Strona 1 z 1

Life is full of surprises

: wt sie 11, 2026 6:22 pm
autor: Marco Moretti
003.

To był ten dzień.
Wyjście z więzienia było najlepszym dniem w jego życiu, posmakowanie znowu tej słodkiej wolności powodowała, że czuł jakby odżywał na nowo. Miał na ciele parę siniaków po walkach za murami więzienia, które organizowały klawisze dla własnej rozgrywki, większość z nich wygrywał dzięki swoim umiejętnością w boksie i walce wręcz, ale czasami po prostu się podkładał na prośbę jakiegoś klawisza, żeby zyskać jeszcze więcej.
To był też dzień w którym miał poznać swojego kuratora. Niestety, ale wyjście na wolność wiązała się z tym, że miał być pod ścisłym nadzorem, poszedł na tę ugodę bo nie chciał spędzić ani jednego dnia więcej w tym okropnym miejscu, a zemsta, którą przez tych pięć lat planował miała być jeszcze słodsza. Wysiadł ze swojego auta parkując go niedaleko budynku w którym miał umówione spotkanie, żeby poznać swojego kuratora i westchnął lekko przekraczając próg. Powolnym krokiem skierował się najpierw w stronę recepcji za którą siedziała urodziwa szatynka, oparł się o bar i uśmiechnął do niej lekko mówiąc, że był umówiony, ta odprawiła go z trzepotaniem rzęs do windy na odpowiednie piętro.
Dojście tam niesamowicie mu się dłużyło, ale znalazł odpowiednie drzwi, które pchnął lekko bez pukania, jakby wchodził do własnego mieszkania, a nie do biura na spotkanie. Zauważył blondynkę, która przebywała w pomieszczeniu, a Marco nigdy by nie przyszło do głowy, że to mogłaby być jego kuratorka, leniwy uśmiech pojawił się na jego ustach gdy zamknął za sobą drzwi zsuwając ze swoich oczu okulary przeciwsłoneczne na czoło.
- Witam, byłem umówiony na spotkanie, ale chyba jeszcze go nie ma - obrzucił spojrzeniem najpierw uważnie dziewczynę, od stóp do głów, a potem lokum uznając, że było tutaj nawet… przytulnie.
Zajął miejsce na fotelu z którego miał dobry widok na panoramę miasta, kładąc jedną nogę na drugą tak, że kostkę opierał o swoje kolano i wbił spojrzenie przed siebie.
- Można kawy?
Nikt nie mówił, że Marco był dobrze wychowany, raczej na pierwszy rzut oka był po prostu… sobą, człowiekiem chamskim i gburowatym, któremu daleko było do ideału. I przede wszystkim nie wiedział, że ta blondynka, która była w tym pomieszczeniu to nie jakaś sekretarka tylko jego kuratorka.
Ale tego miał się dowiedzieć za chwilę.

