No 678. An Unnecessary Morning
: pn sie 10, 2026 9:07 pm
Edward nie zamierzał niczego kupować. To było ważne założenie i przypominał je sobie po raz trzeci, stojąc przed niewielkim olejem na płótnie, którego cena wywoławcza wystarczyłaby zapewne na zakup bardzo przyzwoitego samochodu. Być może dwóch. Edward nie znał się na samochodach na tyle dobrze, żeby dokonać dokładniejszego porównania.
Z obrazami było inaczej. Na nich znał się doskonale.
Preview przed aukcją miało trwać jeszcze godzinę. W salach zrobiło się już luźniej. Zostali tylko ci, którzy naprawdę zastanawiali się nad zakupem, oraz ci, którzy lubili przebywać w pobliżu rzeczy, na które ich nie stać. Edward nie widział w tym niczego złego. Sam lubił chodzić po muzeach i przyglądać się przedmiotom, których nigdy nie mógłby posiadać. Własność psuła czasem przyjemność oglądania. Człowiek zaczynał zastanawiać się, czy obraz wisi prosto, czy światło mu nie szkodzi, czy ubezpieczenie obejmuje pożar. W muzeum można było po prostu patrzeć.
Ten tutaj przedstawiał mężczyznę siedzącego na brzegu łóżka. Nic szczególnego. Plecy, kawałek białego prześcieradła, jedna stopa oparta o podłogę. Twarzy prawie nie było widać. Edward wracał do niego już trzeci raz.
- Nie - powiedział cicho. W zasadzie mruknął gburowato pod nosem. Starsza kobieta stojąca obok spojrzała na niego z zaciekawieniem.
- Nie do pani - wyjaśnił. Kobieta uśmiechnęła się uprzejmie i odeszła. Chłopak wyjął telefon. Zrobił zdjęcie numeru katalogowego. Nie oznaczało to jeszcze niczego. Miał w telefonie setki zdjęć numerów katalogowych przedmiotów, których nie kupił. Co prawda miał też niepokojąco dużo przedmiotów, których numery katalogowe wcześniej fotografował, ale nie widział powodu, żeby łączyć te dwie rzeczy. Schował telefon do kieszeni kurtki.
Tego dnia wyglądał raczej tak, jakby znalazł się tutaj przypadkiem. Wręcz nie pasował do towarzystwa. A może to był jego odwieczny problem? Miał na sobie stare jeansy (Levi’s, model 501, najlepszy!), szary T-shirt i brązową skórzaną kurtkę. Kiedyś musiała być znacznie ciemniejsza. Teraz na łokciach, przy kieszeniach i wzdłuż szwów skóra była wytarta i jaśniejsza, a powlekane nią guziki nosiły drobne ślady po latach zapinania i odpinania. Jeden był przyszyty nicią w nieco innym odcieniu brązu. Edward wiedział o tym, ponieważ sam przyszył go kilka lat wcześniej w hotelu w Paryżu. Zajęło mu to czterdzieści minut i kosztowało sporo przekleństw. Nie wymieniłby tej kurtki na nową. Nigdy!
Przy wyjściu wziął katalog. Tego również nie należało traktować jako deklaracji. Dopiero za drzwiami odkrył, że pada. Nie ten drobny deszcz, który można zignorować przez kilka przecznic, tylko ciężki, letni deszcz, od którego chodnik zdążył zrobić się niemal czarny. Woda spływała wzdłuż krawężników. Ludzie stali pod markizą domu aukcyjnego, czekając na podstawiane samochody i taksówki. Co chwilę otwierał się kolejny parasol.
Edward parasola nie miał. Nigdy nie miał. Nie był nawet pewien czy w domu jakikolwiek parasol był obecny? Od lat utrzymywał, że Anglicy są odporni na deszcz. Powtarzał to z takim przekonaniem, że sam zaczął chyba w to wierzyć.
Przeprosił parę osób, kogoś szturchnął łokciem. Wyszedł na ulice. Przez pierwsze kilkadziesiąt metrów rzeczywiście nie było źle.
Potem było.
Deszcz szybko przedostał się przez T-shirt na ramionach. Jeansy zrobiły się cięższe, a skórzana kurtka ciemniała dużymi, nieregularnymi plamami. Katalog schował pod nią. Obrazom, nawet reprodukowanym na kredowym papierze, należał się pewien szacunek.
Szedł dalej. Niczym żelazny wyspiarz. Po dwóch przecznicach woda zaczęła ściekać mu za kołnierz. Okropne uczucie!
- Kurwa -powiedział bez większego przekonania. Skapitulował. Poddał się i schował się pod pierwszą napotkaną markizą. Przeczesał dłonią włosy, odgarniając je z twarzy. Niewiele to dało. Były mokre, ciemniejsze niż zwykle i posklejane w nierówne pasma. Kilka przykleiło mu się do czoła, inne zawijały się przy uszach. Z końcówek kapała jeszcze woda, spływała po karku i znikała pod koszulką. Przetarł twarz rękawem. Popatrzył na deszcz.
Toronto w deszczu wydawało mu się dziwnie obce. Od kilku miesięcy mieszkał tutaj, znał już restauracje, kilka galerii, skróty między ulicami, wiedział, gdzie kupować papierosy i gdzie robią kawę, której da się napić. To jednak nie wystarczało. Miasto można znać na pamięć i wciąż nie mieć pewności, czy się w nim mieszka, czy tylko przedłuża pobyt.
