Strona 1 z 1

hello, sunshine

: śr sie 05, 2026 1:23 am
autor: Lucien Spencer
Żeglowanie było, oprócz jazdy samochodem, jedną z kilku czynności, które sprawiały Lucienowi niesamowitą przyjemność. Niestety, rzadko kiedy mógł sobie na to pozwolić, dlatego teraz, kiedy miał nieznaczną przerwę od wyścigów, mógł wykorzystać czas wolny na wybranie się nad zatokę.
Ubrany w białą lnianą koszulę, niebieskie szorty, w całkiem luźnym wydaniu, z czarnymi okularami na nosie, szedł spokojnie przez molo, mijając innych ludzi, czując się wśród nich kompletnie incognito. Wbrew pozorom niewiele osób śledziło sportowe wydarzenia, a i bez typowego kombinezonu czy ubrań z logo Mercedesa ciężko było rozpoznać wyścigowego kierowcę wśród tłumu. To mu dawało pewien komfort, kiedy kierował się do swojej żaglówki.
Wszedł na jej pokład w zamyśleniu i zaczął przygotowywać ją do wypłynięcia. Gdy już niemal wszystko było gotowe, westchnął i podparł się rękami o biodra, bezwiednie przesuwając spojrzeniem po krążących po molo spacerowiczach, aż jego wzrok padł na znajomo wyglądającą sylwetkę. Zmrużył oczy, skupiając na niej intensywniej wzrok. Jej ciemne włosy opadały kaskadami na niemal nagie plecy, a górna część stroju kąpielowego i jeansowe spodenki idealnie podkreślały jej figurę. Wyglądała na to, że dobrze się bawiła. A dostrzegłszy, co trzymała w ręku, ściągnął brwi. Może aż nazbyt dobrze.
Nie myśląc zbyt wiele, przeskoczył przepaść między żaglówką a podestem, po czym ruszył w jej stronę. Akurat przystanęła, więc wykorzystał moment i podszedł, by delikatnie przesunąć dłonią po jej talii i stanąć naprzeciw niej.
Dzień dobry, panno Weasley — przywitał się, posyłając jej promienny, acz nieco arogancki uśmiech. — Widzę, że dobrze się bawisz — zauważył i, wykorzystując jej zaskoczenie, zabrał jej czerwony kubek, żeby powąchać zawartość. Spodziewał się raczej typowego zapachu piwa, ale bijąca od niego słodkość go zdziwiła, więc zaciekawiony przechylił kubeczek, żeby spróbować napoju. Zmarszczył nieco brwi. Lemoniada. — A jednak nie tak dobrze — skwitował, po raz kolejny uśmiechając się do niej z rozbawieniem i oddał jej kubek. Fakt, że się pilnowała, wzbudził w nim pewną satysfakcję.
Czekasz na rejs? — zagadnął, zerkając na kolejkę ludzi nieopodal. Słońce było już wysoko, co nie sprzyjało długiemu staniu na nieosłoniętym molo. Zwłaszcza dla ciężarnej. Czy można powiedzieć, że się o nią martwił? Na to wyglądało. To była przecież całkiem ludzka rzecz. — Myślę, że nie warto napędzać tej całej turystycznej machiny. Lepiej chodź ze mną — skrzywił się odrobinę, a wraz z ostatnimi słowami złapał ją za rękę i nie czekając na jej protest, pociągnął ją za sobą w stronę swojej żaglówki.
Pani przodem — po chwili przystanął na brzegu, ruchem dłoni szarmancko wskazując wejście, drugą jej podając jako pomoc, by weszła bezpiecznie na pokład.

