, jeśli nie przy nodze, to przynajmniej trzymając się tej wytyczonej ścieżki. Niezmordowany krążył za to z jednego jej brzegu na drugi, plącząc się co jakiś czas pod nogami Elsy i Dantego oraz testując przy okazji zasięg smyczy. A także podbiegając co chwilę do Olive i najwyraźniej próbując przypomnieć jej, że przecież również była psem, a skoro tak, to kompletnie bez sensu było to, że tak grzecznie dreptała po prostu przy nogach właścicielki, jakby zupełnie nie interesowały jej te wszystkie ciekawe zapachy dookoła…
Możliwe, że coś powinno się znaleźć… Chociaż pewnie nie ma co spodziewać się za wiele po asortymencie, więc… powiedzmy, że przez ten weekend możemy się żywić po twojemu – nie dało się ukryć, że rzeczywiście nie był zbyt wielkim fanem zupek w proszku, ale też nie zamierzał jakoś szczególnie wybrzydzać, skoro po najbliższym sklepie chyba naprawdę nie można było oczekiwać wiele więcej niż to, co zwykle powinno wystarczać osobom przyjeżdżającym tutaj spędzić czas głównie na beztroskim imprezowaniu… Zresztą, pewnie nawet gdyby udało im się dostać w nim jakieś sensowne składniki na obiad, to najpewniej i tak wyposażenie kuchni w ich domku również mogło pozostawiać wiele do życzenia. Możliwe więc, że na te nieszczęsne zupki w proszku byli po prostu skazani i chyba nawet nie było sensu jakkolwiek na ten stan rzeczy narzekać, czy choćby przejmować się nim.
Tak. Możliwe, że to nawet ten sam domek, ale chyba one wszystkie wyglądają po prostu dość podobnie – zaśmiał się w odpowiedzi na jej pytanie, najwyraźniej nie łącząc go jeszcze z tym, że o tamtym wyjeździe faktycznie Elsa dowiedziała się nieco po czasie. I niekoniecznie w odpowiednich okolicznościach. – W każdym razie… skoro nikt wtedy nie czepiał się stanu domku po naszym wyjeździe, to chyba tym bardziej Murphy nie musi się powstrzymywać, jak najdzie go ochota na zeżarcie czegoś w środku…
Co pewnie mogłoby być całkiem niezłą informacją dla głównego zainteresowanego, gdyby ten nie był akurat zajęty obszczekiwaniem czegoś, co wywęszył – albo co tylko mu się przewidziało – w zaroślach obok ścieżki.

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: śr sie 05, 2026 11:21 pm
autor: Elsa Eriksen
Nie byłaby zdziwiona, gdyby Dante kiedyś jej wyznał, że na początku ich znajomości miał ją właśnie za rozpieszczoną księżniczkę i to jeszcze taką, której pewnie wszystko przychodziło z niesamowitą łatwością, bo… wszystko dostawała od tatusia. W końcu Casper był znajomym Douga, a jego znajomi nie mogli mieć przecież normalnych dzieci. Elsa zresztą nigdy nie czuła potrzeby, by komukolwiek na siłę udowadniać, że wcale taka nie była. Wychodziła z założenia, że ludzie prędzej czy później i tak sami zweryfikują swoje pierwsze wrażenie. A jeśli mimo wszystko postanowią uparcie trzymać się własnych wyobrażeń… cóż, to był już ich problem, nie jej. Pozostawało jej się tylko cieszyć, że Dante stosunkowo szybko doszedł do wniosków, że chyba jednak nie była wcale taka najgorsza. Może to przez to, że nie wahała się zdzielić go książką po łbie? Albo że każdy jego głupi tekst odbiła całkiem trafną i złośliwą kontrą? Albo po prostu poleciał na jej promienny uśmiech i kolorowe włosy. Tak, to na bank było to!
No i może te rozpadające się domki nie umywały się do większości hoteli, w których dane jej było kiedykolwiek nocować, ale… były w miarę czyste. Chyba. To miała zweryfikować po tym jak udałoby im się otworzyć drzwi. Jednak w tej konkretnej chwili cholernie się cieszyła z samego faktu, że wyjechali nad jezioro. Że wybrał to miejsce, gdzie chciała z nim spędzić wakacje po skończeniu szkoły. Trochę lat minęło, ale… najważniejsze, że w końcu im się udało!
Uniosła wymownie brew, kiedy ten z jakże wielkim zdziwieniem zapytał, kogo to Murphy mógłby jej przypominać. No tak.
— Wydaje mi się, że listonosza… albo sąsiada — odparła bez zastanowienia. Ale chyba nic lepszego i tak nie mogłaby wymyśleć, nawet gdyby poświęciła na to nieco więcej cennych sekund. A tak to mogła się z szerokim uśmiechem przyglądać niemalże temu samemu wyrazowi twarzy — choć w przypadku psa to chyba raczej mordki — zarówno u Dantego jak i zwierzęcia. No brakowało jeszcze tylko, żeby chłopak wywalił jęzor i zaczął podszczekiwać radośnie. Ta dwójka niczym się nie przejmowała, po prostu sobie egzystowała i robiła wszystko, aby dobrze się bawić. Jeden tylko zżerał buty Erica, a drugi pił z nim niezliczone ilości procentów. Najwyraźniej podzieli się obowiązkami wobec Stonesa i należało jedynie trzymać kciuki, aby któregoś dnia się nimi… nie zamienili. Wtedy stwierdzenie mam kapcia w dziobie nabrałoby zupełnie innego znaczenia.
Patrzyła z dozą pewnej wątpliwości na to nieszczęsne łóżko. Bo domek sam w sobie, poza zapachem stęchlizny, który był nierozłączną częścią podobnych miejsc, wydawał się być nawet czysty. Żadne robaki i szczury nie wychodziły spod szczelin w panelach, pająki nie urządzały sobie imprezy w kątach pod sufitem i gdyby nie te słowa Dantego odnośnie materaca i przeżytych przez niego historii, czułaby się znacznie pewniej z myślą, że miałaby na nim spać.