Vivienne Adler

Life is full of surprises

: śr sie 12, 2026 9:34 am
autor: Vivienne Adler
∙ 001 ∙
To nie był wyjątkowy dzień.
Vivienne siedziała w biurze od siódmej piętnaście i dzień teoretycznie miała wypełniony spotkaniami po brzegi. W praktyce? W praktyce nie zjawiła się zdecydowana większość, a z tej większości może połowa uprzedziła, że nie zdąży.
Nie zdąży.
To była ich ulubiona wymówka. Wymówka, którą dziennie słyszała lub czytała przynajmniej naście razy.
Powody d l a c z e g o ktoś nie zdąży były za to najróżniejsze. Często absurdalne, nierzadko komiczne. Takie, jakich nie powstydziłoby się dziecko z podstawówki. I gdyby nie to, że pracowała z bądź co bądź dorosłymi ludźmi — i to ludźmi po odsiedzeniu kary pozbawienia wolności — może by uznała, że faktycznie ma do czynienia z dziećmi.
Mówili jej, że przywyknie. Że to kwestia czasu i zrozumie, że oni są niereformowalni i nie ma co się nad nimi tak spinać. Ale Vivienne nie umiała się nie spinać. Była tu nowa, wciąż nie zagrzała swojego stołka na dobre i raz, że chciała się wykazać, to dwa — zwyczajnie jej z a l e ż a ł o. Starsi stażem patrzyli na nią z pobłażaniem. Niektórzy z politowaniem. Niektórzy chyba wspominali swoje pierwsze tygodnie pracy i łezka kręciła im się w oku. Ci, którzy się przez lata nie zrazili i wciąż płonęli jasno, łapali za telefony i wychodzili z biura, goniąc za swoimi podopiecznymi.
Też powinna była tak zrobić. Powinna była wstać i przyciągnąć jednego z drugim za fraki, nie zważając na ich sprzeciwy. Powinna była przyjść prosto pod ich drzwi i nakryć ich na bezczelnym, perfidnym kłamstwie.
Ale jej nie było w o l n o. Jeszcze nie.
Siedziała zatem i odbierała co rusz kolejne wymówki. Słuchała, czytała, wzdychała, uzupełniała rubrykę w dokumentach i otwierała kolejne akta.
Akurat stała przy oknie z teczką w rękach zaadresowaną M. Moretti, kiedy drzwi do biura otworzyły się i ktoś przeszedł przez próg. Stała do nich tyłem, a brak pukania powinien był wzbudzić jej czujność. Nie wzbudził. W pierwszej chwili wzięła wchodzącego za kogoś ze współpracowników, ale wystarczyło tylko się odwrócić, żeby czar prysł.
To nie był nikt, kto pracował w sądzie. To nie był nawet nikt, komu by pozwolono pracować w sądzie.
Zero pukania. Zero przepraszam, czy można?
Nie odzywała się, uważnie go obserwując, śledząc niebieskim spojrzeniem każdy jego ruch. Leniwy uśmiech, zsuwanie z oczu okularów, powitanie, przyglądanie się jej, siadanie, ewidentnie nie łączenie kropek. Albo ignorancja. Obie tak samo beznadziejne.
Powoli się odwróciła i odłożyła akta na biurko. Marco Moretti. Federalni. Zorganizowana przestępczość kryminalna. Pięć lat.
T y l k o pięć lat.
I skoro tak chciał grać w tę grę, to kim była, żeby odmawiać?
Rozumiem — odezwała się spokojnie. Zupełnie, jakby była sekretarką, nikim więcej. Nie poprawiała go, ale też nie ciągnęła wątku nieobecności kuratora. Ani tego, że uznał, że kurator będzie mężczyzną. — Spotkanie powinno niedługo się zacząć, proszę się rozgościć.
Rozgościć. Tak, jakby już tego nie zrobił, wchodząc tu, jak do siebie i rozwalając się na fotelu, jak u siebie.
Vivienne sięgnęła po telefon i udawała, że sprawdza coś w kalendarzu. Właściwie patrzyła na niego kątem oka i liczyła. Jeden, dwa, trzy. Cztery, pięć. Sześć. Siedem. Osiem. Dzie...
Można kawy?
Kawy.
Poczuła, jak coś w niej wzbiera. Nie złość, nie do końca, ale coś zdecydowanie pomiędzy rozbawieniem a lekkim zirytowaniem. Musiała mu jednak oddać to, że był konsekwentny w swojej arogancji i to było lepsze, niż wszyscy ci, którzy kłaniali się nisko przy wejściu, a potem robią pod górkę z każdym kolejnym spotkaniem.
Oczywiście— odpowiedziała, już przechodząc leniwym krokiem w stronę blatów pod ścianą, gdzie stał ekspres. Nie upewniała się, że jest w nim woda, dosypane ziarna i opróżniona tacka, bo zdążyła to zrobić w ciągu dnia. Odpaliła maszynę i zerknęła na mężczyznę przez ramię. — Czarna?
Była iście ciekawa, ile zajmie mu zorientowanie się, że w tym pomieszczeniu nie ma przecież drugiego biurka ani nawet drzwi prowadzących do ewentualnie kolejnego gabinetu. Że na biurku, przy którym usiadł, stała tabliczka. Mała, pozłacana, z wybitymi i pociemnionymi literami.
Vivienne Adler.
Kurator sądowy.

