Kiedyś myślała, że dom to zwyczajnie,
na logikę, nieruchomość. Kolejna willa, kolejne aktywa chronione przed inflacją – mądry sposób na zarządzanie kapitałem i optymalizację podatków. Majątkowe strategie poznała, nim weszła w okres dojrzewania – językiem miłości obojga rodziców były lekcje ekonomii, a jedyny dowód ich małżeńskiej przysięgi to przepisana w intercyzie na własność matki posiadłość w York Mills – nie tak daleko stąd – w której dorastała Rena. Ojciec początkowo mieszkał tam razem z nimi, ale jego obecność ulegała stopniowemu
rallentando – jego prawdziwą miłością była firma, dla której był gotów w każdej chwili polecieć na drugi koniec świata. Nigdy nie obejmował podobnym poświęceniem żadnej ze swoich żon ani dzieci, których rolą było przedłużenie rodu i
nieprzynoszenie w s t y d u. Jeśli Rena spełniła jego oczekiwania, czasami zasłużyła na pogładzenie czubka głowy ojcowską dłonią. Patricia zawsze patrzyła na to z zazdrością i chętnie przekazywała Romanowi wiadomości, które mogłyby oddalić najmłodszą Herrerę od jego uznania.
To plan filmowy nauczył ją, że
dom może być czymś więcej, niż pustą strukturą, gotową odbijać echem niespełnione oczekiwania – że może być
kreacją. Strategiczne oświetlenie, odpowiedni dobór rekwizytów i gamy kolorystycznej potrafiły stworzyć ciepło niemal odczuwalne. Pusta struktura domu mogła odbijać także starannie wykreowaną fantazję o bliskości, która przez wiele lat niezmiennie pozostawała w przestrzeni wyobrażenia.
Początkowo pojawienie się w jej świecie Monty'ego było dezorientujące. Ich bliskość była
rzeczywista – a więc nieprzewidywalna. Jej poprzednie relacje zawsze przebiegały według tego samego schematu – Rena odgadywała, co druga osoba chce zobaczyć i stawała się wykalkulowanym mirażem uroku, seksapilu, oddania. W kontrakt zawsze wpisany był emocjonalny dystans, którego przekroczenie skutkowało szybkim zerwaniem umowy.
A Morin?
On przedzierał się przez jej miraż i zauważał autentyczną Renę, której nawet ona sama nie znała. Jego akceptacja była równie kojąca, co przerażająca.
Herrera odkrywała się przy nim zrywami. Momenty komfortu i bezpieczeństwa wymieniały się z wyjazdami, podczas których zawsze
zapominała. Dzięki cierpliwości Marina, dzięki jego nienachalnej uwadze, za każdym razem przypominała sobie
siebie coraz szybciej.
Nigdy jednak nie zapominała swojego narzeczonego. W końcu był centrum jej wszechświata.
Dlatego z łatwością wychwytuje jego kłamstwo. "Szczerze mówiąc" zazwyczaj właśnie to zapowiada. Rena nie ma zamiaru mu go wypominać; przygląda mu się jedynie wciąż z tym przewrotnym uśmiechem, przesuwając miękkim spojrzeniem po twarzy noszącej niepodważalne znamiona zmęczenia. Odkłada zmartwienie na później, wiedząc, że i tak nic nie wskóra. Szczególnie dlatego, że w domu
nie ma nic do jedzenia. Brak możliwości spełnienia jednego z narzeczeńskich obowiązków wypiera tak samo, jak kuchenną apokalipsę.
—
Hmm. Dwie godziny? — powtarza za nim, wyraźnie kalkulując, jak najoptymalniej wykorzystać ten czas. Zazwyczaj dokładnie tyle czasu zajęłoby jej wybranie sukienki, wykonanie odpowiedniego makijażu i przybranie maski Ivy Sparrow. Ale jeśli pojawi się dziś w filharmonii jako Rena, zyska przynajmniej pół godziny. Będą mieć też więcej spokoju po koncercie.
Morin jest dla niej ważniejszy nawet od publicznego wizerunku. Spojrzenie kobiety wyznacza wyuczoną trasę po jego czole, policzkach i brodzie, zanim skupia się na jego spojrzeniu. Próbuje odgadnąć jego pragnienia.
"Nie mam pojęcia o czym mówisz".
Kłamie – a jednak sprawnie odgaduje jej myśli, bo pochyla się w jej stronę. Uśmiech Reny rośnie, jakby usta instynktownie chciały znaleźć się bliżej trajektorii delikatnego muśnięcia jego warg.
—
Czyżby? — pyta tonem, który sugeruje, że Herrera zna wszystkie tajemnice narzeczonego.
Nawet nie zdaje sobie sprawy, że to już nie jest prawda. Puszcza jego dłoń, drugą wciąż odpowiedzialnie przytrzymując futerał ze skrzypcami. Palce muskają skroń, zanim nie zanurzają się we włosach pod pretekstem odgarnięcia ich z twarzy Morina, chociaż te są nienagannie ułożone; zaraz po tym geście dłoń osiada jak motyl tuż za jego uchem, a kciuk bada kość policzkową, chyba odrobinę mocniej zarysowaną, odkąd widziała go ostatnio. —
Zapomniałeś chyba, jak dobrze cię znam — dodaje zadziornie, ale i słodko, subtelnie sugerując, że jest w stanie przejrzeć jego kłamstwa. Trąca nosem jego policzek. —
I zapomniałeś mi powiedzieć, jak bardzo za mną tęskniłeś. — Zaborcza nuta wybrzmiewa w jej tonie, gdy z oddaniem spogląda w jego tęczówki.
montgomery morin