— Zdecydowanie… i chyba wykorzystam jednak te długie dresy i bluzę do spania. — Bo przecież nie położy się tam niemal naga . Jakby jej skóra miała spotkać się z jakimś największym obrzydlistwem… nie, jeśli Dante chciał ją zobaczyć w tej nowej czerwonej bieliźnie nocnej to będzie musiał poczekać do ich powrotu do domu.
Chyba jednak wychodziła na pieprzoną księżniczkę. Ale czy to coś złego, że zależało jej tylko na tym, aby spać na czymś… czystym?
To miał być zwykły spacer. Psy miały się zapoznać z okolicą, a przy okazji rozprostować porządnie łapki, które przez dłuższy czas musiały znosić podróż w samochodzie. I choć Olive zdawała się zachowywać normalnie — jak na nią — tak Murphy sprawiał wrażenie jakby ostatnie miesiące spędził w zamknięciu — ewentualnie na metrowym łańcuchu — i postanowił korzystać teraz z życia, wywołując u swoich właścicieli zrezygnowane uśmiechy, a u siostry… właściwie ciężko było określić, co w tej chwili chodziło po główce małej shorkie.
Elsa celowo zadała to pytanie i chyba w dosyc oczywisty sposób nawiązała do tej konkretnej kilkudniowej imprezy, na którą nie tyle jej nie zaprosił, co w ogóle zapomniał poinformować, że wyjeżdża. Ale oczywiście, że nie zrozumiał aluzji. Pewnie nawet nie wyczuł tego całego jadu, który z siebie wyrzuciła podczas wymawiania imienia swojej ulubionej licealnej blondynki.
— Czyli mam rozumieć, że ten materac przeżył jedną z twoich historii? — zapytała, gdy tylko wyłapała wzmiankę o tym, że najprawdopodobniej nocowali w tym samym domku. Kiedy łaskawie pojawił się w szkole po tamtym pamiętnym wyjeździe, nie odzywała się do niego cały dzień, poza zdawkowym "idź się przytulić do Ashley", choć przecież nawet nie podejrzewała go o zdradę! Chodziło tylko o to, ze o wszystkim musiała się dowiedzieć z jej instagrama, a nie od własnego chłopaka. Chociaż zabawnie było słuchać jak jego kumple łazili za nią i zapewniali, że Dante to na żadną inną nawet nie spojrzał! Nie mówiąc już nawet o dotykaniu.
— Myślisz, że właściciele nie zauważą, że brakuje jednej nogi od krzesła? Albo że drzwi od tej drewnianej szafy są podrapane i zeżarte? — zapytała spokojnie, choć na drugie pytanie zdążyła sobie sama odpowiedzieć już w myślach. Przecież wszystko można było zrzucić na korniki. Jakby się uprzeć… tę brakują nogę od krzesła również.
I Murphy nagle naprężył smycz, jakby właśnie odkrył największą tajemnicę wszechświata. Wlepił swoje ciekawskie spojrzenie w upatrzony krzak, z którego po chwili dobiegło głośne szeleszczenie. Zaszczekał jeszcze donośniej, chcąc chyba udawać znacznie groźniejszego niż był w rzeczywistości, kiedy to zza zarośli powoli wyszedł… dzik. Zatrzymał się zaledwie kilka metrów od nich i obserwował.
Ale ten pies nie zamierzał odpuszczać. Szczekał coraz głośniej, podskakiwał i szarpał smycz, jakby naprawdę wierzył, że zaraz przepędzi kilkudziesięciokilogramowego przeciwnika. Czy reagował na swoje imię albo na szarpanie smyczą? Nie, po co.
— Murphy, wracaj tu…!
Ale w tej samej chwili do akcji wkroczyła… Olive. Elsa nie zdążyła zablokować smyczy, więc ta zdążyła stanąć między psem a dzikiem z zadartym ogonem i zaszczekała — krótko, ale dosyć piskliwie. Trochę jakby… ostrzegawczo?
Dzik zdawał się być mocno zdezorientowany. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby sam nie wiedział, co właśnie wydarzyło się przed jego ryjem. Mały pies? Drugi pies? Ludzki głos? Zamieszanie było na tyle nieprzewidywalne, że zwierzę jeszcze raz parsknęło, odwróciło się ciężko i — w ogóle się nie spiesząc — zniknęło z powrotem w gęstych zaroślach.
A to wszystko działo się w zaledwie kilkanaście sekund. Elsa ani Dante nie zdążyli sami wkroczyć do akcji, kiedy to okazało się, że było po wszystkim. Dziewczyna momentalnie podbiegła do psiaka i klękając przy nim wzięła go na ręce i mocno przytuliła.
— To jednak na pewno twój pies. Przecież to skakanie do większych i groźniejszych… no ewidentnie ma to po tobie! — pisnęła przestraszona, głaszcząc Murphy’ego po tym jego głupim łbie. Czy on naprawdę chciał stoczyć walkę z dzikiem? Chociaż bardziej powinno ją zastanawiać… czy ten dzik naprawdę przestraszył się Olive?

Dante Levasseur

one weekend. no disasters. hopefully.

: czw sie 06, 2026 2:22 pm
autor: Dante Levasseur
Nie miał nic przeciwko rozłożeniu na łóżku tego dodatkowego koca, ale… oczywiście, że na jej wzmiankę o tym, że zamierzała przy okazji wykorzystać dresy do spania, nie mógł zareagować inaczej, jak tylko zmarszczonymi z niezadowoleniem brwiami. Skłonny byłby raczej rozważyć znalezienie jakiejś folii, którą Elsa mogłaby dodatkowo zabezpieczyć ten materac – ewentualnie na przyszłość przemyśleć jednak przynajmniej przez chwilę, czy faktycznie warto było mówić na głos absolutnie wszystko, co akurat przyszło mu na myśl i wydawało się dość zabawne – ale… spanie w dresach…? Nie, to zdecydowanie był już jeden z tych pomysłów, który mógł uznać co najwyżej za bardzo kiepski.