Zoya Weasley

hello, sunshine

: czw sie 06, 2026 12:21 am
autor: Zoya Weasley
Zoya była prawdziwą społeczniarą, co oznaczało, że uwielbiała wszelkie wydarzenia organizowane dla mieszkańców przez lokalne władze. Jeszcze w Huntsville sama angażowała się w ich przygotowanie.
W Toronto podobne inicjatywy albo zdarzały się znacznie rzadziej, albo były kiepsko nagłaśniane, dlatego rzadko udawało jej się na nie trafić. Tym razem jednak dopisało jej szczęście i obecnie Zoya spacerowała z uśmiechem, dzierżąc w dłoni kubeczek świeżej lemoniady, kupionej od jakiejś babuszki na nieoficjalnym straganie.
Zaintrygowana atrakcjami, ruszyła na molo i chociaż kolejka była okropnie długa, postanowiła cierpliwie poczekać. Jednocześnie rozkoszowała się napojem i napawała się ciepłymi promieniami słońca.
Nagle usłyszała podejrzanie znajomy głos. Przez krótką chwilę zabrzmiał jej jak głos nauczyciela geografii, który zawsze przyłapywał ją akurat wtedy, gdy próbowała wymknąć się ze szkoły. Z lekkim przestrachem odwróciła się w stronę mężczyzny, ale gdy rozpoznała Luciena, ze zdziwienia uniosła brwi, a jej usta delikatnie się rozchyliły. Po paru sekundach otworzyły się już znacznie szerzej, po czym uniosła gwałtownie dłoń, kiedy meżczyzna znienacka odebrał jej kubeczek z lemoniadą.
Nie pij tego! — krzyknęła. Obawiała się, że już nigdy nie będzie jej dane napić się w Toronto napoju wyciśniętego z niepryskanych cytryn. Zoya miała swoje wiejskie przyzwyczajenia i szczerze doceniała ekologiczną żywność!
Nerwowo odebrała swoją własność i, lekceważąc uśmiech Luciena, ostentacyjnie wpatrując mu się w oczy, duszkiem opróżniła cały kubeczek. Nie bardzo wiedziała, o co właściwie mu chodziło.
Czekam. — Potaknęła i dopiero wtedy zmierzyła go od góry do dołu. Miał koszulę, która nijak współgrała z błękitnymi spodenkami kąpielowymi i klapkami. Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy wraz z fortuną Lucien stracił poczucie dobrego doboru ubrań, bo na wiosce również strzelił faila i przyjechał w białych butach zamiast w praktycznych kaloszach.
Nie komentowała jednak tego i właściwie, choć Zoyę korciło, aby z nim porozmawiać, zamierzała ponownie odwrócić się w stronę kolejki.
Co? — Nie zrozumiała ani tego, kiedy wspomniał o turystycznej machini ani dlaczego nagle złapał ją za rękę i pociągnął w drugą stronę molo. Stawiając krok za krokiem, Zoya świadomie odpowiedziała tym samym gestem na jego palce zaciskające się wokół jej dłoni i nawet, zupełnie intuicyjnie, delikatnie się uśmiechnęła. Do jej głowy napłynęły wspomnienia z Huntsville. Właściwie zapomniawszy, że właśnie prowadził ją ku nieznanemu, z zaciekawieniem zaczęła lustrować profil Luciena.
Był przystojny.
Kiedy w końcu przystanęli przy pokaźnych rozmiarów łódce, podejrzliwym wzrokiem omiotła najpierw żaglówkę, a potem ponownie mężczyznę. Ruszyła się dopiero w chwili, w której szarmancko wskazał jej wejście. Wówczas jedynie głupio potaknęła i, skorzystawszy z jego pomocy, weszła na pokład.
Jest twoja czy wypożyczyłeś? — zapytała, jednocześnie idąc wzdłuż burty i uważnie rozglądając się dookoła. Nigdy nie podróżowała samotnie łodzią, a już na pewno nie tak drogą.
Tymczasem Lucien podszedł do steru, sprawnie przygotował żaglówkę do wypłynięcia i niedługo później odbili od pomostu. Wówczas Zoya zajęła miejsce na jednej z ławek znajdującej się obok steru. Wyciągnęła wygodnie nogi i korzystając z okazji, że znajdowała się nieco z tyłu, znowu zaczęła lustrować sylwetę Luciena.
To zadziwiające, że nie miała żadnych wątpliwości, aby spędzić z nim czas. To zadziwiające, że nawet nie zapytała, dokąd płynęli, tylko swobodnie czerpała kolejną wiązkę promieni słonecznych. Czuła się wręcz niepokojąco spokojna, jakby uważała, że przy Lucienie nic złego nie mogło się wydarzyć.
Powinnam zapłacić za rejs? — Wstała nagle, związała dłonie za plecami, po czym podeszła do steru. Zaraz nachyliła się i z filuternym uśmiechem, nachyliła się od boku, aby spojrzeć na kapitana.

