could it have happened differently?
: ndz sie 09, 2026 10:41 pm
maj 2025, Cottonwood Whitby yyy Toronto? na pewno gdzieś w innym wymiarze
Nigdy nie spodziewała się, że nie tylko zatrudni się na policji – dostanie etat, umowę o pracę i nawet jakieś benefity, niegdyś totalnie abstrakcyjne pojęcia – ale i spodoba jej się ta praca. Że sama, z własnej woli, będzie spędzać długie wieczory na komisariacie, grzebiąc w dokumentach i zdjęciach spraw, w które miała być implikowana jedynie jako biegła, specjalistka od przegrzebywania w większości zwyczajnie nudnych zawartości dysków, komputerów, profili społecznościowych i komentarzy. W krótkim czasie zdążyła zrazić do siebie już kilku detektywów, nie potrafiąc nie wychylać nosa ze swoimi teoriami na temat ich śledztw. Nie mogła się powstrzymać. Lubiła łamigłówki, a te, które mogła rozwiązać przy własnym biurku, zwyczajnie jej nie zaspokajały.
Dlatego już po pierwszym miesiącu pracy znalazła w archiwum pudło z nierozwiązanymi morderstwami. Ot – ciekawa lektura. Wiele uczyła się o pracy na policji, wsadzając nos w nie swoje sprawy.
Jeden z folderów oczywiście szczególnie przyciągnął jej uwagę. Helena miała swój typ. Ofiara była kobietą, Jane Doe. Pozostało po niej zbyt niewiele, by rozszyfrować jej tożsamość i po trzech latach trafiła na tył archiwum. Może to w sinej twarzy na fotografii było coś znajomego? Albo to coś innego...
Nie potrafiła stwierdzić, dlaczego akurat ten ukradła. I co ją do tego podkusiło, żeby przemycać go między papierami z aktualnie trwających śledztw na swoje biurko. Miał czekać do później, kiedy spora część pracowników pójdzie do domu, a przez klitkę, w której pracowała, przestanie przewijać się aż tyle osób, które sądziło, że stanie nad jej głową przyspieszy pracę Heleny.
Oprócz tego – dzień jak codzień. Sterta papierów, którą zminimalizowała z samego rana, z godziny na godzinę rośnie. Peregrine udaje się znów opanować ją w trakcie lunchu, który przeskakuje z przyzwyczajenia; tylko na chwilę, bo do popołudnia wieża rzuca długi cień na biurko Peregrine. Najwyraźniej bez niej żaden dział nie mógł funkcjonować – szkoda, że nikt nie pomyślał o zatrudnieniu kogoś jeszcze...
Helena z westchnieniem wystukuje kolejne linijki tego samego kodu, by odzyskać dane z czyjegoś roztrzaskanego łomem telefonu – niedokładnie wykonana robota. Wciska enter i bierze swój kubek, by uzupełnić w wodopoju zapasy kofeiny. Jest nawet zaskoczona, że to już ta godzina, w której fluorescencyjne lampy na korytarzu są zgaszone; monotonny dzień wydawał się trwać w nieskończoność. Długi hol jest poprzetykany gdzieniegdzie poświatą pochodzącą od tych, którzy tak jak Peregrine, nie mogą uwolnić się od spraw.
Takich jak na przykład Evina Swanson. Nie pierwszy raz spotyka ją o tej porze. Kobieta akurat przechodzi korytarzem, więc Helena kiwa kurtuazyjnie, na chwilę zawieszając na niej spojrzenie. Ma iść dalej, ale przypomina jej się, że ma okazję uczynić swoją wieżę nieco niższą.
— Hej, Swanson — rzuca, by ją zatrzymać. Może to późna pora i kofeinowy zjazd, bo nigdy wcześniej nie powiedziała do niej po nazwisku, bez dodawania formalnej "detektyw". Nie poprawia się jednak. — Mam dane z tych dwóch laptopów, masz sekundę? — Zanim nawet usłyszy odpowiedź, cofa się do swojego pokoju, by – głupio i w pośpiechu – próbować jedną ręką wysunąć teczkę przygniecioną trzema innymi. Przez całe trzy sekundy sądzi, że jej się udało, ale...
Papier sypie się kaskadą. Mina Peregrine na chwilę rzednie, zanim nie przybiera posągowego wyrazu. Podaje trzymaną w dłoni teczkę detektywce.
