seeing their naked asses was not in the agenda
: śr sie 05, 2026 12:52 pm
005.
Było duszno. Było gorąco. Było upalnie.
Było idealnie.
W dni takie jak te myślało się jednak głównie o jednym: o ochłodzie. O ile, oczywiście, było się tym szczęśliwcem, który uniknął słonecznego przegrzania styków i w ogóle było się w stanie myśleć. Alvin co prawda z ewolucyjnego punktu widzenia był po stronie nie-myślenia od zarania dziejów, ale dzisiaj, wyjątkowo, myślał intensywnie. O tej właśnie ochłodzie. O orzeźwieniu, nawadnianiu, bimbaniu; głównie jednak o ochłodzeniu. I jak tego dokonać.
Mógł na przykład kupić sobie pięć litrów lodów i zjeść je na raz. Mógł zrobić sobie zimny prysznic i powtarzać go średnio co pół godziny. Mógł zamknąć się w pomieszczeniu z klimą i czuć się jak młody bóg nowoczesnych rozwiązań i śmiać się z tych, którzy musieli gnić w cieple. Mógł zamknąć się w lodówce.
Mógł też pojechać nad wodę i oddać należyty hołd tradycji spędzania lata na plaży. Nie unikał w końcu słońca, a nawet gorzej 一 z pełną pieczołowitością wyczekiwał jego pełnej południowej krasy i wystawiał się do wchłaniania promieniowania UV, jakby jutra miało nie być. Nie tak bezczynnie, jak niektórzy, bo leżenie plackiem to nie był jego sposób łapania witaminy D, ale...
Nie był też jedyny. Wraz ze słońcem miasto oblało się falą wczasowiczów i plażowiczów i czasami brakowało tylko, żeby sobie przychodzili z samego rana, rozstawiali parawany i rezerwowali tak miejsca na później. Widział taką praktykę na europejskim reddicie i gdyby był Bóg, to modliłby się do niego 一 albo do innego Latającego Potwora Spaghetti 一 żeby ta tradycja nie zagościła u nich na dobre. Już wystarczyło, że turyści czasem tak robili.
Zatem woda. Woda wydawała się super pomysłem. Woda była super pomysłem. Zresztą nie tylko dzisiaj, zawsze była. Alvin musiał być w poprzednim wcieleniu foką albo inną rozdymką, bo gdyby mógł, to totalnie wyhodowałby skrzela i zamieszkał w wodzie na dobre. Aż mu się przypomniała pewna leniwco-syrenkowa księżniczka i jak siedział tak na poboczu gdzieś w Rexdale 一 trzymając motocykl między nogami, balansując nim z nudy z boku na bok, bo czekał na Mili 一 stwierdził, że może to była pora zaoferować jej swoje umiejętności i zapytać czy nie chce zapisać się na zaawansowany kurs pływania w warunkach ekstremalnych.
Najpierw jednak napisał do Mili. Czekał już pod jej blokiem dobre czterdzieści sekund i chyba wypadało dać znać, że już jest. Cyk, pyk, sms wysłany. I przy okazji cała litania wspominania ostatniego niefajnego epizodu próby ratowania niedoszłej wodnej fotomodelki i jej psa.
Jednego z nielicznych psów, które Alvin miał ochotę owinąć w koc i zrobić z niego burrito, żeby tylko się nie ruszał.
Agresywny bydlak.
Bydlactwem było też to, jak szybko łeb mu się pocił w kasku, więc ściągnął go, nie mając bladego pojęcia ile jeszcze zejdzie, zanim siostra łaskawie do niego dołączy. To mogło zająć pięć minut, a mogło godzinę. Odłożył zatem kask na kierownicę i zaczął wystukiwać o niego jakąś przypadkową melodię dłońmi, kiedy coś miękkiego trąciło go w łydkę. Spojrzał w dół.
Pies.
Akurat o wilku mowa, co?
Ale nie, bo to nie był wcale ten sam pies, choć w pierwszej milisekundzie Alvin naprawdę myślał, że go sobie zmaterializował negatywnymi afirmacjami.
No ale ten był kremowy, puszysty, z uszami, które były zdecydowanie za duże na resztę jego futrzastego ciała i były ciemniejsze i wyglądały, jakby je doklejono z zestawu innego psa. Siedział sobie i patrzył na niego tymi wielkimi węgielkami, zezując na jego dłonie, które wciąż wygrywały utwór. To było trochę tak, jakby pies chciał powiedzieć: wiem, że masz ręce, ty wiesz, że mam oczy, oboje wiemy, jak to się powinno skończyć.
Przynajmniej tak sobie Alvin tłumaczył 一 niemą prośbą pseła 一 jak zlitował się i pochylił, żeby go pogłaskać. Potargał go po tym łebku, nawet się nie kryjąc z tym, że przyjemność była obustronna.
一 Słuchaj 一 zwrócił się do niego, bo nie rozmawianie z psami w obliczu takich spojrzeń byłoby po prostu nieuprzejme. 一 Mili powinna zaraz być, ale jeśli chcesz, to możemy się tę chwilę kumplować.
Pies położył pysk na jego stopnie, ale podniósł go tak samo szybko, bo ktoś zza niego nagle krzyknął: "Burbon!". I Burbon poleciał, merdając ogonkiem, z powrotem do swojego właściciela. Cóż. Krótka to była przyjaźń, ale co pogłaskane to Alvina.
Pozostało jeszcze tylko odbębnić wcale nie niecierpliwe czekanie na Mili, zostając motocyklowym perkusistą wystukującym The Killers o bak i kask.
sinister sister