whatever works to put some joy in the engine
: pt sie 07, 2026 9:52 pm
01.
Szczerze? Lubiła to. Moment utracenia kontroli. Nie, że odcina — to było coś innego. Ten... lekki duch, o. Umysł, który podpowiadał, że fajnie jest zrobić coś głupiego i jutro nie czuć się z tym najlepiej, ale teraz mieć najlepszą noc w swoim życiu. Jedną z wielu, ale na d z i ś, najwspanialszą. A Lainey niemal desperacko potrzebowała odskoczni, alkoholu i może kilku przyjemnych finałów, ale o tym trochę później. Zbliżały się treningi, elminacje i pierwsze wyścigi, zatem cholernie gorący czas. Nie mogła się doczekać, ale zarazem, było to przecież kurewsko trudne. Nawet, jeśli jej ego podpowiadało, że wygra. Każdy ma w sobie nutkę niepewności, nieważne, jak wysokie posiada ego.
Zaczęła się już zastanawiać, czy może nie zacząć trenować na w ł a s n ą rękę, czego nie powinna robić, no ale Kira miała kontakty.
Nie przyszła do klubu w celu rozmyślań. Valerie była zaledwie krótkim towarzystwem, co było przykre, ale blondynce chyba wcale nie przeszkadzało, bo i tak była łasa na tę mniej piękną płeć. Wystarczyło, że sobą kogoś zainteresowały i mogły się bawić dalej, a Lainey nigdy nie miała problemu z odnalezieniem sobie kawałka podłogi na parkiecie. I teraz chyba było podobnie. Zdążyła przechylić ze trzy drinki i parę szotów — okej, s p o r o — ale nie czuła się pijana. Może lekko świeciły się jej oczy, gdy kręciła biodrami do rytmu piosenki — Madonna? — i unosiła ręce w górę, eksponując smukłe biodra, odkryty brzuch przez krótki top i jeansy, które zajebiście opinały wszystko to, co powinny. Kilku amantów próbowało dołączyć się do Rosewood, ale ona skutecznie to ignorowała, każdorazowo wysyłając takiego typa do piekła. Odrzuciła w końcu lekko spocone, kręcone włosy na plecy, mrużąc oczy, gdy jej uwaga mimowolnie skupiła się na jakiejś parze.
A raczej — nachalnym chłystku (serio, wysoki jak brzoza, głupi jak koza, bardzo pijany, bardzo szczupły i do dupy niepodobny) i... bardzo ładnej kobiecie, która miała pecha być jego ofiarą. Lainey była całkiem prosta w obsłudze, momentami jak facet; widziała ładne ciało, ładny uśmiech i speszone spojrzenie, więc naprężała swoje zbudowane plecy i barki, wyruszając na pomoc damie w opałach. Za nieznajomą znalazła się szybko; szybciej, niż dłoń mężczyzny wylądowała na jej biodrze, bo Lane ją odtrąciła i uśmiechnęła się sztucznie, stojąc przy boku Coven niczym strażnik.
— Woah! Sporo się nie widziałyśmy, ale chyba nie zmieniłaś typu na przychlastów, co? — zerknęła porozumiewawczo na ślicznotkę, tym samym próbując dać jej znać, że przyszła na p o m o c, więc ta powinna grać w jej grę. Że znały się z liceum. Z przedszkola. Z wesela u ciotki Mirandy. Cokolwiek. — obiecałam jej kiedyś drinka i, sam rozumiesz — machnęła lekceważąco ręką na gościa, któremu oczy zaświeciły się jak monety. — spierdalaj — dokończyła kulturalnie, wsuwając swoją dłoń zgrabnie w dłoń kobiety i pociągnęła ją za sobą w inny kąt parkietu, mrużąc oczy przez szalone światła.
— Jak się zapatrujesz na lepsze towarzystwo?
Odbijany? Czy tam — trafiony zatopiony?
coven bremers
