sunrise, sunburn, sunset, repeat.
: śr sie 12, 2026 11:12 am
002
Słoneczny poranek, zapach sosnowych igieł i spokój jeziora – tak dokładnie miał wyglądać jej urlop. Sophie planowała go od dobrych kilku miesięcy. Razem z przyjaciółką spędzały wieczory na przeglądaniu ofert, aż w końcu trafiły na idealny, drewniany domek położony z bezpośrednim widokiem na jezioro Ontario. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Miało być klasyczne nicnierobienie w kanadyjskiej głuszy: dużo gadania o wszystkim i o niczym, nadrabianie zaległości i pełen relaks na łonie natury. I wtedy, na jakieś dwa dni przed spakowaniem walizek, nastąpiły komplikacje. Przyjaciółka zadzwoniła z płaczem i przeprosinami na ustach. W jej rodzinie wydarzyło się coś niespodziewanego i musiala zrezygnować z wyjazdu. Sophie było jej żal i całkowicie to rozumiała, ale w głowie od razu odpalił jej się zadaniowy tryb. Rezerwacja domku była już opłacona i to niemałą sumą, bez opcji darmowej anulacji na czterdzieści osiem godzin przed terminem. Odwołanie wszystkiego i stracenie tylu pieniędzy byłoby kompletnym bezsensem. No i była jeszcze kwestia jej pracy, która wykańczała ją psychicznie. Jej rzeczywistość to ciągły bieg, ogarnianie kaprysów gości, rozwiązywanie problemów personelu i ciągle dzwoniący służbowy telefon... Zmęczenie sięgnęło zenitu. Czuła, że jeśli teraz nie odetnie się od tego wszystkiego, to zwariuje.Decyzja zapadła błyskawicznie: jedzie sama. Żadnego odwoływania. Zapakowała torbę, wrzuciła do niej trzy książki, kostium kąpielowy i wszystko co potrzebne na wakacyjny wyjazd. Dojazd na miejsce zajął jej trochę czasu, ale gdy tylko zobaczyła ten uroczy domek tuż nad brzegiem jeziora, nie żałowała tej decyzji.
Dzień zleciał jej spokojnie i leniwie. Rano wstała bez budzika, wyszła na taras w wyciągniętych dresach i wpatrywała się w taflę jeziora. Około południa przebrała się w strój kąpielowy, wzięła ręcznik, krem z filtrem oraz pierwszą z brzegu książkę i poszła ścieżką w dół, prosto na kamienistą plażę. Poczytała kilkadziesiąt stron, ale słońce tak przyjemnie grzało, że zmorzyła ją drzemka. Obudziła się po ponad godzinie, nieco oszołomiona, ale zrelaksowana. Gdy nadszedł wieczór, nalała sobie kieliszek białego wina, uzbroiła się w książkę i wyszła na taras. Siedziała tak przez dłuższą chwilę, popijając wino i powoli przewracając strony. W pewnym momencie podniosła wzrok i spojrzała w stronę sąsiedniej działki. Domy były położone blisko siebie, oddzielone jedynie niskim, drewnianym płotkiem, więc widoczność na sąsiedni taras była całkiem niezła.
Na leżaku przed sąsiednim domkiem siedział mężczyzna. Zauważyła go już wcześniej w ciągu dnia, ale teraz przyjrzała mu się dokładniej. On również wyglądał na kogoś, kto przyjechał tu sam. Nie było wokół niego zamieszania, nikogo innego na działce, muzyki czy rozmów. Sophie poczuła nagłe ukłucie ciekawości połączone z lekkim impulsem socjalnym. Cały dzień milczenia sprawił, że miała ochotę odezwać się do kogoś, chociaż na chwilę, tak bez zobowiązań. Odstawiła kieliszek, podniosła się z fotela i podeszła do krawędzi swojego tarasu, opierając się dłońmi o drewnianą barierkę.
- Cześć! Też ucieczka od cywilizacji czy też ktoś cię wystawił do wiatru i skończyłeś tu sam? - zawołała w jego stronę z lekkim uśmiechem.
James McCann