Kapitan Jack

hello, sunshine

: czw sie 06, 2026 11:14 pm
autor: Lucien Spencer
Jej protest puścił mimo uszu, a właściwie jeszcze bardziej skłonił go ku temu, żeby spróbować, na co pozwoliła sobie, będąc w ciąży. Nie rozumiał jej oburzenia i tego spojrzenia, jakim go obdarzyła, gdy po oddaniu jej lemoniady ostatecznie opróżniła kubeczek, czemu przyglądał się z widocznym rozbawieniem.
Lemoniada była zdecydowanie lepszym wyborem niż piwo, o którym pomyślał, widząc znajomy czerwony plastik w jej ręku. Przez wzgląd na konsekwencje swoich działań sprzed dwóch miesięcy, czuł się zobowiązany zainterweniować i upewnić się, że Zoya potrafiła się pilnować. Przecież to nie tak, że stanowiło to idealną wymówkę, żeby do niej podejść.
Kolejka na rejs też była bardzo dogodnym pretekstem, żeby zaproponować jej własny transport, choć w zasadzie bezceremonialne wzięcie jej za rękę i poprowadzenie przez molo nie miało nic wspólnego z pytaniem o jej zgodę.
Jak zawsze, gdy chodziło o nią, działał szybciej, niż myślał. I choć zwykle kontrolował siebie, swoje pragnienia i życie, odpowiadała mu ta nuta spontaniczności, którą odkrywał w sobie na nowo. Pewnie egoistycznie tego właśnie potrzebował, decydując się ją ze sobą zabrać. Jednocześnie tłumaczył sobie w myślach, że skoro ich spotkanie znów podlegało przypadkowi, tym bardziej powinni wykorzystać je na bliższe poznanie się. Nie miał jeszcze dość zbierania o niej ciekawostek. Nie miał jej dość.
Technicznie rzecz biorąc, moich rodziców. Zajawkę na żeglugę również odziedziczyłem po tacie, ale teraz to ja częściej z niej korzystam, niż oni — odpowiedział z lekkim uśmiechem, mimochodem dzieląc się z nią kolejną rzeczą o sobie, której jeszcze nie zdążyła się dowiedzieć.
Pominął już fakt, że to on kupił im tę łódź rok temu, po podpisaniu kontraktu z Mercedesem, okazując im wdzięczność za wszystko, co dla niego zrobili. A oni w zamian z chęcią dzielili się nią z synem. W końcu spełnił ich marzenia, czego więcej potrzebowali do szczęścia?
Kiedy stanął za sterami, a żaglówka odbiła od brzegu, na kilka sekund zerknął przez ramię za siebie, posyłając jej w przelocie uśmiech, jakby upewniał się, że Zoi na tej kanapie było wystarczająco wygodnie. Wróciwszy wzrokiem na drogę, uśmiechnął się do siebie, stwierdzając w myślach, że towarzystwo ciemnowłosej było o wiele lepsze, niż samotne dryfowanie po wodach Ontario.
Hmm… — westchnął w zastanowieniu, składając usta w dziubek, jakby wyraźnie się nad czymś zastanawiał. — Sposób zapłaty jeszcze podlega negocjacji — uznał finalnie, przenosząc na nią spojrzenie i odwzajemniając jej uśmiech typowym dla niego zawadiackim. Nie mogła dostrzec błysku w jego oczach, ukrytych za okularami, gdy pomyślał o konkretnych propozycjach. Ani tego, że przesunął wzrokiem po jej sylwetce, zatrzymując się odrobinę dłużej na jej uwydatnionych w kostiumie kąpielowym piersiach, gdy z niezwykłą swobodą stanęła przy nim z dłońmi schowanymi za sobą, nieświadomie eksponując mu swoje walory. Przygryzł wargę. — To zależy, jak będziesz się sprawować — dodał, unosząc wymownie brew, powracając spojrzeniem na jej niebieskie, iskrzące się figlarnie oczy. To samo udzieliło się również i jemu.
Ciężko było stwierdzić, co też przyjdzie jej do głowy w trakcie rejsu, niemniej nie mógł się doczekać wypłynięcia na głębokie wody i dotarcia do jego ulubionego miejsca, które z chęcią zamierzał jej pokazać.
Byłaś nad Scarborough Bluffs? — zapytał z zaciekawieniem.