Chyba sobie żartujesz… – wywrócił oczami, zerkając raz jeszcze w kierunku tego nieszczęsnego łóżka. Naprawdę nie wyglądało przecież aż tak źle. Może nawet dałoby się zaryzykować stwierdzenie, że przynajmniej odrobinę lepiej niż można byłoby się spodziewać, wnioskując jedynie na podstawie tego, co kilka chwil wcześniej mogli oglądać jedynie z zewnątrz… – Koc chyba powinien ci wystarczyć, nie ma mowy, żebyś spała w jakichś dresach…
I oczywiście, że w słowniku Murphy’ego najprawdopodobniej nawet nie istniało coś takiego jak zwykły spacer. Każdy był przecież dość emocjonujący, by o jakimś spokojnym maszerowaniu przy nodze po prostu nie mogło być mowy – i to niezależnie od tego, czy miał akurat okazję po raz setny przemierzać dokładnie tę samą drogę w parku, czy też poznawać nowe tereny i zapachy…
Dopiero po jej kolejnym pytaniu mógł wreszcie zreflektować się, że już przed odpowiedzią na to pierwsze, mógłby przez nieco dłuższą chwilę zastanowić się nad właściwą odpowiedzią. Mimo wszystko… wciąż trudno byłoby zareagować inaczej, jak po prostu krótkim, ewidentnie rozbawionym parsknięciem. Bo przecież przerobili już ten temat. Dobrych kilka lat temu. I, gdyby tylko sięgnął pamięcią do tamtego czasu, pewnie mógłby nawet przypomnieć sobie, że ktoś z obecnych na tej imprezie znajomych pokusił się o zaprezentowanie Elsie filmiku, dzięki któremu miała na własne oczy przekonać się, że nie miała absolutnie żadnych powodów, by martwić się o Ashley. O ile bowiem jej relacja kończyła się w całkiem korzystnym dla niej momencie, to jednak zabrakło na niej kolejnych kilku sekund, podczas których dziewczyna miała okazję zaliczyć dość widowiskowy upadek na ziemię, gdy Dante kompletnie przypadkiem przesunął się nieco akurat w momencie, kiedy ta rzeczywiście chciała rozsiąść się na jego kolanach.
Chociaż ostatecznie i tak kluczowym argumentem, dzięki któremu Elsa faktycznie zdecydowała się wreszcie odpuścić, musiało okazać się brownie z malinami, a nie jakiś tam filmik, czy relacje naocznych świadków…
W każdym razie – temat był już przecież dość mocno nieaktualny i obecnie chyba nic już nie stało na przeszkodzie, by dalej podejść do niego w ten typowy żartobliwy sposób. A przynajmniej żadnego innego Dante najwyraźniej nie przewidywał.
Jeżeli masz na myśli trochę rozlanego alkoholu i kilka wypalonych dziur, to… no pewnie tak… – uśmiechnął się, zdecydowanie nie biorąc pod uwagę żadnej innej historii, która po prostu nie miała prawa się wydarzyć. Przynajmniej nie z jego udziałem, bo… tylko na moment otworzył usta, żeby dodać coś jeszcze, jednak – tym razem – w porę je zamknął, nie wypowiadając ani słowa więcej w tym temacie. Widocznie przypomnienie sobie o tych cholernych dresach, w których zamierzała spać, w zupełności wystarczyło, żeby móc odpowiednio zmotywować się do profilaktycznego ugryzienia się w język.
Nie zdążył też zapewnić jej, że na pewno nikt nie dopatrzy się brakującej nogi od krzesła – skoro nikt nie przejął się również smętnie zwisającymi na jednym zawiasie drzwiczkami od szafki, czy paroma innymi drobnymi usterkami… – kiedy to Murphy postanowił obszczekać coś, co najwyraźniej znajdowało się w krzakach. I – sądząc po dobiegających z nich odgłosach – nie było jedynie psim przewidzeniem. Choć tym, przynajmniej z początku, Dante niespecjalnie zamierzał się przejmować – w końcu nie był to przecież pierwszy raz, kiedy pies zawzięcie obszczekiwał jakąś przestraszoną wiewiórkę, poruszające się liście, czy jakiś wyjątkowo podejrzany kamień… Nic, na co trzeba byłoby zwracać szczególną uwagę.
Stosunkowo szybko mógł jednak zweryfikować słuszność tego podejścia, zauważając wyłaniającego się z zarośli dzika. Odruchowo szarpnął smycz psa nieco mocniej, choć ten najwyraźniej potrafił wykazać się znacznie większą siłą niż można byłoby go o to podejrzewać. Zwłaszcza w sytuacjach, gdy zdecydowanie nie powinien.
Murph! – oczywiście, że wołanie też było kompletnie bezcelowe, a… interwencja Olive okazała się na tyle niespodziewana, że na tę rzeczywiście mógł w porę zareagować co najwyżej dzik… Tyle dobrego, że reakcja polegała na spokojnym odmaszerowaniu z powrotem w krzaki, a nie jakiejś szarży na dwa ujadające na niego psy…
Po mnie…? A co masz zamiar powiedzieć o Olive? Bo wygląda na to, że to ona właśnie wystraszyła tego większego i groźniejszego – parsknął śmiechem, odruchowo schylając się, żeby pogłaskać po głowie bohaterkę, która z wyraźnym zniesmaczeniem przyglądała się temu całemu tuleniu Murphy’ego przez Elsę. W zasadzie… tę sytuację chyba również bez większego trudu można byłoby przyrównać do wielu innych, w których to właśnie Elsa wykazywała się dość przekonującą siłą argumentów, by Dante mógł dzięki niej uniknąć profilaktycznego wpierdolu od kogoś, do kogo zdecydowanie nie powinien skakać. Zazwyczaj. Bo jednak nie zawsze była przecież w pobliżu. Choć mimo wszystko nawet te sytuacje, w których Dante miewał już okazję oberwać – mniej lub bardziej słusznie – jakoś nie uczyły go wcale, że czasami naprawdę warto było dopuścić do głosu ten cały zdrowy rozsądek.
