Strona 1 z 1

001.

: czw sie 13, 2026 11:28 pm
autor: Ginny Wheeler
001.
prudence lane


Kwadrans po czwartej. Zajęcia skończyły się ponad godzinę temu. Sala wykładowa była pusta, a korytarze powoli cichły. Jeszcze niedawno przewijały się nimi dziesiątki studentów, ktoś się spieszył, ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś zatrzymywał się przy automacie z kawą. Teraz zostało po nich tylko kilka kubków porzuconych na parapetach, pojedyncze kartki wsunięte pod drzwi i echo kroków odbijające się od ścian. Echem roznosił się również dźwięk mokrego mopa uderzającego co jakiś czas o podłogę.
Szur. Szur. Chlap.
Szur. Szur. Szur. Chlap.

Pan Wilson poruszał się energicznie, w swoim własnym rytmie, zupełnie nie przejmując się tym, że raz po raz wyrzucał z mopa wodę na boki. Nucił coś pod nosem, jak zwykle. Był jednym z tych ludzi, którzy nawet po kilkunastu latach pracy potrafili wykonywać tę samą czynność z takim skupieniem, jakby właśnie od niej zależało powodzenie całego świata.
W sali wykładowej, pochylona nad papierami, siedziała Jennifer Wheeler. Drobna sylwetka niemal ginęła za biurkiem. Ciemne, wyraziste brwi miała mocno ściągnięte, tworząc niemal jedną linię. Proste włosy opadały jej na bok, delikatnie zachodząc na twarz, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. Bez zastanowienia zgarnęła pasmo za ucho i wróciła do pisania.
Seminarium, które prowadziła, wymagało weryfikacji wiedzy w formie kontrolnego kolokwium. Miało być proste. Przynajmniej takie wydawało się jej, kiedy układała pytania. Nie wymagała przecież od studentów napisania rozprawy naukowej. Chciała tylko sprawdzić, czy po kilku tygodniach entomologii wiedzą coś więcej niż to, że owady mają sześć nóg.
Jedno z pytań brzmiało: „Wyjaśnij znaczenie metamorfozy zupełnej u owadów holometabolicznych i wskaż najważniejsze różnice pomiędzy larwą a osobnikiem dorosłym na przykładzie motyli.”
Jennifer przeczytała odpowiedź.
„Metamorfoza pozwala owadom zmieniać wygląd w trakcie dorastania. Larwa jest mała i nie ma skrzydeł, a dorosły owad jest większy i może latać. Jest to dobre dla owadów, ponieważ mogą żyć w różnych miejscach.”
Przez chwilę po prostu patrzyła na kartkę.
Potem przeczytała ją jeszcze raz. I jeszcze raz, jakby za trzecim razem miało nagle pojawić się tam coś, czego nie zauważyła wcześniej.
Nie pojawiło się.
Serio? – mruknęła pod nosem.
Oparła łokieć o blat i przetarła skroń. Bolała ją głowa. Od rana. Tępy, męczący ból, który po kilku godzinach pracy zdążył rozlać się gdzieś za oczami. Była zwyczajnie zmęczona, choć coraz częściej miała wrażenie, że zwyczajne zmęczenie dawno przestało być zwyczajne.
Skreśliła odpowiedź, wpisała ocenę i sięgnęła po następną kartkę. Nie miała nawet siły się złościć. Frustracja przyszła już wcześniej, przy trzeciej pracy, może czwartej. Teraz została po niej tylko obojętność.
Najgorsze było to, że nie powinna być zaskoczona. Od początku wiedziała, że nie wszyscy będą dobrzy. Wiedziała, że część studentów będzie uczyła się dzień przed kolokwium, a część nie nauczy się wcale. Wiedziała też, że zawsze znajdzie się ktoś, kto napisze coś tak absurdalnego, że przez chwilę zacznie zastanawiać się, czy przypadkiem nie prowadzi zajęć dla dzieci.
A jednak za każdym razem bolało tak samo.
Kolejna kartka, kolejne nazwisko i kolejna odpowiedź, przy której musiała zacisnąć usta, żeby nie westchnąć zbyt głośno.
Podniosła wzrok dopiero wtedy, gdy ktoś nucąc pod nosem, wtargnął tanecznym krokiem do sali.
Długopis zatrzymał się nad papierem. Brwi nadal miała mocno ściągnięte. Zmrużyła oczy, próbując dostrzec, kto tym razem postanowił zakłócić jej święty spokój.
Oj, pani Jennifer tutaj? Nie w domu? – odezwał się pan Wilson, niemal w tym samym momencie krzyżując z nią spojrzenie. Wyciągnął z prawego ucha słuchawkę, a kabel na piersi poruszył się jeszcze przez chwilę w rytm muzyki.
Taka praca, panie Wilson – odparła, posyłając mu uprzejmy uśmiech.
Odwróciła wzrok i podparła brodę na dłoni, próbując wrócić do pracy.
