even the devil takes a holiday
: czw sie 06, 2026 7:50 pm
Pracoholizm był cechą, której nie potrafił się wyzbyć nieważne jak mocno próbował.
Tym gorszą w chwili, w której dotyczył również osoby czekającej na niego wieczorem w mieszkaniu. Tym bardziej niemożliwą do zignorowania gdy przestał dotyczyć wyłącznie cudzych spraw, a zaczynał kręcić się wokół Ventresci, strzelaniny w dokach i desperackiego poszukiwania wyjścia z tej popierdolonej sytuacji.
Sam nie wiedział kiedy znów wpadł w ten tryb - tryb, w którym dni niepostrzeżenie zmieniały się w noce, a pod jego oczami coraz mocniej odznaczały się cienie. Wiedział tylko, że któryś już raz słońce powoli wspinało się za horyzont o czwartej - piątej? - nad ranem gdy on ślęczał nad biurkiem i rozłożonymi na blacie aktami. Wiedział też, że choć Margo parę godzin wcześniej ruszyła do sypialni, wciąż obracała się w łóżku na lewo i prawo, i gdy wreszcie oficjalnie zawitał w mieszkaniu d z i e ń, wreszcie postanowiła z niej wyjść i uświadomić mu, że była sobota.
I żadne z nich nie było tak śpiące, jak być powinno.
Gdy czterdzieści minut później znaleźli się nad jeziorem Ontario, jego wzrok odruchowo szukał jakiegokolwiek miejsca z kawą, które mogłoby być otwarte o tej barbarzyńskiej godzinie. Gdy wreszcie spostrzegł rozkładającą się przyczepę, z której docierał do niego aromat życiodajnego napoju, zostawił Mercer z zadaniem znalezienia dla nich ustronnego miejsca do wypoczynku i samemu ruszył celem zdobycia kawy.
Po kilku rzeczowych pytaniach, groźbach wyjęcia odznaki, prawie jednej kłótni i wreszcie wycedzonemu przez zęby proszę udało mu się zdobyć przed godzinami otwarcia dwa kubki z czarną, parującą kawą i to z nimi wyruszył na poszukiwania Mercer.
Miejsce, które znalazła, było nie tylko oddalone od wszelkich ścieżek, ale też obiektywnie bardzo ładne - gdyby posiadał w sobie na tyle funkcjonalności mózgu, by doceniać rzeczy ładne, inne od jej splątanych włosów unoszących na wietrze i uśmiechu, który wpełznął na jej twarz na widok kawy.
- Masz dar do znajdywania ukrytych miejsc - rzucił rzeczowo, wchodząc na drewnianą kładkę. - Już wiem, gdzie ukryjemy trupa jeśli rzeczy nie pójdą po naszej myśli.
Zdążył usiąść na kładce gdy usłyszał szelest gdzieś za nimi. Odwrócił się, przekonany, że napotka wzrokiem dzikie zwierzę, w końcu kto inny tak wczesną porą wyłaziłby nad jezioro? Gdy zamiast tego dostrzegł idącego ku nim mężczyznę w kaloszach, ubranego w pełni w strój moro, jego brwi zmarszczyły się odrobinę.
- Tu jesteście! Z reguły nasz klub nowicjuszy łowi tam dalej, ale tutaj też jest dobre miejsce - sapnął starszy dziadek, podest zatrząsł się gdy wszedł na niego, zmierzając w ich stronę. Dopiero teraz, Madden dostrzegł w jego dłoni dwie wędki. - W razie czego, zapraszamy do nas, w gronie raźniej. O, skąd dostaliście kawę?
Pochylił się, wyciągając w ich stronę dwie wędki. Madden uniósł rękę, odruchowo zaprzeczając, jednak pragnienie upicia łyka wrzącego napoju przewyższyło potrzebę wyprowadzenia mężczyzny od razu z błędu, dając Margo czas na reakcję.
margo mercer
Tym gorszą w chwili, w której dotyczył również osoby czekającej na niego wieczorem w mieszkaniu. Tym bardziej niemożliwą do zignorowania gdy przestał dotyczyć wyłącznie cudzych spraw, a zaczynał kręcić się wokół Ventresci, strzelaniny w dokach i desperackiego poszukiwania wyjścia z tej popierdolonej sytuacji.
Sam nie wiedział kiedy znów wpadł w ten tryb - tryb, w którym dni niepostrzeżenie zmieniały się w noce, a pod jego oczami coraz mocniej odznaczały się cienie. Wiedział tylko, że któryś już raz słońce powoli wspinało się za horyzont o czwartej - piątej? - nad ranem gdy on ślęczał nad biurkiem i rozłożonymi na blacie aktami. Wiedział też, że choć Margo parę godzin wcześniej ruszyła do sypialni, wciąż obracała się w łóżku na lewo i prawo, i gdy wreszcie oficjalnie zawitał w mieszkaniu d z i e ń, wreszcie postanowiła z niej wyjść i uświadomić mu, że była sobota.
I żadne z nich nie było tak śpiące, jak być powinno.
Gdy czterdzieści minut później znaleźli się nad jeziorem Ontario, jego wzrok odruchowo szukał jakiegokolwiek miejsca z kawą, które mogłoby być otwarte o tej barbarzyńskiej godzinie. Gdy wreszcie spostrzegł rozkładającą się przyczepę, z której docierał do niego aromat życiodajnego napoju, zostawił Mercer z zadaniem znalezienia dla nich ustronnego miejsca do wypoczynku i samemu ruszył celem zdobycia kawy.
Po kilku rzeczowych pytaniach, groźbach wyjęcia odznaki, prawie jednej kłótni i wreszcie wycedzonemu przez zęby proszę udało mu się zdobyć przed godzinami otwarcia dwa kubki z czarną, parującą kawą i to z nimi wyruszył na poszukiwania Mercer.
Miejsce, które znalazła, było nie tylko oddalone od wszelkich ścieżek, ale też obiektywnie bardzo ładne - gdyby posiadał w sobie na tyle funkcjonalności mózgu, by doceniać rzeczy ładne, inne od jej splątanych włosów unoszących na wietrze i uśmiechu, który wpełznął na jej twarz na widok kawy.
- Masz dar do znajdywania ukrytych miejsc - rzucił rzeczowo, wchodząc na drewnianą kładkę. - Już wiem, gdzie ukryjemy trupa jeśli rzeczy nie pójdą po naszej myśli.
Zdążył usiąść na kładce gdy usłyszał szelest gdzieś za nimi. Odwrócił się, przekonany, że napotka wzrokiem dzikie zwierzę, w końcu kto inny tak wczesną porą wyłaziłby nad jezioro? Gdy zamiast tego dostrzegł idącego ku nim mężczyznę w kaloszach, ubranego w pełni w strój moro, jego brwi zmarszczyły się odrobinę.
- Tu jesteście! Z reguły nasz klub nowicjuszy łowi tam dalej, ale tutaj też jest dobre miejsce - sapnął starszy dziadek, podest zatrząsł się gdy wszedł na niego, zmierzając w ich stronę. Dopiero teraz, Madden dostrzegł w jego dłoni dwie wędki. - W razie czego, zapraszamy do nas, w gronie raźniej. O, skąd dostaliście kawę?
Pochylił się, wyciągając w ich stronę dwie wędki. Madden uniósł rękę, odruchowo zaprzeczając, jednak pragnienie upicia łyka wrzącego napoju przewyższyło potrzebę wyprowadzenia mężczyzny od razu z błędu, dając Margo czas na reakcję.
margo mercer