I tej umiejętności wyciągania jakichkolwiek wniosków, Murphy również ewidentnie nie posiadał. Nawet teraz wyglądał przecież na wyjątkowo zadowolonego z siebie, a Elsa otrzymała nawet radosnego psiego buziaka, jakby ten właśnie chciał powiedzieć jej, że przecież nie miała się czym przejmować, on już wszystko załatwił i nie musieli martwić się żadnymi kolejnymi dzikami. Bo kolejnego pewnie przepędziłby tak samo skutecznie.
Choć w zasadzie może nawet miał w tym nieco racji – nawet jeśli ostatecznie to nie do końca on rozprawił się z dzikiem, wprawiając go w konsternację wystarczającą do tego, by ten odpuścił sobie ewentualny atak. W każdym razie… rzeczywiście żadnego innego nie spotkali już na swojej drodze, ostatecznie docierając nawet do niewielkiego sklepu, w którym – zgodnie z przewidywaniem – mogli zaopatrzyć się co najwyżej w jakieś przekąski, za to z całą pewnością nie mogliby narzekać na brak wyboru, jeśli chodziło o alkohol. Który może nawet nie byłby wcale takim głupim pomysłem, gdyby dzięki niemu Elsa faktycznie mogła odpuścić sobie rozmyślania o tym, co mógł do tej pory przeżyć materac, na którym mieli spędzić najbliższą noc…
No… to skoro gotowanie raczej mamy z głowy, zostaje chyba tylko odwiedzenie plaży…? – rzucił, kiedy już niewielkie zakupy mieli za sobą i kiedy rzeczywiście raczej jasne było już to, że na jakikolwiek efektowny obiad, czy tam kolację, niespecjalnie mieli co liczyć.

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: czw sie 06, 2026 6:08 pm
autor: Elsa Eriksen
Z całą pewnością można było stwierdzić, że było zdecydowanie za ciepło, aby spędzić noc w dresach, które zakładała na spacer z psami w chłodniejsze wieczory. Zwłaszcza, że klimatyzacja nie stanowiła podstawowego wyposażenia domku, więc gdyby tak we dwójkę położyli się na łóżku, a Elsa dodatkowo by się w niego wtuliła — bo przecież tak jej się najlepiej zasypiało — to najprawdopodobniej by się po prostu ugotowała. No i przy okazji swoją przytulankę. A kto wtedy zająłby się psami?
— No… może tylko trochę. Ale tylko tak tyci tyci — odpowiedziała z lekkim uśmiechem na jego retoryczne pytanie dotyczące tego czy sobie żartowała, mówiąc o spaniu w tych nieszczęsnych dresach. I choć początkowo całkiem poważnie brała to rozwiązanie pod uwagę tak chyba po tych kilku sekundach refleksji uznała, że jednak mogłaby je sobie odpuścić. Co nie oznaczało, że zamierzał tak po prostu zakończyć droczenie z chłopakiem. Musiała sobie znalezc w końcu jakąś ambitną rozrywkę.
— A co? Nie zamierzasz mnie oglądać w porozciąganych dresach? W nich już ci się nie podobam, tak? — zapytała tonem wielce oburzonej królewny, choć jej szeroki uśmiech na twarzy zdradzał, że naprawdę niewiele ją dzieliło od głośnego wybuchu śmiechem. Chociaż to pytanie było jak najbardziej na miejscu! Gdy zakładała koronkowe koszule nocne, które tylko z nazwy nadawały się do spania to oczy mu się świeciły jak u pięciolatka na widok jakiejś limitowanej zabawki, a jak ma mieć wygodne dresiki to już problem? No, może to porównanie jej do zabawki nie było najtrafniejsze, ale… w końcu nie ubierała tych fikuśnych ciuszków, żeby grać z nim w warcaby. Chociaż może powinna zacząć…
A w tej całej historii z Ashley najlepsze było to, że przecież ona nie wierzyła w żadne jej słowo. Nie wierzyła temu filmikowi, na którym to szykowała się, aby usiąść swojemu obiektowi westchnień na kolanach, bo przecież jeszcze za nim to ona związała się z Dante, on już miał blondynki po dziurki w nosie i robił wszystko, aby spędzać z nią jak najmniej czasu. Trudno było zapomnieć tamtą imprezę u Chrisa… i jak przyznał, że akurat Ashley pod żadnym wypadkiem nie była w jego typie. Dlaczego miałoby się to więc zmienić, gdy przestał być singlem?
Przecież ona się złościła tylko i wyłącznie za to, że nie dał jej znać, że się nie odzywał, że zapadł się pod ziemię… jednak całkiem jej schlebiało to zainteresowanie jej osobą przez większość kumpli chłopaka. To jak pokazywali jej inne filmiki, jak zapewniali, że ten jej nawet przez kija nie dotknął! Dodając pospiesznie, że chodziło o tego kija z drzewa, a nie ze spodni… chociaż tym oczywiście też nie! Tak jakby bali się, że Elsa miałaby z nim zerwać. A nawet jeśli to przecież powinni się cieszyć. W końcu mieliby go wreszcie całego dla siebie i przestaliby dostawać od niego wiadomości typu nie mogę, idę z Elsą do kina.
Ale brownie nie mogła odmówić. Zwłaszcza, że wtedy była na potężnym głodzie slodyczowym… słysząc więc propozycję ze strony Dantego, że zabierze ją do tej konkretnej cukierni, od razu rzuciła mu się na szyję i namiętnie pocałowała. Bo wreszcie wyciągnął konkretne argumenty w tej dyskusji.