passenger princess

hello, sunshine

: pt sie 07, 2026 10:10 am
autor: Zoya Weasley
Również nie miała go dosyć. Co było dziwne, bo Zoyę mężczyźni łatwo męczyli i wyprowadzali z równowagi. Może to przez to, że w większości dorastała w ich towarzystwie, mając raptem niewielkie grono tych, którzy byli bardziej zrównoważeni.
Lucien, pomimo tego drugiego, ciężkiego wrażenia i zawodu, jaki ją wtedy objął, wydawał się naprawdę w porządku. Wszakże nie obawiała się relacji z nim, bo tak naprawdę niczego nie wymagała. Chyba po prostu doceniała czas, w którym chcieli się poznać, a jednocześnie wciąż traktowała go jako kogoś nie do końca osiągalnego.
Och, rozumiem — potaknęła zdumiona.
Wiedziała, że on i jego bliscy byli bogaci; że interesowali się zajęciami, które dla Weasleyów pozostawały bardzo nieosiągalnym hobby, jednak posiadanie własnej łódki jeszcze bardziej wybiło ją z pantałyku. Zoya coraz mocniej uświadamiała sobie, jak wiele ich dzieliło i w jak różnych społecznościach zostali wychowani.
Pomimo tego w końcu przegnała te myśli i przeniosła wzrok z pokładu na Luciena. Jego specyficzna, może nawet wrodzona elegancja naprawdę pasowała do żeglowania. Natomiast upór do wyścigów.
A konno jeździsz? — Zoya przynajmniej tym mogła się pochwalić. Z pewnością lepiej siedziała w siodle niż za kierownicą auta. — Może następnym razem w Huntsville pojedziemy na przejażdżkę? — zaproponowała, jednocześnie nie mając żadnej pewności, że ten następny raz rzeczywiście nastąpi.
W końcu odbili od brzegu i naszło ją dziwnie kojące uczucie. Mogła się zrelaksować, przyglądając się oddalającemu się molu i kolejce, w której raptem kilka minut temu, sama stała. Widziała, że ludzie nadal nie wsiedli do łodzi, a na brzegu doszło do jakiegoś zamieszania. Niemniej nie poświęciła temu większej uwagi, bo stanęła obok Luciena.
Była nieświadoma tego, że splatając dłonie na plecach, uwydatniła swoje walory. Nawet nie zauważyła, że przez krótką chwilę przyglądał się jej piersiom zza ciemnych okularów. Skupiła się na ustach mężczyzny, które najpierw ułożyły się w zabawny dziubek, a następnie odwzajemniły jej uśmiech.
Był ładny.
Uważnie obserwowała, jak mimika Luciena zmieniała się z każdym kolejnym słowem. Kiedy uniósł wymownie brwi, ponownie się uśmiechnęła, uroczo marszcząc nos.
Będę grzeczna — zażartowała. — Zawsze jestem grzeczna — skłamała figlarnie rozbawiona własnymi słowami.
Zoya nie wiedziała, o jakich negocjacjach mówił, ale wiedziała, że prowadzili tę dyskusję w żartobliwym kontekście, dlatego nie wyczuła żadnego zagrożenia. I tak naprawdę, o cokolwiek by poprosił, w tym momencie byłaby skłonna zgodzić się na wszystko.
Nie byłam — odpowiedziała od razu. Tak naprawdę przez te cztery lata mieszkania w Toronto Zoya niewiele zwiedziła. — Ale słyszałam o tym. Podobno znajdują się tam piękne widoki, a brzeg tworzą ogromne klify. — Co nieco wiedziała. Nie była przecież kompletną ignorantką, ale potrzebowała, aby Lucien potwierdził, że nie pomyliła Scarborough Bluffs z innym miejscem. — Długo będziemy płynąć?
W pewnym momencie rozprostowała ramiona, po czym podeszła do burty i wychyliła się, aby zerknąć na wodę. Potem znowu odwróciła się do mężczyzny i po prostu ściągnęła spodenki, aby w pełni skorzystać ze słońca, i opalić sobie całe nogi.
Brakuje mi tu drinka z palemką. — Cmoknęła trochę niezadowolona z faktu, że w tak pięknym momencie nie mogła się napić i aby zaprezentować swój teatralny bulwers, złapała sie za biodra.