Marco Moretti

Life is full of surprises

: śr sie 12, 2026 10:40 am
autor: Marco Moretti
Gdyby miał takie przyziemne problemy to inaczej patrzyłby na takiego rodzaju spotkania, tak naprawdę Marco przyszedł tutaj dla świętego spokoju, nie miał jakiegoś wyższego celu, ale warunkiem jego wolności był kurator, który miał sprawować nad nim pieczę. Inaczej zapewne olałby ten temat jak każdy inny i po prostu nie przejmowałby się tym, że ktoś mógłby wsadzić go za kratki, ale zdecydowanie cenił sobie wolność i te wszystkie przywileje z tego tytułu.
To dlatego siedział w tym cholernym fotelu i patrzył na kobietę, którą uznał za sekretarkę a nie kuratorkę. Rzadko kiedy w takim biznesie były kobiety, miały one zdecydowanie zbyt dobre serce dla takich zwyroli jak Moretti, podobno łobuz kochał najbardziej ale.. Czy to była prawda? Pomieszczenie wydawało mu się na pierwszy rzut oka nawet przytulne, ale z drugiej strony trochę zbyt m a ł e. Wolał bardziej otwarte przestrzenie przez które mknął na swoim Harleyu nie przejmując się jutrem. Dobrze, że nie widziała go tym wydaniu, w skórze, w kasku i z myślą, że tak naprawdę nic go nie interesuje w życiu oprócz niego i motor na którego wsiadał. To była chwila tylko i wyłącznie dla niego, gdy mógł pozbierać swoje myśli i nie przejmować się tym co przyniesie kolejny dzień.
Trzy łyżeczki cukru — odpowiedział mechanicznie w jej stronę, ponownie zawieszając spojrzenie na panoramie za oknem, tak jakby dziewczyna tutaj była tylko i wyłącznie tłem do całej tej ekspozycji, która bardzo przypominała biuro jego ojca. Przesunął spojrzenie po ścianach, potem po biurku zastanawiając się czy było tak stabilne jak te…
Nie, nie powinien myśleć o tym co wyprawiał na podobnym biurku ze swoją ex, która wsadziła go za kratki, zdecydowanie to nie był ten moment ale… coś przykuło jego uwagę, a że miał prawie sokoli wzrok to dostrzegł napisy na tych cholernych plakietkach na biurku, które można by dostrzec nawet z drugiego końca świata.
Chyba w tym momencie ktoś robił sobie z niego żarty…
Przesunął spojrzenie z plakietki na dziewczynę i uniósł lekko jedną brew do góry.
Nie chcesz mi powiedzieć, że to właśnie Ty jesteś tym przydzielonym do mnie kuratorem… — na moment zamilkł unosząc wzrok do sufitu, a westchnienie wyrwało się z jego ust.
Kto go aż tak pokarał, że zesłał mu kobietę?
Może i ładną kobietę, ale nadal była to kobieta.
Odrząknął lekko, przechylając trochę głowę na bok, mrużąc drapieżnie oczy.
Zapewne wiesz kim jestem, a te akta na biurku to moje? — był z jednej strony ciekaw co takiego tam wypisali o nim, ale z drugiej strony… po co się tym przejmować? Dźwignął się z fotela robiąc w jej stronę parę kroków, powolnych tak jakby się świat nagle zatrzymał, spoglądając prosto w jej twarz, w niebieskie oczy. Na moment go zamurowało, ale zdezorientowanie odeszło o wiele szybciej niż przyszło.
Miała oczy kogoś kogo kiedyś znał.
Po prostu, nic nadzwyczajnego.

Więc.. omówimy warunki mojego nadzoru? Czy po prostu wypijemy kawę i rozejdziemy się w swoje strony? — dodał jeszcze po chwili, starając się nie wyglądać na kogoś, kto zakradł się do ledwo zapamiętanych wspomnień, do tego małego chłopca w bidulu, który miał tylko jedną przyjaciółkę, która chciała z nim rozmawiać. Po tych wszystkich latach nawet nie poznał jej imienia, nie wiedział czy ta znalazła dom czy doczekając się dorosłości poszła własną ścieżką.
Nie szukał jej bo bał się jednej rzeczy, bał się, że nie był tamtym małym chłopcem.