— Ale alkohol lepszej jakości czy ta sama ohydna mieszanka co była na każdej domówce Chrisa? — Uśmiechnęła się lekko na same wspomnienia. Choć tak naprawdę nie miała żadnych powodów do radości. W końcu te serwowane u niego drinki były tak paskudne, że czasami miała wrażenie, że nadal jej się odbijają.
Ktoś mógłby uznać, że byli złymi właścicielami. Bo czy w tak niebezpiecznej sytuacji nie powinni rzucić się po Murphy’ego i uciec gdzie pieprz rośnie, trzymając go pod pachą? Ale chyba oboje zdawali sobie sprawę, że każdy gwałtowny ruch z ich strony mógłby zdenerwować dzika i tym samym zmusić go do obrony. A z tego ich kundelek mógłby już tak bez szwanku nie wyjść. Dlatego liczyła na to, że ten w końcu przestanie się zapierać łapami jakby przynajmniej zapuścił korzenie i zareaguje na szarpanie smyczy. Ale zamiast tego do akcji postanowiła wkroczyć Olive. Ciężko było określić czy robiła to z troski o swojego głupiego brata czy może udzielił jej się stróż Dantego i Elsy… w każdym razie musiała poczuć, że jeśli nie ona to nikt tego nie zrobi. I… skubana miała rację. Dzik musiał doznać niemałego szoku, widząc, a przy okazji słysząc to małe coś, co mógłby potraktować raciczką albo swoim ryjem i skutecznie uciszyć, ale chyba doszedł do wniosku, że nie było warto. I odszedł. A Norweżka mogła głośno odetchnąć z ulgą.
Zaśmiała się, kiedy to Murphy uraczył ją tym słodkim psim buziakiem. On ewidentnie nie widział nic złego w swoim zachowaniu! Ba! Na pewno uważał się za bohatera!
— No podejmowanie głupich decyzji też ma na pewno po tobie. Ale przynajmniej odgoniła to bydle i nic im się nie stało… — I tak naprawdę dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, do czego Dante nawiązywał. No tak. Mało to razy wchodziła między niego a jakiegoś hokeistę albo rugbystę ze starszych klas, ryzykując, że oberwie rykoszetem? Na szczęście nigdy nie zdarzyło się, żeby to ją uderzono, ale nadal… robiła to po prostu odruchowo.
I droga do sklepu już na szczęście obyła się bez większych niespodzianek. Bo nawet jego asortyment nie był dla nich większą niespodzianką. Zupki chińskie, słoje i słodkie przekąski… jak przez cały ten weekend nie zaczną świecić w ciemnościach to powinni to uznać za cud. I oczywiście alkohol, w tym wino, które Elsa sama wybrała. Raczej nie podejrzewała, że w domku znajdą jakieś kieliszki, ale przecież nie byłby to pierwszy raz, gdy piliby wspólnie z gwinta.
Ochoczo zgodziła się na pomysł z plażą i ta droga również przebiegła nad wyraz spokojnie. Udało im się nawet znaleźć taki kawałek plaży, który był przeznaczony specjalnie dla psow i ich właścicieli. A tuż obok znajdowały się budki z jedzeniem i…
— Potrzymaj — podała chłopakowi smycz Olive. [/b] — Zaraz wracam [/b] — dodała jeszcze i pobiegła do jednego z foodtracków, jak się okazywało, do tego z największą kolejką. Jednak o dziwo, powrót zajął jej znacznie mniej czasu niż można było przypuszczać. Może po jakichś ośmiu minutach, już nie truchtem, a spacerkiem, wróciła do ukochanego chłopaka i czworonogów. W dłoniach trzymała dwa rożki z lodami i dwa kubeczki.
— Dalej fan pistacji? — Uśmiechnęła się niepewnie, podając mu rożek z zieloną kulką. Faktycznie, mogła go zapytać o preferencje zanim postanowiła zrealizować swój niecny plan, ale chyba chciała sprawdzić czy nadal pamiętała jego ulubiony smak. Tylko nie przemyślała, co by było, gdyby gust mu się odrobinę zmienił. Po chwili też kucnęła przed psami, stawiając przed nimi wspomniane wcześniej kubeczki. Nie spodziewała się, że będą sprzedawać lody dedykowane psom, więc tym bardziej musiała je kupić. Przecież im też się coś należało!
— Myślisz, że możemy ich spuścić ze smyczy? Zwłaszcza tego panicza? — zapytała, spoglądając od razu na Murphy’ego. Cóż, już coraz częściej reagował na swoje imię i wracał do nich podczas spacerów w parku czy zwykłego wypuszczenia do ogrodu, ale sytuacja z dzikiem… trochę ją zestresowała.

Dante Levasseur

one weekend. no disasters. hopefully.

: czw sie 06, 2026 9:25 pm
autor: Dante Levasseur
Uwielbiał ją oczywiście w absolutnie każdym wydaniu – zarówno w tych koronkowych koszulach nocnych, jak i kompletnie wymęczoną po pracy, czy nawet w tych nieszczęsnych porozciąganych dresach. Pod warunkiem, że te ostatnie faktycznie służyły jako ubranie idealne na spacer z psami, czy do spędzenia jakiegoś leniwego wieczoru na kanapie… Niekoniecznie wtedy, gdy miałyby stać się jej piżamą podczas wspólnego weekendu nad jeziorem. Wprawdzie może i nawet byłoby to jeszcze do przeżycia, gdyby rzeczywiście miała to być jedyna opcja, żeby w ogóle położyła się spać na tym cholernym łóżku, ale… oczywiście, że na jej pytanie musiał po prostu odpowiedzieć uśmiechem, ani myśląc zapewniać jej teraz o czymś, o czym i tak powinna przecież doskonale wiedzieć.