Lucien Spencer

hello, sunshine

: ndz sie 09, 2026 1:11 am
autor: Lucien Spencer
Co prawda, nie znał Zoi zbyt długo, ale już teraz z całym przekonaniem mógł stwierdzić, że była pełna niespodzianek. Nigdy do końca nie potrafił przewidzieć jej następnego ruchu i zaskakiwała go tym, jak bardzo nie doceniała własnego potencjału. Jakby zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo była atrakcyjna. Bo o tym, że Lucien zwracał na nią uwagę, powinna mieć już jednak pełną świadomość.
Następny raz brzmiał obiecująco, jednak to, co właśnie mu oferowała, skwitował niewielkim skrzywieniem. Jazda konno. Prowadził zwykle inne konie, wręcz całe stado, ale nigdy te czworonożne.
Wierz mi lub nie, ale jedyne konie, jakie potrafię ujarzmić, to te pod maską — przyznał w końcu, nie do końca pocieszony tym faktem. Bo tak, Lucien Spencer naprawdę czegoś nie potrafił. — A Ty, jak rozumiem, urodziłaś się w siodle? — dopytał zaraz, przenosząc na nią całe swoje zainteresowanie.
Co prawda, urodził się w bogatej rodzinie, w której wszystkie możliwe hobby były osiągalne, ale nie wtedy, kiedy jego kariera od dziecka była ukierunkowana na wyścigi. Zbyt wiele czasu musiał poświęcić na szkołę i klub kartingowy, żeby mieć czas również na inne rozrywki. Właściwie nigdy nie zastanawiał się, kim by był, gdyby nie jeździł w GT.
Za to Zoya, biorąc pod uwagę wychowanie na farmie, konie miała pod ręką. Nie dziwił się więc, że lubiła na nich jeździć. Co więcej, potrafił sobie wyobrazić, jak doskonale się na siodle prezentowała.
Sądząc po sposobie, w jaki zmarszczyła nos, domyślał się, że Piękna właśnie uraczyła go pięknym kłamstwem. W odpowiedzi pokręcił głową z niedowierzaniem. Tym figlarnym uśmiechem mogłaby go karmić zawsze.
Naprawdę? Jakoś mało to przekonujące — kącik jego ust powędrował do góry w czystym rozbawieniu, a w jego głosie pojawiła się nuta zaczepki, której nie potrafił sobie odmówić.
Oczywiście, że nie miała żadnych powodów do obaw. Tak naprawdę to on porwał ją na pokład, nie zamierzał więc wymagać od niej jakiejkolwiek zapłaty. Nawet, jeśli chodziły mu po głowie pewne pomysły, nie miał najmniejszego zamiaru jej wykorzystywać. No chyba, że sama będzie tego chciała.
Zgadza się. Lubię to miejsce, chyba nawet bardziej niż wybrzeża nad Morzem Śródziemnym. A woda jest tam bardzo spokojna — wyznał lekkim tonem, w myślach zastanawiając się, kiedy ostatnio odwiedził tę zatokę. Musiało to być jakoś w zeszłym roku… — Jeszcze kilka minut. — Przez cały czas prowadzenia łodzi wiatr przyjemnie targał jego włosy, ale zupełnie się tym nie przejmował.
Kątem oka obserwował, jak Zoya przechadza się po pokładzie i wychyla przez burtę, żeby ostatecznie pozbyć się spodenek, ukazując się niemal w całej okazałości, w kusym stroju kąpielowym, na którym zawiesił oko odrobinę dłużej, lustrując zarysy jej ciała, zanim przypomniał sobie, że powinien pilnować kursu. Automatycznie, może odrobinę za szybko, odwrócił wzrok. Jej udawane oburzenie i komentarz o drinku skwitował rozbawionym parsknięciem.
Zaraz, Słońce. Pozwól nam najpierw dopłynąć na miejsce — uspokoił ją żartobliwym tonem. — Możesz też sama się rozgościć i zajrzeć do lodówki. Tylko od barku z procentami proszę mi z daleka. Nawet w tamtym kierunku nie patrz — zastrzegł ze śmiechem na ustach, ruchem głowy wskazując, w którą stronę mogła się udać. Dzięki temu mógł się jej bezceremonialnie przyglądać i podziwiać jej fantastyczną figurę. Przy tym wcale nie chciał myśleć o tym, co jej wyglądzie niedługo ulegnie zmianie.
Po chwili ich oczom ukazała się piękna zatoczka, otoczona klifami i zielenią. Na plaży widać było korzystających z pogody plażowiczów, a wokół nich w niedalekich odległościach, zapewniających prywatność, znajdowały się inne żaglówki. Według Lucienia nie mogło być lepiej.
Po zatrzymaniu łodzi udał się do Zoi. Na widok naszykowanych szklanek z jakąś bliżej nieokreśloną zawartością ściągnął brwi.
Co to za wynalazek? — zapytał bardziej z ciekawością, niż podejrzliwością, powoli odpinając guziki swojej białej koszuli, z każdym kolejnym ukazując swoje mięśnie. Nic, czego Zoya wcześniej nie widziała.

Zojka