Idzie pani do domu. Trzeba kiedyś odpoczywać – powiedział z troską godną wujka, choć nawet na nią nie patrzył. Właśnie moczył mopa, a chwilę później energicznie wyrżnął nim o wiadro, pozbywając się nadmiaru wody.
Chlap.
Jennifer zerknęła na niego spod brwi.
Pan Wilson pracował na uczelni na długo przed tym, zanim Jennifer zaczęła tu pracę. Właściwie kojarzyła go jeszcze z czasów, kiedy sama studiowała biologię. Był tutaj, kiedy zaczynała studia. Był, kiedy robiła magisterkę. Był również wtedy, kiedy robiła doktorat. Czasami miała wrażenie, że jeśli pewnego dnia uczelnia przestanie istnieć, pan Wilson i tak pojawi się następnego ranka z mopem i zacznie sprzątać puste korytarze.
Lubiła go. Naprawdę. Tego dnia jednak zdecydowanie nie miała ochoty na rozmowy. Chciała tylko skończyć swoją pracę. Kolejna kartka, kolejne polecenie i odpowiedź.
Zakuło ją w skroni, kiedy przeczytała kolejną porcję bzdur. Skreśliła treść i wpisała ocenę. Odłożyła długopis i przez chwilę patrzyła na swoje ręce, jakby sama nie była pewna, co właściwie robi od kilku godzin.
Kiedy wreszcie skończyła, nie poczuła satysfakcji, a ulgę. Zgarnęła kolokwia do skórzanej torby, którą zarzuciła na ramię. Rozejrzała się jeszcze po sali. To miejsce było dziwnie przyjemne po godzinach. Ciche i spokojne, nie wymagało od niej niczego poza tym, żeby była tutaj i robiła swoje.
Może dlatego tak często zostawała dłużej, niż musiała. Tutaj zawsze ktoś na nią czekał. Student z pytaniem. Doktorant z wynikami badań. Kolega z wydziału. Nawet pan Wilson, który potrafił pojawić się z mopem dokładnie wtedy, kiedy człowiek miał nadzieję, że przez pięć minut nikt się nie odezwie.
Zamknęła salę i ruszyła w stronę wyjścia. Korytarze były już prawie puste. Mijała gabloty, tablice ogłoszeń, zamknięte sale i automaty, które po godzinach wyglądały jakoś smutniej niż zwykle. Wszystko było znajome. Tak bardzo znajome, że chwilami aż bolało.
Zeszła do metra i dopiero kiedy usiadła w wagonie, poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Oparła głowę o szybę. Torbę trzymała na kolanach, jedną dłonią bezmyślnie zaciskając palce na pasku. Pociąg ruszył, a za oknem zaczęły przesuwać się ciemne ściany tunelu. Kolejne stacje pojawiały się i znikały. Ludzie wsiadali, wysiadali, rozmawiali, przeglądali telefony. Ktoś śmiał się po drugiej stronie wagonu. Ktoś inny przysypiał z głową opartą o szybę.
Jennifer patrzyła przed siebie, ale właściwie niczego nie widziała.
Myślała o tym, że jej życie od dawna było bardzo dobrze poukładane. Praca, mieszkanie, uczelnia, zakupy, badania, czasem kawa z kimś z wydziału. Wszystko miało swoje miejsce. Nie brakowało jej pieniędzy ani pracy. Nie brakowało nawet ludzi. A jednak brakowało jej kogoś. Nie wiedziała nawet dokładnie kogo. Kogoś, kto zapytałby, jak minął jej dzień i naprawdę chciał usłyszeć odpowiedź. Kogoś, komu mogłaby wysłać zdjęcie absurdalnej odpowiedzi studenta i napisać tylko: „Zobacz, z czym ja się dzisiaj mierzę.” Kogoś, kto po prostu byłby obok, kiedy wracałaby zmęczona do domu.
Zamyśliła się tak bardzo, że przegapiła swoją stację. Zorientowała się dopiero, kiedy drzwi zamknęły się przed nią, a znajomy peron zaczął znikać za szybą. Westchnęła cicho i oparła głowę mocniej o szybę. Wysiadła na następnej stacji i ruszyła w stronę mieszkania. Deszcz nadal padał, drobny i irytujący. Przechodnie mijali ją pośpiesznie, skuleni pod parasolami. Jennifer szła wolniej, pogrążona we własnych myślach.
Nie zauważyła sąsiadki od razu. Dopiero przed wejściem do budynku dostrzegła kobietę, która najwyraźniej toczyła nierówną walkę z zakupami. Jedna torba przechylała się niebezpiecznie, z drugiej coś właśnie zaczynało wypadać. Pudełko z ryżem wysunęło się niemal całkowicie, zanim Jennifer odruchowo wyciągnęła rękę i je złapała.
Masz jakiś zjazd rodzinny, czy była dobra promocja? – rzuciła, uśmiechając się łagodnie, kiedy wkładała pudełko z powrotem na samą górę papierowej torby wypełnionej po brzegi zakupami. Dopiero wtedy spojrzała na nią uważniej.
Cześć, Prudence.