Dokładnie tak – przytaknął więc i chyba nawet gdyby bardzo chciał, nie byłby w stanie w żaden sposób zamaskować rozbawienia wybrzmiewającego pomiędzy poszczególnymi głoskami. – I całe szczęście, że sama się tego domyśliłaś, więc chyba wszystko już jasne. Dresy możesz wrzucić z powrotem do bagażnika.
Nie spodziewała się chyba, że miałby nie podjąć tego przekomarzania się…? Zwłaszcza, że od tego przecież zaczynali, jeszcze podczas tych swoich pierwszych spotkań w bibliotece. To znaczy… może i wtedy te sprowadzały się bardziej do wzajemnego dogryzania sobie, ale wciąż jednak nie zmieniało to faktu, że chyba obydwoje mieli w tym całkiem niezłą wprawę. A póki wyglądało na to, że podzielali rozbawienie tą drobną wymianą zdań, prawdopodobnie nic nie stało na przeszkodzie, by nieco pociągnąć tę zaczętą przez nią rozrywkę.
Tym bardziej nie zamierzał jakkolwiek poważnie podchodzić do tematu tej kilkudniowej imprezy sprzed paru lat. Może i wtedy temat mógł uchodzić za całkiem poważny – przynajmniej do momentu, kiedy wiele wskazywało na to, że Elsa faktycznie zamierzała pozostać obrażona, a on nawet nie był w stanie skojarzyć, że coś mogło być nie w porządku w tym, że na parę dni tak po prostu przepadł bez słowa… Aktualnie… chyba sporym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że miał okazję nieco zmądrzeć, ale przynajmniej traktowanie tej dawnej historii jako całkiem zabawnego wspomnienia, nie stanowiło przynajmniej większego problemu.
Absolutnie nie zamierzam odpowiadać na twoje tendencyjne pytanie – może nawet udałoby mu się udawać jakiekolwiek oburzenie, gdyby nie szczery uśmiech, całkiem skutecznie niszczący efekt. A przy okazji chyba dość jasno zdradzający, że raczej nie powinna podejrzewać ich o to, że podczas tej licealnej imprezy mieliby raczyć się czymkolwiek lepszym niż to, co miał w zwyczaju serwować gościom Chris podczas swoich domówek. Przecież chyba dość oczywiste było, że głównym celem całego tego wyjazdu miało być jak najszybsze doprowadzenie się do stanu całkowitej nietrzeźwości. Najlepiej jak najmniejszym kosztem. Pewnie więc mieli sporo szczęścia – zarówno przez to, że jakimś cudem wszyscy przeżyli nie tylko ten konkretny wyjazd, ale w ogóle wszystkie imprezy w czasach szkolnych, jak i przez to, że ostatecznie ta ohydna mieszanka nie okazała się dość żrąca, by wypalić w materacu jeszcze parę dodatkowych dziur. Jedynymi były więc te z upuszczonych przypadkowo fajek i skrętów, czy też nieostrożnie strąconego popiołu. Gdyby się nad tym zastanowić… pewnie też niewiele brakowało, by w ogóle puścili ten biedny domek z dymem. Choć całe szczęście obeszło się również bez tego. Jakoś.
Równie wiele szczęścia z całą pewnością mieli też aktualnie – zarówno oni, jak i ich ewidentnie pozbawione instynktu samozachowawczego psy. Albo po prostu trafili na całkiem pokojowo nastawionego dzika, który faktycznie musiał dojść do wniosku, że nie miał dziś zbytniej ochoty na uciszanie dwóch psów, z którymi w każdej innej sytuacji… pewnie poradziłby sobie całkiem skutecznie i to jeszcze zanim Dante lub Elsa zdołaliby w ogóle ruszyć się z miejsca.
Nie skomentował już jednak w żaden sposób oszczerstwa, jakoby również Olive miała po nim przejąć kompletny brak rozsądku. Dość wymowne spojrzenie powinno w tej sytuacji w zupełności wystarczyć oraz – być może – pomóc jej dojść do wniosku, co faktycznie miał na myśli, kiedy wspominał o tym, że to jej pies zdecydował się wleźć pomiędzy Murphy’ego i dzika, któremu sięgała ledwie do połowy wysokości nóg. Pod warunkiem, że akurat zadarła nieco głowę.
Po dotarciu na plażę, kiedy już odłożył na ziemię te ich niezbyt zdrowe zakupy i sam rozsiadł się niedaleko nich, nieco odruchowo przejął od Elsy podaną mu smycz. Zanim jednak mógłby spojrzeć w jej stronę i zapytać, gdzie właściwie się wybierała… ta była już wystarczająco daleko, by jakiekolwiek pytania można było uznać za zbędne. Zresztą, to chyba rzeczywiście takie było, skoro odprowadzając ją wzrokiem, mógł raczej domyślić się, że zmierzała do któregoś z punktów gastronomicznych. Z tą wiedzą mógł natomiast przenieść spojrzenie na Murphy’ego, który – podczas gdy Olive uznała, że ułożenie się na ziemi będzie dobrą formą odpoczynku po tym krótkim spacerze – najwyraźniej usiłował właśnie dotrzeć co najmniej do wnętrza Ziemi, przekopując zawzięcie kolejne porcje piasku.
A co miałabyś zamiar z nimi zrobić, jakbym powiedział, że nie…? – uśmiechnął się, odrywając spojrzenie od niezmordowanie kopiącego psa, kiedy Elsa zadanym pytaniem obwieściła swój powrót. Bez zastanowienia przejął jednak podany mu rożek, nie zamierzając też czekać z rozpoczęciem jedzenia ani na ewentualną odpowiedź, ani też na to, by lód miał zacząć się topić. Z podobnego założenia musiał też najwyraźniej wyjść Murphy, który momentalnie oderwał się od swojego wykopaliska, by bez chwili zawahania wetknąć nos w posunięty mu kubeczek. Mniej więcej w połowie konsumpcji widocznie próbował też sprawdzić, czy przy okazji nie udałoby mu się przejąć również porcji należącej do Olive, ale ta dość szybko wybiła mu z to z głowy krótkim fuknięciem.
