kiedy sardyna ćwiczy begina zgina i mnie
: ndz sie 09, 2026 8:45 pm
wynajmowane mieszkanie gdzieś w Toronto, jakoś 4-5 lat do tyłu
Ten pomysł był pojebany nawet dla Dommy.
Dziewczyna biła się ze sobą z myślami przez długi czas, podbiła nawet stawkę dla wykonania, ale dla niego pieniądze nie były problemem. Dla Drummond były. Tak jak problemem było założenie na siebie tego wdzianka. I zaprezentowanie się w nim w odpowiednim wydaniu.
Przez kilka minut przykładała biustonosz z muszli do klatki piersiowej przez koszulkę. Zagryzając z niezadowoleniem dolną wargę wiedziała, że to był pojebany pomysł i że nie powinna tego robić. Ale pieniądze były kuszące. A Dommy potrzebowała pieniędzy na gwałt, choć ta metafora była aż nazbyt dobitna w jej przypadku. Potrzebowała pieniędzy i kropka. Więc dziesięć minut później była już gotowa. Zażenowana samą sobą, ale gotowa.
W fioletowym biustonoszu z muszelek, jaki nosiła Ariel. Z fioletowym ogonem na nogach. W peruce z lokami do pasa, w kolorze u skóry głowy akwamaryny przechodzącej w fiolet na końcówkach. Leżąc na satynowej pościeli z motywem morskiej piany. Z nadgarstkami przypiętymi do zagłówka łóżka kajdankami. Nie byle jakimi kajdankami. Kajdankami z motywem… krabowych szczypiec.
Kiedy jakimś cudem, po kilkunastu minutach akrobacji i podpierania się poduszkami, zatrzasnęła na drugim nadgarstku krabową obręcz kajdanek (pierwszą zamknąwszy w nich z łatwością drugą ręką), zdała sobie sprawę, że nie włączyła nagrywania. Chciała wyszarpnąć rękę z okropnych bransolet, kiedy dotarło do niej, że… nie da rady. Kluczyki co prawda leżały gdzieś w bałaganie, ale i tak do ich użycia potrzebowała przynajmniej jednej ręki wolnej. Nie miała żadnej. A nogi miała zaplątane w tani, poliestrowy ogon, który zaklinował się na wysokości bioder i nie było szansy na zsunięcie go pod wpływem siły tarcia.
Nie, nie, nie, tylko nie to! Jęknęła w duchu na skraju płaczu. Zaczęła wierzgać nogo-ogonem, żeby się wydostać. Szarpała rękami, aż na nadgarstkach porobiły jej się otarcia, ale bez skutku. Szczypce dalej trzymały się na swoich miejscach. Ani myślały puścić!
Nie miała pojęcia, ile czasu tak biła się sama ze sobą, kiedy usłyszała na korytarzu brzdęk przekręcanego w zamku klucza i skrzypienie podłogi oznaczające, że któryś ze współlokatorów wrócił do domu.
W pierwszej chwili Dommy przeklęła w duchu. Specjalnie wybrała taki czas na ten performance, żeby nikogo nie było w mieszkaniu. A z drugiej to była jej jedyna opcja uwolnienia się. Nawet jeśli jej duma nigdy później nie pozwoliłaby spojrzeć współlokatorom w oczy.
– Halo! Sylvie? To ty? – zawołała błagalnie w nadziei, że nie natknie się na Alvina. Sylvie jeszcze mogłaby to jakoś wyjaśnić, ale Fontaine zabiłby ją śmiechem, gdyby zobaczył ją w takim wydaniu.
Problemem co prawda mogły być zamknięte od środka na klucz drzwi do jej pokoju (bo Dommy nie była aż tak głupia, żeby zostawiać je otwarte, kiedy była przebrana za syrenę z AliExpress), ale próba kontaktu i tak była jedynym sposobem na to, żeby się stąd wydostać.
Alvin Fontaine
Ten pomysł był pojebany nawet dla Dommy.
Dziewczyna biła się ze sobą z myślami przez długi czas, podbiła nawet stawkę dla wykonania, ale dla niego pieniądze nie były problemem. Dla Drummond były. Tak jak problemem było założenie na siebie tego wdzianka. I zaprezentowanie się w nim w odpowiednim wydaniu.
Przez kilka minut przykładała biustonosz z muszli do klatki piersiowej przez koszulkę. Zagryzając z niezadowoleniem dolną wargę wiedziała, że to był pojebany pomysł i że nie powinna tego robić. Ale pieniądze były kuszące. A Dommy potrzebowała pieniędzy na gwałt, choć ta metafora była aż nazbyt dobitna w jej przypadku. Potrzebowała pieniędzy i kropka. Więc dziesięć minut później była już gotowa. Zażenowana samą sobą, ale gotowa.
W fioletowym biustonoszu z muszelek, jaki nosiła Ariel. Z fioletowym ogonem na nogach. W peruce z lokami do pasa, w kolorze u skóry głowy akwamaryny przechodzącej w fiolet na końcówkach. Leżąc na satynowej pościeli z motywem morskiej piany. Z nadgarstkami przypiętymi do zagłówka łóżka kajdankami. Nie byle jakimi kajdankami. Kajdankami z motywem… krabowych szczypiec.
Kiedy jakimś cudem, po kilkunastu minutach akrobacji i podpierania się poduszkami, zatrzasnęła na drugim nadgarstku krabową obręcz kajdanek (pierwszą zamknąwszy w nich z łatwością drugą ręką), zdała sobie sprawę, że nie włączyła nagrywania. Chciała wyszarpnąć rękę z okropnych bransolet, kiedy dotarło do niej, że… nie da rady. Kluczyki co prawda leżały gdzieś w bałaganie, ale i tak do ich użycia potrzebowała przynajmniej jednej ręki wolnej. Nie miała żadnej. A nogi miała zaplątane w tani, poliestrowy ogon, który zaklinował się na wysokości bioder i nie było szansy na zsunięcie go pod wpływem siły tarcia.
Nie, nie, nie, tylko nie to! Jęknęła w duchu na skraju płaczu. Zaczęła wierzgać nogo-ogonem, żeby się wydostać. Szarpała rękami, aż na nadgarstkach porobiły jej się otarcia, ale bez skutku. Szczypce dalej trzymały się na swoich miejscach. Ani myślały puścić!
Nie miała pojęcia, ile czasu tak biła się sama ze sobą, kiedy usłyszała na korytarzu brzdęk przekręcanego w zamku klucza i skrzypienie podłogi oznaczające, że któryś ze współlokatorów wrócił do domu.
W pierwszej chwili Dommy przeklęła w duchu. Specjalnie wybrała taki czas na ten performance, żeby nikogo nie było w mieszkaniu. A z drugiej to była jej jedyna opcja uwolnienia się. Nawet jeśli jej duma nigdy później nie pozwoliłaby spojrzeć współlokatorom w oczy.
– Halo! Sylvie? To ty? – zawołała błagalnie w nadziei, że nie natknie się na Alvina. Sylvie jeszcze mogłaby to jakoś wyjaśnić, ale Fontaine zabiłby ją śmiechem, gdyby zobaczył ją w takim wydaniu.
Problemem co prawda mogły być zamknięte od środka na klucz drzwi do jej pokoju (bo Dommy nie była aż tak głupia, żeby zostawiać je otwarte, kiedy była przebrana za syrenę z AliExpress), ale próba kontaktu i tak była jedynym sposobem na to, żeby się stąd wydostać.
Alvin Fontaine