001.

: śr sie 19, 2026 9:40 am
autor: prudence lane
010. | outfit

Ostatnio nie poznawała samej siebie. Dawała radę pogodzić związek, wychodzenie z nie swoim zwierzakiem, pracę dwuetatową, gdzie ten drugi nie był może zajęciem codziennym - ale jednak, to jeszcze na dodatek miała możliwość na pójście na zrobienie zakupów czy w ogólnym rozrachunku nieco więcej czasu dla siebie. No, może z tym wyjątkiem, iż miała znacznie mniej go dla swoich znajomych, niemniej czasem tak wychodzi w życiu człowieka, iż jedne sprawy przytłaczają te drugie. Nie to, że nie chciała utrzymywać kontaktu, zapomniała o innych bliskich osobach czy zwyczajnie tak bardzo jest zaślepiona nową relacją, że pozostałe się nie liczyły. Po prostu… wyszło to w praniu związanym z codziennością i nie jest to niczyja wina tak do końca. Huntera nie mogła o to obwiniać, bowiem do niczego jej nie zmuszał. Pacjentów także, gdyż byli umówieni na terminy, na które się Prudence zgadzała. Itchel, psinka wybranka, również nie jest na liście zawinionych. A czy sama Lane na niej mogła się znaleźć? Na swój sposób tak i nie. Miała świadomość, że coś traci każdego dnia, jakieś kontakty, jednakże to nie jest tak, że zamyka się na nie kompletnie, ucieka od rozmów czy innych rzeczy. Ostatnio nawet spotkała się z jedną z przyjaciółek w jej domu, gdzie przygotowała poczęstunek na plotki i oglądanie filmów!
No ale właśnie - nie była już sama. Jej mieszkanie nie było wiecznie puste. Zaczynało bardziej tętnić życiem, gdzie z całą pewnością jeszcze się przyzwyczaja ono do tego zgiełku - zupełnie jak i ona sama. Bo to, że jest w związku to mimo wszystko coś niecodziennego dla Prudence, lecz nie narzekała. Nowe doświadczenia wzbogacają, a ona lubiła zdobywać kolejne cenne rady i lekcje od życia.
Niemniej - skoro nie przebywa w tym mieszkaniu sama, choć to też nie tak iż są tutaj codziennie - będąc tu u niej, a tu u niego - musiała uzupełnić lodówkowe i spiżarkowe zapasy, bo właśnie… ostatnio nawet więcej gotowała. Nie z przymusu, nie że Hunter od niej tego wymagał - a zwyczajnie tego chciała. Czy właśnie powoli i nieświadomie stawała się więźniem swoich własnych ambicji oraz pragnień, doprowadzając do tego iż z czasem nawet nie dostrzeże tego, że staje się przysłowiową kurą domową zamiast nowoczesną kobietą sukcesu z własnym gabinetem i zasobami? Wydaje mi się, iż to akurat nie dotknie Prudence, bowiem nie myślała o zmienianiu czegokolwiek w swoim życiu - będąc wciąż tą samą, ambitną i pracowitą osobą, nie wiedząc jak inaczej mogłaby spożytkować ten czas, jaki wykorzystuje na pomaganiu drugiej osobie w przełamywaniu leków∑, strachów czy obaw.
Niemniej - zakupy w sklepie zdawały się trwać wiecznie, bo nie mogła niektórych produktów znaleźć na swoich miejscach. Mieli jakąś inwentaryzację, remanent czy cokolwiek, gdzie pozmieniali układy półek, a przez to Prudence miała lekkie kłopoty. Wyprawa do sklepu spożywczego, która zajmowała jej może maksymalnie pół godziny przeciągnęła się do godziny. Jeszcze samej sobie robiąc pod górkę, dzwoniąc do Huntera i podpytując czy czegoś nie potrzebuje, przez co kolejne produkty musiała poszukiwać na innych działach. No cóż - czego to się nie robi dla ukochanej osoby, prawda?