Chyba jest szansa, że po prostu zajmie się tą swoją dziurą i nie będzie próbował zwiedzać dalszej okolicy… – zerknął ponownie w kierunku psów, po krótkim zastanowieniu faktycznie podnosząc się, żeby odpiąć od ich obroży obie smycze. A chociaż ledwie chwilę później Murphy – nieco wbrew tym przewidywaniom – kompletnie zignorował wykopany przez siebie dół i postanowił pobiec prosto do wody… przynajmniej wciąż trzymał się w zasięgu wzroku. I nawet spoglądał co jakiś czas w ich kierunku, jakby jednak jakieś szare komórki wciąż jeszcze funkcjonowały w tym durnym psim łbie i podpowiadały mu, że warto było mimo wszystko pilnować się ludzi.
A skoro wyglądało na to, że przynajmniej jedno z nich bawiło się już całkiem nieźle… oczywiście, że prędzej czy później na twarzy Dantego musiał pojawić się uśmiech sugerujący, że może i takie bezczynne siedzenie na plaży było całkiem nie najgorszym pomysłem, to jednak nie było opcji, żeby na tej bezczynności zamierzał tak po prostu poprzestać. Zwłaszcza, że zdążył akurat dojeść zakupione przez Elsę lody, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby…
Kto pierwszy w wodzie, ten nie musi później kąpać psa! – rzucił ze śmiechem, zaraz zabierając się za ściąganie butów i koszulki, żeby w kolejnej chwili rzeczywiście poderwać się w kierunku wody i przynajmniej spróbować zapewnić sobie wygraną w tym wyzwaniu. Zwłaszcza, że chyba obydwoje powinni już dobrze znać kreatywność Murphy’ego i domyślać się, że po całym tym wyjeździe najpewniej łatwiej byłoby sprawić sobie po prostu nowego psa niż doczyścić tego konkretnego…

Elsa Eriksen

one weekend. no disasters. hopefully.

: pt sie 07, 2026 8:21 am
autor: Elsa Eriksen
Spodziewała się raczej tego klasycznego tekstu, że przecież we wszystkim wyglądała cudownie, we wszystkim mu się podobała, bo przecież była najpiękniejsza wśród najpiękniejszych i że nawet te dresy w kolorze khaki — lub jak większość facetów twierdziła, to w kolorze sraki — nie sprawiały, że mógłby potrząsać ją mniej niż w tych wszystkich koronkach i wstążkach. Dlatego kiedy usłyszała coś kompletnie przeciwnego, zamrugała zdezorientowana, przybierając minę mówiącą jasno i wyraźnie excuse me?. Czy on właśnie powiedział, że W CZYMŚ mu się nie podobała?
Czy zamierzała odpuścić? Nigdy w życiu. Czy dalej na jej twarzy gościł ten sam rozbawiony uśmiech? Jak najbardziej. Dlatego te ich droczenie kontynuowała, oznajmiając, że w takim razie po powrocie do domu będzie wyprowadzać psy w tamtej czerwonej halce, bo w niej chyba nie wyglądała tak źle, a przecież nie może mu przynosić wstydu swoim ubiorem…
I naprawdę czuła się jakby właśnie wrócili do liceum. Co prawda, ich wzajemne dogryzanie dotyczyło wtedy ich wzajemnego podejścia do nauki i życia, ale było nieodłącznym elementem tej ich dziwnej na początku relacji. Bo przecież, gdyby ktoś jej powiedział, że kiedyś zwiąże się z tym gamoniem — przystojnym, bo przystojnym, ale nadal gamoniem — to chyba by go popukała w czoło. Cegłówką. Ale najpierw założyłaby na głowę czarny worek na śmieci, żeby nie było widać krwi. No ale kto by przypuszczał, że straci dla niego głowę? Że odda mu duszę jak demonowi, z którym podpisała cyrograf i przypieczętowała go tym pierwszym pocałunkiem w ogrodzie. I to by wyjaśniało dlaczego przez te wszystkie lata — choć dzięki wyuczonym rolom idealnej Elsy nikt tego nie zauważył — nie czuła się sobą, a gdy znów był blisko… odzyskiwała swoją utraconą niegdyś połówkę serca.
Co oczywiście nie śmiało faktu, że był, jest i będzie niedomyślną mendą! Ale jej. I to naprawdę jej wystarczało.
Jego komentarz odnośnie zażywanego na imprezie alkoholu, choć nie potwierdzał wprost jej przypuszczeń, mówił naprawdę wiele. Dlatego znów nie mogła zareagować inaczej niż cichym śmiechem. Naprawdę się dziwiła, że nikt się tak trwale nie otruł tymi wymyślnymi drinkami będącymi mieszankami najtańszych alkoholi z całodobowych sklepów monopolowych. Oczywiście z naciskiem na słowo trwale, bo tych, co pozbywali się zawartości swojego żołądka to nie brakowało. Ba! Kilka razy to nawet sama Elsa znalazła się w tym zaszczytnym gronie. A przecież nigdy nie wypiła więcej niż dwa drinki! Wystarczyło, że akurat proporcje wódki do piwa zalane innym rodzajem wina czy tam ruskiego szampana były inne niż zazwyczaj a resztę imprezy spędzała nachylona nad toaletą, modląc się, żeby zbliżająca się torsja była już tą ostatnią. Na szczęście ktoś zawsze trzymał jej włosy. To było w tym wszystkim najważniejsze.