Evina J. Swanson
Nigdy nie spodziewała się, że nie tylko zatrudni się na policji – dostanie etat, umowę o pracę i nawet jakieś benefity, niegdyś totalnie abstrakcyjne pojęcia – ale i spodoba jej się ta praca. Że sama, z własnej woli, będzie spędzać długie wieczory na komisariacie, grzebiąc w dokumentach i zdjęciach spraw, w które miała być implikowana jedynie jako biegła, specjalistka od przegrzebywania w większości zwyczajnie nudnych zawartości dysków, komputerów, profili społecznościowych i komentarzy. W krótkim czasie zdążyła zrazić do siebie już kilku detektywów, nie potrafiąc nie wychylać nosa ze swoimi teoriami na temat ich śledztw. Nie mogła się powstrzymać. Lubiła łamigłówki, a te, które mogła rozwiązać przy własnym biurku, zwyczajnie jej nie zaspokajały.
Dlatego już po pierwszym miesiącu pracy znalazła w archiwum pudło z nierozwiązanymi morderstwami. Ot – ciekawa lektura. Wiele uczyła się o pracy na policji, wsadzając nos w nie swoje sprawy.
Jeden z folderów oczywiście szczególnie przyciągnął jej uwagę. Helena miała swój typ. Ofiara była kobietą, Jane Doe. Pozostało po niej zbyt niewiele, by rozszyfrować jej tożsamość i po trzech latach trafiła na tył archiwum. Może to w sinej twarzy na fotografii było coś znajomego? Albo to coś innego...
Nie potrafiła stwierdzić, dlaczego akurat ten ukradła. I co ją do tego podkusiło, żeby przemycać go między papierami z aktualnie trwających śledztw na swoje biurko. Miał czekać do później, kiedy spora część pracowników pójdzie do domu, a przez klitkę, w której pracowała, przestanie przewijać się aż tyle osób, które sądziło, że stanie nad jej głową przyspieszy pracę Heleny.
Oprócz tego – dzień jak codzień. Sterta papierów, którą zminimalizowała z samego rana, z godziny na godzinę rośnie. Peregrine udaje się znów opanować ją w trakcie lunchu, który przeskakuje z przyzwyczajenia; tylko na chwilę, bo do popołudnia wieża rzuca długi cień na biurko Peregrine. Najwyraźniej bez niej żaden dział nie mógł funkcjonować – szkoda, że nikt nie pomyślał o zatrudnieniu kogoś jeszcze...
Helena z westchnieniem wystukuje kolejne linijki tego samego kodu, by odzyskać dane z czyjegoś roztrzaskanego łomem telefonu – niedokładnie wykonana robota. Wciska enter i bierze swój kubek, by uzupełnić w wodopoju zapasy kofeiny. Jest nawet zaskoczona, że to już ta godzina, w której fluorescencyjne lampy na korytarzu są zgaszone; monotonny dzień wydawał się trwać w nieskończoność. Długi hol jest poprzetykany gdzieniegdzie poświatą pochodzącą od tych, którzy tak jak Peregrine, nie mogą uwolnić się od spraw.
Takich jak na przykład Evina Swanson. Nie pierwszy raz spotyka ją o tej porze. Kobieta akurat przechodzi korytarzem, więc Helena kiwa kurtuazyjnie, na chwilę zawieszając na niej spojrzenie. Ma iść dalej, ale przypomina jej się, że ma okazję uczynić swoją wieżę nieco niższą.
— Hej, Swanson — rzuca, by ją zatrzymać. Może to późna pora i kofeinowy zjazd, bo nigdy wcześniej nie powiedziała do niej po nazwisku, bez dodawania formalnej "detektyw". Nie poprawia się jednak. — Mam dane z tych dwóch laptopów, masz sekundę? — Zanim nawet usłyszy odpowiedź, cofa się do swojego pokoju, by – głupio i w pośpiechu – próbować jedną ręką wysunąć teczkę przygniecioną trzema innymi. Przez całe trzy sekundy sądzi, że jej się udało, ale...
Papier sypie się kaskadą. Mina Peregrine na chwilę rzednie, zanim nie przybiera posągowego wyrazu. Podaje trzymaną w dłoni teczkę detektywce.
Evina J. Swanson