W końcu mogła być usatysfakcjonowana z tego, czego dokonała tuż po zapłaceniu przy kasie i posiadaniu spakowanych produktów w koszyku - teraz tylko pozostało przyjechać z nimi do bagażnika auta, zapakować i spokojnie wrócić do domu, żeby potem to wszystko rozpakować oraz poukładać.
Szkoda tylko, że pogoda nie była dziś jej sojusznikiem, bowiem gdy wchodziła do marketu, deszcz ustał i nie zapowiadał aby miał się rychło pojawić.
Teraz natomiast - wręcz ściana deszczu jawiła się przed nią na zewnątrz, gdy jeszcze chwilę stała pod daszkiem wejścia do budynku, na co pokręciła głową z niesmakiem.
Nie chciała jednak stać nie wiadomo ile czasu w oczekiwaniu na to, aż przestanie - nigdy się nie wie, kiedy to się wydarzy. Dlatego też przebiegła ów odcinek po parkingu, modląc się że nie przewróci się bądź w kogoś nie wpadnie czy nie najedzie na jakąś osobę wózkiem, otworzyła prędko auto, wrzuciła przemoczone torby do środka samochodu, zawiozła wózek na swoje miejsce i ostatecznie wylądowała na miejscu kierowcy w pojeździe. Odetchnęła z ulgą, choć jednocześnie była mocno przemoknięta. Cudownie. Tego właśnie było jej trzeba.
Ruszyła z miejsca dopiero po paru minutach, gdy jako tako się ogarnęła, kierując samochodem prosto do domu - tu już nieco nie przejmując się swoim wyglądem, skoro na pewno nikogo nie spotka, a do loftu nie miała daleko. To tylko przejażdżka windą i znalezienie się pod odpowiednimi drzwiami.
Cóż - liczyła, że tak będzie. I chociaż plan prawie był idealny, tak przemoknięte, papierowe torby zaczęły jej utrudniać życie. No i może fakt tego też, że napchała je po sam czubek, bo uznała iż nie potrzebuje jeszcze jednej. Tak więc przez pogodę oraz trochę swoją głupotę o mało co nie straciłaby ryżu na dzisiejszy obiad - znając swe szczęście, opakowanie rozwaliłoby się kompletnie po upadku i zderzeniu z chodnikiem, a ziarenka rozsypałyby się, zupełnie jakby ktoś go sypał dla młodej pary. Dzięki czyjejś pomocy na szczęście nic takiego się nie przydarzyło, a Prue odetchnęła z ulgą. — Uzupełnianie domowych zapasów, wiesz jak to jest — odparła z uśmiechem i jednoczesnym zawstydzeniem z powodu wyjścia na fajtłapę bądź niezbyt mądrą osobę, skoro sądziła że dotrze z takimi wypchanymi - papierowymi! - torbami do domu bez żadnych problemów. — Cześć, Jennifer, dawno się nie widziałyśmy — dodała, stawiając siatki na ziemi i robiąc sobie chwilę przerwy - na szczęście pod daszkiem, więc deszcz nie był jej już straszny - choć ten obecny nie był taki, jak ten przy wychodzeniu ze sklepu. — I to naprawdę jakiś kawałek czasu minął od ostatniego razu… zabiegana przez pracę czy faceta? — zagaiła, spoglądając na kobietę rozpromieniona. Bo choć zazwyczaj mówi się, że nie da się dobrze żyć z sąsiadami, tak Prudence nie mogła się z tym stwierdzeniem zgodzić. A jednym z przykładów takich sąsiadów jest właśnie ona.

Ginny Wheeler

001.

