night without brakes
: pn sie 10, 2026 2:09 pm
012
night without brakes
Głowę rozwalał mu kompletny mętlik. Emocje zbierały się w nim od dni, a ten wieczór miał być po prostu odskocznią. Najbardziej dobiło go przypadkowe spotkanie z Audrey. Chociaż wielkie uczucie dawno zgasło i doskonale wiedział, że stało się tak wyłącznie z jego winy, przez jego głupotę i olewackie podejście, to nadal była dla niego cholernie ważną osobą. Nie myślał już o wracaniu do siebie, ale chciałby mieć w niej chociaż przyjaciółkę, kogoś, komu mógłby bez ściemy powiedzieć, co u niego słychać. Audrey dała mu jednak wyraźnie do zrozumienia, że nie ma tak łatwo i na wybaczenie trzeba sobie zapracować. Powiedziała wprost, że potrzebuje czasu i musi się w ogóle zastanowić, czy chce go jeszcze mieć w swoim życiu w jakiejkolwiek roli. Dla Noaha to był jak strzał w pysk, bo zdał sobie sprawę, że stracił ostatnią osobę, na której naprawdę mu zależało.
Jakby tego wszystkiego było mało, niedawno na jego drodze pojawiła się nowa laska. Wpadła mu w oko od razu, ładna, bystra, wygadana. Problem w tym, że od pierwszego momentu traktowała go z góry. Dawała mu odczuć na każdym kroku, że jest dla niej kogoś gorszego sortu, jakby był jakimś gówniarzem albo kimś z niższej półki, z kim nie warto tracić czasu. Każda próba kontaktu z nią kończyła się tak samo: czuł się olewany albo wyśmiewany. To uderzyło w jego i tak mocno poturbowane ego. Z jednej strony czuł wstyd i poczucie winy przez Audrey, z drugiej strony narastała w nim złość i frustracja przez tę nową dziewczynę, która robiła z niego kompletne zero.
Wszystkie te sprawy skumulowały się w nim do takiego stopnia, że czuł ciężar w klatce piersiowej. Złość na samego siebie, bezsilność i poczucie, że wszystko wokół niego się sypie, doprowadziły go na skraj. Nie był typem faceta, który idzie na terapię albo wypłakuje się komuś w rękaw. Znał tylko jeden sprawdzony sposób na reset i odreagowanie tak mocnego stresu: po prostu się zalać. Chciał wyłączyć myślenie, zatrzeć obraz Audrey i zapomnieć o głupich uśmieszkach Cassie.
Podszedł do baru, przepchnął się przez tłum i zaczął zamawiać. Najpierw wódka na szybkie przełamanie pierwszych oporów, a chwilę później kolejne shoty. Nie patrzył ani na cenę, ani na to, co ze sobą miesza. Pijąc, czuł, jak alkohol spływa mu przez gardło, a z każdym kolejnym kieliszkiem napięcie powoli opada. Z każdym wypitym drinkiem świat wokół zaczynał tracić ostre krawędzie. Muzyka waliła tak głośno, że aż wibrowała mu podłoga pod stopami, ale dla niego to było idealne tło.
Stał oparty o blat baru, trzymając w łapie kolejną szklankę. Było mu już wszystko jedno, co wydarzy się jutro, jak bardzo będzie cierpiał rano. Liczyło się tylko to, co tu i teraz. W pewnym momencie, gdy obrócił się w stronę parkietu, żeby złapać pion i zorientować się w sytuacji, jego wzrok zatrzymał się na kolesiu stojącym parę kroków dalej przy barze. Noah zamrugał parę razy, próbując wyostrzyć wzrok. Koleś zamawiał właśnie kolejną kolejkę i śmiał się do barmana w charakterystyczny sposób. Od razu go poznał, mimo że nie widzieli się szmat czasu. To był Dante. Koleś, z którym jeszcze w czasach liceum potrafił przetrwać najbardziej hardkorowe meliny, opuszczać lekcje i chlać najtańszy alkohol po bramach aż do nieprzytomności. Widok starego kumpla od wspólnego staczania się na dno był w tym momencie dokładnie tym, czego nieświadomie potrzebował. Podbił do niego od tyłu, chwiejąc się lekko na nogach i bez patyczkowania się walnął go mocno w ramię, żeby zwrócić na siebie uwagę.
- Dante?! No nie wierzę! - rzucił głośno, próbując przekrzyczeć basy walące z głośników. Wyszczerzył pysk w pijackim uśmiechu, rozłożył szeroko ręce i zamachał szklanką, z której prawie wylał resztkę alkoholu. - Nic się nie zmieniłeś, ziomek! - ryknął, po czym oparł się ramieniem o jego bark, mocno go ściskając.
Dante Levasseur