Vivienne Adler

Life is full of surprises

: śr sie 12, 2026 11:38 am
autor: Vivienne Adler
Biuro b y ł o przytulne. Zmiana jego wnętrza była pierwszym, co Vivienne zrobiła, gdy tylko jej je przydzielono na stałe. Wymieniła fotel, na którym teraz siedział Marco — wcześniej było to zwykłe krzesło biurowe, ani wygodne ani ładne — i przede wszystkim upchnęła tu miętowy szezlong. Sama. Ściany były jasno-beżowe, jej fotel skórzany i kremowy, fotel dla podopiecznego w podobnym odcieniu zgaszonej, pastelowej zieleni co szezlong pod ścianą. Biurko, szafki i regał z książkami były drewniane i ich nie zmieniała. Zmieniła za to ekspres, żeby kolorystycznie pasował do fotela i szezlonga. Na parapecie stały kwiatki w imitujących drewno doniczkach. Na oknie zawiesiła białe, długie do ziemi firanki, teraz spięte klamrami złoto-zielonymi. Musiała jeszcze ogarnąć mały puchaty dywan, ale to k i e d y ś.
Teraz i tak była na etapie szukania mniejszych elementów dekoracji. Ramek na obrazy, małych obrazów, plakatów. Więcej książek.
Nie była psychologiem, zdecydowanie nie, a jednak jej gabinet powoli zamieniał się w taki ze zwykłego urzędnika sądowego w coś, co niebezpiecznie zaczynało przypominać bezpieczną przestrzeń do wymiany zdań, poglądów, oczekiwań, pomysłów, problemów i trosk.
Ktoś powinien był ją powstrzymać.
Ale póki nikt tego nie robił, szła jak torpeda.
Trzy łyżeczki cukru — powtórzyła za nim, kiwając delikatnie głową. Jej spojrzenie pozostawało tak samo uprzejme i ciepłe, jak do tej pory, nie zdradzając rosnącej ciekawości, tego rozbawienia i wciąż tlącej się iskry irytacji. Sięgnęła do szafki pod ekspresem, wyciągnęła z niej dwie białe filiżanki i dwa pasujące talerzyki, po czym uruchomiła ekspres. Urządzenie syknęło, a tryb autoczyszczenia obmył je szybko przed użyciem. Kliknęła ikonkę średniej kawy, jak podstawiła pierwszą filiżankę. Stała do niego tyłem, niemniej zerkała na niego co chwilę, trochę z przezorności, trochę z własnej paranoi. Już się brutalnie nauczyła, żeby być gotową na wszystko.
Choć przecież, jakby chciał, to udusiłby ją jedną ręką albo złamał jej kark, zanim zdążyłaby krzyknąć po pomoc.
Zamiast ruchu z jego strony, poczuła tylko spojrzenie. Później usłyszała słowa i kącik jej ust drgnął sam z siebie. Kiedy wzniósł wzrok ku górze i westchnął, Vivienne uśmiechała się już pełną buzią. Mimowolnie zerknęła na akta na biurku, na niego i dopiero potem na filiżankę, do której dosypała trzy łyżeczki cukru i w której zaczęła mieszać małą, srebrną łyżeczką.
Twoje — przyznała, podnosząc talerzyk z kawą, gotowa mu ją podać. Ale Marco był szybszy. Podniósł się, a ona odruchowo cofnęła się o krok, wciskając tyłem w blat za nią. Momentalnie spojrzała w górę, ściskając przy tym brwi i mrużąc oczy, bynajmniej nie dając się podejść pierwszemu uczuciu, które w nią uderzyło. S t r a c h o w i.
Nie bała się go. Odmawiała sobie bania się go.
A to przychodziło jej naturalnie, bo i brat i później chłopak z sierocińca i później wszystkie te wyzwania rzucane przez ojca nauczyły ją jednego — że strach ma tylko wielkie oczy i najszybciej pokonuje się go stojąc twardo, dumnie, butnie. Odważnie.
Chciałbyś, co? — mruknęła, powoli się rozluźniając. Zmuszając ciało do rozluźnienia. Przełknęła ślinę i wyciągnęła w jego kierunku talerzyk z filiżanką; z kawą posłodzoną trzema łyżeczkami cukru. — Masz. Siadaj. Wypijemy kawę i omówimy warunki. Potem możemy się rozejść.
Odwróciła się tylko po to, żeby podłożyć drugą filiżankę i nastawić sobie kawę. Z mlekiem.
Na jakiś czas — dodała, ponownie zerkając na niego kątem oka, gdy ekspres pracował już w najlepsze.I tak na przyszłość, Marco. Następnym razem pukaj.
Odmawiała sobie też przyznania przed samą sobą, że znała jego oczy.