[akapit]Spojrzał na katalog wystający spod kurtki. Pomyślał o mężczyźnie siedzącym na brzegu łóżka. Właściwie wiedział już, gdzie go powiesi. To komplikowało sprawę. Czyżby zatęsknił?
Dorian Hawthorne
Z obrazami było inaczej. Na nich znał się doskonale.
Preview przed aukcją miało trwać jeszcze godzinę. W salach zrobiło się już luźniej. Zostali tylko ci, którzy naprawdę zastanawiali się nad zakupem, oraz ci, którzy lubili przebywać w pobliżu rzeczy, na które ich nie stać. Edward nie widział w tym niczego złego. Sam lubił chodzić po muzeach i przyglądać się przedmiotom, których nigdy nie mógłby posiadać. Własność psuła czasem przyjemność oglądania. Człowiek zaczynał zastanawiać się, czy obraz wisi prosto, czy światło mu nie szkodzi, czy ubezpieczenie obejmuje pożar. W muzeum można było po prostu patrzeć.
Ten tutaj przedstawiał mężczyznę siedzącego na brzegu łóżka. Nic szczególnego. Plecy, kawałek białego prześcieradła, jedna stopa oparta o podłogę. Twarzy prawie nie było widać. Edward wracał do niego już trzeci raz.
- Nie - powiedział cicho. W zasadzie mruknął gburowato pod nosem. Starsza kobieta stojąca obok spojrzała na niego z zaciekawieniem.
- Nie do pani - wyjaśnił. Kobieta uśmiechnęła się uprzejmie i odeszła. Chłopak wyjął telefon. Zrobił zdjęcie numeru katalogowego. Nie oznaczało to jeszcze niczego. Miał w telefonie setki zdjęć numerów katalogowych przedmiotów, których nie kupił. Co prawda miał też niepokojąco dużo przedmiotów, których numery katalogowe wcześniej fotografował, ale nie widział powodu, żeby łączyć te dwie rzeczy. Schował telefon do kieszeni kurtki.
Tego dnia wyglądał raczej tak, jakby znalazł się tutaj przypadkiem. Wręcz nie pasował do towarzystwa. A może to był jego odwieczny problem? Miał na sobie stare jeansy (Levi’s, model 501, najlepszy!), szary T-shirt i brązową skórzaną kurtkę. Kiedyś musiała być znacznie ciemniejsza. Teraz na łokciach, przy kieszeniach i wzdłuż szwów skóra była wytarta i jaśniejsza, a powlekane nią guziki nosiły drobne ślady po latach zapinania i odpinania. Jeden był przyszyty nicią w nieco innym odcieniu brązu. Edward wiedział o tym, ponieważ sam przyszył go kilka lat wcześniej w hotelu w Paryżu. Zajęło mu to czterdzieści minut i kosztowało sporo przekleństw. Nie wymieniłby tej kurtki na nową. Nigdy!
Przy wyjściu wziął katalog. Tego również nie należało traktować jako deklaracji. Dopiero za drzwiami odkrył, że pada. Nie ten drobny deszcz, który można zignorować przez kilka przecznic, tylko ciężki, letni deszcz, od którego chodnik zdążył zrobić się niemal czarny. Woda spływała wzdłuż krawężników. Ludzie stali pod markizą domu aukcyjnego, czekając na podstawiane samochody i taksówki. Co chwilę otwierał się kolejny parasol.
Edward parasola nie miał. Nigdy nie miał. Nie był nawet pewien czy w domu jakikolwiek parasol był obecny? Od lat utrzymywał, że Anglicy są odporni na deszcz. Powtarzał to z takim przekonaniem, że sam zaczął chyba w to wierzyć.
Przeprosił parę osób, kogoś szturchnął łokciem. Wyszedł na ulice. Przez pierwsze kilkadziesiąt metrów rzeczywiście nie było źle.
Potem było.
Deszcz szybko przedostał się przez T-shirt na ramionach. Jeansy zrobiły się cięższe, a skórzana kurtka ciemniała dużymi, nieregularnymi plamami. Katalog schował pod nią. Obrazom, nawet reprodukowanym na kredowym papierze, należał się pewien szacunek.
Szedł dalej. Niczym żelazny wyspiarz. Po dwóch przecznicach woda zaczęła ściekać mu za kołnierz. Okropne uczucie!
- Kurwa -powiedział bez większego przekonania. Skapitulował. Poddał się i schował się pod pierwszą napotkaną markizą. Przeczesał dłonią włosy, odgarniając je z twarzy. Niewiele to dało. Były mokre, ciemniejsze niż zwykle i posklejane w nierówne pasma. Kilka przykleiło mu się do czoła, inne zawijały się przy uszach. Z końcówek kapała jeszcze woda, spływała po karku i znikała pod koszulką. Przetarł twarz rękawem. Popatrzył na deszcz.
Toronto w deszczu wydawało mu się dziwnie obce. Od kilku miesięcy mieszkał tutaj, znał już restauracje, kilka galerii, skróty między ulicami, wiedział, gdzie kupować papierosy i gdzie robią kawę, której da się napić. To jednak nie wystarczało. Miasto można znać na pamięć i wciąż nie mieć pewności, czy się w nim mieszka, czy tylko przedłuża pobyt.
[akapit]Spojrzał na katalog wystający spod kurtki. Pomyślał o mężczyźnie siedzącym na brzegu łóżka. Właściwie wiedział już, gdzie go powiesi. To komplikowało sprawę. Czyżby zatęsknił?
Dorian Hawthorne