: pt sie 21, 2026 7:52 pm
autor: Ginny Wheeler
prudence lane


Ginny właściwie większość swojego czasu spędzała w pracy. Na uczelni można było znaleźć ją niemal o każdej porze dnia, a wakacje niewiele w tej kwestii zmieniały. Kiedy korytarze pustoszały, studenci rozjeżdżali się do domów, a w budynku zostawało echo kroków i pojedyncze światła w gabinetach, ona przenosiła się do laboratorium. Tam wszystko wydawało się prostsze. Miało swoje miejsce, przypisaną nazwę i określoną funkcję. Owady nie pytały, dlaczego ktoś odszedł. Nie zostawiały po sobie pustego krzesła przy stole ani rzeczy, których przez przypadek nie dało się wyrzucić.
Potrafiła siedzieć nad jednym preparatem przez długie godziny. Pochylała się nad mikroskopem, robiła notatki, przesuwała podświetlone próbki i wracała do wyników, które wcześniej wydawały jej się wystarczająco dobre. Czasami nawet nie zauważała, kiedy za oknami robiło się ciemno.
Praca była wygodnym miejscem do ukrycia się.
Po śmierci ojca życie Jennifer przybrało niekorzystny obrót. Zauważała jego brak. Nie w wielkich momentach, nie wtedy, kiedy wypadało tęsknić. Najczęściej przychodziło to zupełnie zwyczajnie, przy zakupach, kiedy widziała coś, co mogłaby mu opowiedzieć. Przy czytaniu artykułu. Czasem wystarczał telefon, który odruchowo chciała wykonać, zanim przypomniała sobie, że po drugiej stronie nikt już nie odbierze.
A potem został jeszcze narzeczony.
Człowiek, z którym przez jakiś czas wyobrażała sobie, że to właśnie jego będzie miała obok siebie, kiedy przyjdą te wszystkie zwyczajne dni. Nie wielkie wydarzenia, nie święta czy rocznice, ale poranki, zakupy, głupie kłótnie o to, kto znowu zostawił światło w łazience. I nagle także tego zabrakło. Nie dostała nawet czasu, żeby przyzwyczaić się do jednej straty, zanim pojawiła się następna.
Może dlatego tak łatwo przychodziło jej zostawanie na uczelni.
Tam nikt niczego od niej nie chciał. Mogła być po prostu Ginny. Doktor Wheeler, wykładowczyni, badaczka. Kobieta, która miała coś do zrobienia i powód, żeby siedzieć przy biurku jeszcze przez godzinę.
Jeśli już wracała do mieszkania, zwykle robiła dokładnie to samo. Odkładała klucze, zsuwała buty ze stóp i siadała przy komputerze. Laptop lądował na biurku, obok pojawiały się notatki, czasem książka, czasem kubek kawy albo herbaty, o której po kilku godzinach zapominała. Czytała, odpisywała na wiadomości, poprawiała coś w artykule. Pracowała nawet wtedy, kiedy nie było już właściwie czego poprawiać.
A kiedy zmęczenie zaczynało wygrywać z koncentracją, podnosiła wzrok znad ekranu.
Wtedy patrzyła przez okno.
Nie dlatego, że była ciekawska. Przynajmniej nie w ten zwyczajny sposób. Ludzie po prostu czasem pojawiali się w jej polu widzenia i trudno było ich nie zauważyć. Ktoś wychodził z psem. Ktoś inny wracał z pracy z papierową torbą przewieszoną przez nadgarstek. Na którymś z balkonów kobieta podlewała kwiaty, a piętro niżej ktoś palił papierosa, zawsze stojąc dokładnie w tym samym miejscu.
Ginny czasami zatrzymywała na nich wzrok. Kątem oka, na chwilę i bez większego zainteresowania.
A jednak po pewnym czasie zaczęła rozpoznawać pewne drobiazgi. Wiedziała, kto zazwyczaj wracał późno. Kto rano wyprowadzał psa. Które mieszkanie zapalało światło jako pierwsze i które pozostawało ciemne jeszcze długo po zmroku. Nie znała tych ludzi, nie znała ich historii. Widziała tylko urywki.
I chyba właśnie to było w tym wszystkim najłatwiejsze. Cudze życie można było obserwować bez konieczności brania w nim udziału. Nie trzeba było pytać, dokąd ktoś idzie. Nie trzeba było odpowiadać, kiedy ktoś pytał, jak się czujesz. Nie trzeba było tłumaczyć, dlaczego pewnego dnia nie masz ochoty wychodzić z domu. Ludzie za oknem byli bezpieczni właśnie dlatego, że pozostawali obcy.
Czasami Ginny łapała się nawet na tym, że przez kilka minut układa w głowie historie, których nigdy nie pozna. Nie z czystej ciekawości. Bardziej z nudów, z samotności, z tego dziwnego rodzaju zamyślenia, które pojawiało się, kiedy człowiek miał za dużo czasu i za mało rzeczy, które naprawdę chciał robić.
Podwórko było jak niemy film. Każdy miał swoją rolę, swoje wejście i wyjście ze sceny. Ginny była tylko widzem.
Claire również pojawiała się w tym obrazie. Nie znała jej szczególnie dobrze. Mijały się czasem na korytarzu, przy skrzynkach pocztowych, przed budynkiem. Zwyczajne, krótkie spotkania, po których człowiek zapomina, co właściwie miał w rękach. Claire była po prostu sąsiadką. Jedną z tych twarzy, które z czasem zaczynają wydawać się znajome, nawet jeśli nigdy nie zamieniło się z nimi więcej niż kilku słów.
Ginny widywała ją z okna. Wracała z zakupami. Wychodziła gdzieś rano. Czasami stała chwilę przed wejściem, zanim zdecydowała się ruszyć dalej. Nic, co zasługiwałoby na uwagę.
Aż któregoś dnia Claire przestała się pojawiać. Początkowo Ginny nawet tego nie zauważyła. Jeden dzień nie znaczył nic. Drugi również. Ludzie wyjeżdżali, odwiedzali rodzinę, spali u kogoś. Mieli własne sprawy, do których obcy człowiek nie miał dostępu.
Minęło jednak kilka dni. Ginny siedziała przy biurku, stukając palcami w klawiaturę. Zatrzymała się w połowie zdania, podniosła wzrok i spojrzała w stronę okna. Sama nie wiedziała, czego właściwie szuka.
Mieszkanie Claire było ciemne. Odwróciła wzrok i wróciła do pracy. Kilka minut później znów spojrzała.
Nadal n i c .
I wtedy po raz pierwszy pomyślała, że coś jest nie tak. Nie miała żadnego dowodu. Żadnej konkretnej rzeczy, której mogłaby się uczepić. Tylko tę dziwną pustkę, która nagle przestała wyglądać jak zwyczajna nieobecność. Okno było ciemne, drzwi zamknięte. Przez jakiś czas próbowała sobie tłumaczyć, że przesadza. Że po prostu zaczęła zauważać jej brak dlatego, że wcześniej przyzwyczaiła się do jej obecności. Tak działały przecież przyzwyczajenia. Człowiek potrafił zauważyć brak nawet najmniejszego elementu, kiedy przez dłuższy czas był on na swoim miejscu.
Ale później znowu spojrzała.
I jeszcze raz.
Tym razem już nie z nudów.