Marco Moretti

Life is full of surprises

: czw sie 13, 2026 6:42 pm
autor: Marco Moretti
Trzeba było przyznać, że w tym biurze była widoczna ręka kobiety, zdecydowanie nie było tak surowe jak biuro jego ojca w rodzinnym domu, który ograniczał się tylko do minimalistycznych rzeczy, żadna żywa istota w postaci kwiatów z pewnością by tam nie przetrwała bo żona Salvatore miała zakaz wchodzenia do tego pomieszczenia. Tylko mężczyzna mógł tam wejść, a Marco był tam częstym gościem słuchając z zapartym tchem lekcji ojca na temat rozpoznawania ludzi z którymi ma współpracować, albo których ma się pozbyć.
Niechętnie wracał wspomnieniami do tamtego okresu, bo rygor w domu był bardzo odczuwalny w przeciwieństwie do jego sióstr to Marco nie mógł zajmować się przyziemnymi rzeczami, musiał być zawsze gotowy do tego, że wyjeżdżał ze swoim ojcem w teren, chociażby na miejsce spotkania czy do firmy transportowej gdzie mieli dokonać transakcji. Teraz robił to na własną rękę, ojciec już dawno wąchał kwiatki od spodu i dopiero po jego śmierci Moretti odetchnął pełną piersią, ale ciążąca nad nim odpowiedzialność była wręcz namacalna.
Musiał na swoich barkach dźwigać cały interes.
Teraz miał jeszcze kuratorkę nad swoją głową, która będzie mu patrzyła na ręce… czy życie może być jeszcze bardziej zjebane?
Piszą tam coś ciekawego? Oprócz tego, że jestem cholernie przystojny — kącik jego ust drgnął lekko po tych słowach, od zawsze znał swoją wartość i wiedział co takiego znaczył w tym całym gangsterskim świecie, jednak nie sądził, że dożyje dnia gdy będzie skazany na młodą kobietę, zapewne nową w swoim fachu.
Nigdy nie był osobą, która chciała wzbudzać strach w kobietach, raczej respekt wśród współpracowników był czymś normalnym, ale strach? Był w stanie go wyczytać z oczu czy z reakcji ciała, ale Marco nigdy by nie skrzywdził kobiety umyślnie. Spiął się lekko na jej reakcję, ale nie dał po sobie poznać, że w jakikolwiek sposób go to ruszyło, nauczył się zachowywać kamienną twarz w taki sytuacjach, wziął od niej kawę bez słowa podziękowania, wycofując się i kierując na swoje miejsce, na wygodnym fotelu.
No dobrze, więc jakie są Twoje warunki, panno Adler? — zapytał po tym jak upił łyk czarnej, słodzonej kawy, tak jak lubił. Wbił w nią uważne spojrzenie prychnął lekko na przytyk o pukaniu wywracając teatralnie oczami.
Spróbuję pamiętać o pukaniu — nikt nie był człowiekiem idealnym, a jemu zdecydowanie było daleko od ideału, zwłaszcza, że dopiero co wyszedł z więzienia, jego patrzenie na świat po tym doświadczeniu była zgoła inne.
Oparł się wygodnie o oparcie fotela czekając na jej warunki, zastanawiając się przy okazji czy ma bardzo przejebane czy nie…
Cóż, czas pokaże czy współpraca z tą kobietą będzie jego katorgą czy zbawieniem.

Vivienne Adler