Nie skomentowała już tego znaczącego spojrzenia, które jej posłał, kiedy od razu nie zrozumiała aluzji dotyczącej porównania Olive do niej. No, chyba że wytknięcie języka i wydanie z siebie tego charakterystycznego beeee było odpowiednim komentarzem, a jednocześnie reakcją na całą tą dyskusję. Po prostu musieli szczerze przed sobą przyznać, że teoria o upodabnianiu się zwierzaka do swojego właściciela nie była wcale takim stekiem bzdur. Ewentualnie, że podczas wyboru psa… oboje musieli się kierować podświadomie tym, aby wybrać pupila zbliżonego charakterem do nich. Chociaż w przypadku Murphy’ego to on sam sobie znalazł pana. I to było chyba jeszcze bardziej urocze.
Oczywiście, że musiała kupić im lody. Byli w końcu na wakacjach! Weekendowych, ale nadal wakacjach, a te nie mogły się obyć bez tych mrożonych smakołyków.
Zmarszczyła lekko nos, słysząc jego odpowiedź i już cofała rękę, aby dać mu do zrozumienia, że jeszcze chwila, a jedynego loda jakiego zje to tego, którego Murphy właśnie udekorował posypką z piasku. No ale finalnie mu uległa.
— Wtedy bym się zapytała czy lubisz malinowe i się zamieniła… a jakbyś tymi też pogardził to dostałbyś zaproszenie do samodzielnego udania się do budki z lodami w celu zakupu wymarzonego smaku. Ewentualnie siedziałbyś na tyłku i patrzył jak my się zajadamy — odparła jakby to było przecież takie proste i logiczne po czym sama zajęła miejsce na piasku obok niego. Wolną ręką zaczęła głaskać leżąca nieopodal Olive, którą wpatrywała się w błyszczącą taflę wody z lekko przymrużonymi oczami. Początkowo trochę to zmartwiło Else. Bo oczywiście, jej psinka była wielką królewną i nie zamierzała ganiać jak nienormalna po leśnej dróżce, ale przecież lubiła zabawy ze swoim bratem, więc nawet jeśli nie zamierzała dołączać do kopania tunelu do jądra ziemi to przynajmniej stanęłaby obok i mu kibicowała. I kiedy już Norweżka zaczęła się zastanawiać czy aby w poniedziałek nie zabrać jej do weterynarza, usłyszała jej głośne fuknięcie na Murphy’ego, który próbował dobrać się do jej porcji lodów. Zaraz po tym też wstała i zajęła się powolnym wylizywaniem swojego kubeczka, tym samym nieco uspokajając swoją panią.
Dziewczyna nieco sceptycznie patrzyła jak Dante odpina smycze i choć u Olive nie zmieniło się kompletnie nic — nadal stała nad swoimi lodami, kosztując ich jak największe rarytasy — tak w oczach tamtego szajbusa pojawiły się nagle dziwne ogniki i pognał do wprost do wody.
— Zajmie się dziurą, tak? — Parsknęła cichym śmiechem, jednak nie spuszczając wzroku z psa, aby być w gotowości do natychmiastowego ratunku, gdyby ten przeliczył swoje siły i wypłynął zdecydowanie za daleko. W międzyczasie dojadała swojego loda i delektowała się pięknym słońcem, które smyrało ją przyjemnie po twarzy. I już się pochylała ku ramieniu Dantego, aby ułożyć na nim swoją głowę i dalej korzystac ze wspólnego czasu i bliskości, kiedy to ten nagle wstał.
— Huh? — Spojrzała na niego zdezorientowana, nie kodując od razu wykrzyczanych przez niego słów. Dopiero po chwili… — Co? Ej! Czekaj! To nie fair! — krzyknęła, samej zaraz podnosząc tyłek z piasku. Widziała jak chłopak zaczyna się rozbierać, a ona w tym czasie modliła się, aby bielizna, którą założyła nadawała się do publicznego widoku. Dlatego niepewnie zsunęła jeansowe szorty i… uff — czarne, klasyczne brazyliany bez żadnych koronek i innych siateczek. Z kolei bluzka musiała zostać na swoim miejscu. Miała odkryte plecy, więc żeby wyglądać zjawiskowo — jak zawsze zresztą — odpuściła sobie zakładanie stanika. I chyba pierwszy raz miała właśnie tego pożałować. Ale kiedy ruszała już do biegu, woda sięgała już Dantemu do ud. Przegrała…
Faen..!
Próbowała nawet trochę nadrobić drogę, nurkując i przepływając kilka metrów pod wodą, jednak nie zmieniało to faktu, że to on pierwszy wlazł do jeziora.
— Oszukiwałeś! — zawołała, wynurzając się i odgarniając srebrno-niebieskie kosmyki z twarzy. — Łajza…! Przecież będę musiała wziąć wolne, żeby go umyć! Dobrze wiesz, że trzy godziny będę go wrzucać do wanny i przywiązywać smycz do szafek, żeby mi stamtąd nie spierdzielił… myślisz, że jak go wrzucę do pralki to problem sam się załatwi? — Zaśmiała się cicho. Uwielbiała go czesać. Miała dla niego specjalną gumowe szczotkę i gdy był padnięty po całym dniu latania za piłką albo siłowaniem się z szarpakiem, kładła go sobie na kolanach u wyczesywała porządnie, aby czasem nie porobiły mu się żadne kołtuny. Ale mycie? Mycie to była jazda bez trzymanki. Tylko podczas ostatniej takiej próby zbił jej flakonik perfum i rozwalił paletkę cieni do powiek, bo wystarczyło, że pierdzielnął w szafkę podczas próby ucieczki z wanny i wszystko poleciało na podłogę.
— Jak będziemy wracać do domku to oddajesz mi swoją koszulkę… tak tylko uprzedzam — odparła po chwili, krzyżując lekko ramiona pod biustem. Brak stanika zaczynał być dosyć widoczny. Bo choć sama bluzka nie prześwitywała to była wystarczająco cienka, aby można było zobaczyć jak woda odciskała na niej wyraźne i jednoznaczne ślady.

Dante Levasseur