Jakiś czas potem stała przed wejściem do budynku z inną sąsiadką. Miała przewieszoną przez ramię torbę z laptopem i kilkoma notatkami, które zamierzała przejrzeć jeszcze tego wieczoru. Prudance natomiast wyglądała, jakby właśnie wróciła z wyprawy po zapasy na najbliższe tygodnie, a ona próbowała utrzymać je wszystkie, jednocześnie sięgając do drzwi.
Ginny zerknęła na zakupy i uśmiechnęła się pod nosem.
– Pracuję – rzuciła krótko, jakby samo to słowo mogło zakończyć temat. I właściwie mogło. Nie miała ochoty rozmawiać o facetach, o związkach, o tym, co u niej. Zwłaszcza o tym, co było wcześniej. Samo słowo narzeczony wciąż miało w sobie coś nieprzyjemnego. Jak drzazga, której nie dało się już zobaczyć, ale wystarczyło poruszyć palcem w niewłaściwy sposób, żeby przypomnieć sobie, że nadal tam jest.
Nie lubiła o tym mówić, dlatego nie czekając dłużej ruszyły w stronę wejścia. Prudence próbowała pchnąć drzwi, ale zakupy skutecznie utrudniały jej zadanie. Ginny odruchowo wyciągnęła rękę, złapała za klamkę i przytrzymała drzwi, odsuwając się, żeby zrobić jej więcej miejsca.
– Pomóc ci może? – zapytała, zerkając na nią kątem oka. Sama miała przy sobie tylko torbę z laptopem i notatkami. Przy całym tym ciężarze, który niosła kobieta, wyglądało to niemal śmiesznie skromnie.