001.
: czw sie 13, 2026 11:28 pm
prudence lane
Kwadrans po czwartej. Zajęcia skończyły się ponad godzinę temu. Sala wykładowa była pusta, a korytarze powoli cichły. Jeszcze niedawno przewijały się nimi dziesiątki studentów, ktoś się spieszył, ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś zatrzymywał się przy automacie z kawą. Teraz zostało po nich tylko kilka kubków porzuconych na parapetach, pojedyncze kartki wsunięte pod drzwi i echo kroków odbijające się od ścian. Echem roznosił się również dźwięk mokrego mopa uderzającego co jakiś czas o podłogę.
Szur. Szur. Chlap.
Szur. Szur. Szur. Chlap.
Pan Wilson poruszał się energicznie, w swoim własnym rytmie, zupełnie nie przejmując się tym, że raz po raz wyrzucał z mopa wodę na boki. Nucił coś pod nosem, jak zwykle. Był jednym z tych ludzi, którzy nawet po kilkunastu latach pracy potrafili wykonywać tę samą czynność z takim skupieniem, jakby właśnie od niej zależało powodzenie całego świata.
W sali wykładowej, pochylona nad papierami, siedziała Jennifer Wheeler. Drobna sylwetka niemal ginęła za biurkiem. Ciemne, wyraziste brwi miała mocno ściągnięte, tworząc niemal jedną linię. Proste włosy opadały jej na bok, delikatnie zachodząc na twarz, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. Bez zastanowienia zgarnęła pasmo za ucho i wróciła do pisania.
Seminarium, które prowadziła, wymagało weryfikacji wiedzy w formie kontrolnego kolokwium. Miało być proste. Przynajmniej takie wydawało się jej, kiedy układała pytania. Nie wymagała przecież od studentów napisania rozprawy naukowej. Chciała tylko sprawdzić, czy po kilku tygodniach entomologii wiedzą coś więcej niż to, że owady mają sześć nóg.
Jedno z pytań brzmiało: „Wyjaśnij znaczenie metamorfozy zupełnej u owadów holometabolicznych i wskaż najważniejsze różnice pomiędzy larwą a osobnikiem dorosłym na przykładzie motyli.”
Jennifer przeczytała odpowiedź.
„Metamorfoza pozwala owadom zmieniać wygląd w trakcie dorastania. Larwa jest mała i nie ma skrzydeł, a dorosły owad jest większy i może latać. Jest to dobre dla owadów, ponieważ mogą żyć w różnych miejscach.”
Przez chwilę po prostu patrzyła na kartkę.
Potem przeczytała ją jeszcze raz. I jeszcze raz, jakby za trzecim razem miało nagle pojawić się tam coś, czego nie zauważyła wcześniej.
Nie pojawiło się.
– Serio? – mruknęła pod nosem.
Oparła łokieć o blat i przetarła skroń. Bolała ją głowa. Od rana. Tępy, męczący ból, który po kilku godzinach pracy zdążył rozlać się gdzieś za oczami. Była zwyczajnie zmęczona, choć coraz częściej miała wrażenie, że zwyczajne zmęczenie dawno przestało być zwyczajne.
Skreśliła odpowiedź, wpisała ocenę i sięgnęła po następną kartkę. Nie miała nawet siły się złościć. Frustracja przyszła już wcześniej, przy trzeciej pracy, może czwartej. Teraz została po niej tylko obojętność.
Najgorsze było to, że nie powinna być zaskoczona. Od początku wiedziała, że nie wszyscy będą dobrzy. Wiedziała, że część studentów będzie uczyła się dzień przed kolokwium, a część nie nauczy się wcale. Wiedziała też, że zawsze znajdzie się ktoś, kto napisze coś tak absurdalnego, że przez chwilę zacznie zastanawiać się, czy przypadkiem nie prowadzi zajęć dla dzieci.
A jednak za każdym razem bolało tak samo.
Kolejna kartka, kolejne nazwisko i kolejna odpowiedź, przy której musiała zacisnąć usta, żeby nie westchnąć zbyt głośno.
Podniosła wzrok dopiero wtedy, gdy ktoś nucąc pod nosem, wtargnął tanecznym krokiem do sali.
Długopis zatrzymał się nad papierem. Brwi nadal miała mocno ściągnięte. Zmrużyła oczy, próbując dostrzec, kto tym razem postanowił zakłócić jej święty spokój.
– Oj, pani Jennifer tutaj? Nie w domu? – odezwał się pan Wilson, niemal w tym samym momencie krzyżując z nią spojrzenie. Wyciągnął z prawego ucha słuchawkę, a kabel na piersi poruszył się jeszcze przez chwilę w rytm muzyki.
– Taka praca, panie Wilson – odparła, posyłając mu uprzejmy uśmiech.
Odwróciła wzrok i podparła brodę na dłoni, próbując wrócić do pracy.
– Idzie pani do domu. Trzeba kiedyś odpoczywać – powiedział z troską godną wujka, choć nawet na nią nie patrzył. Właśnie moczył mopa, a chwilę później energicznie wyrżnął nim o wiadro, pozbywając się nadmiaru wody.
Chlap.
Jennifer zerknęła na niego spod brwi.
Pan Wilson pracował na uczelni na długo przed tym, zanim Jennifer zaczęła tu pracę. Właściwie kojarzyła go jeszcze z czasów, kiedy sama studiowała biologię. Był tutaj, kiedy zaczynała studia. Był, kiedy robiła magisterkę. Był również wtedy, kiedy robiła doktorat. Czasami miała wrażenie, że jeśli pewnego dnia uczelnia przestanie istnieć, pan Wilson i tak pojawi się następnego ranka z mopem i zacznie sprzątać puste korytarze.
Lubiła go. Naprawdę. Tego dnia jednak zdecydowanie nie miała ochoty na rozmowy. Chciała tylko skończyć swoją pracę. Kolejna kartka, kolejne polecenie i odpowiedź.
Zakuło ją w skroni, kiedy przeczytała kolejną porcję bzdur. Skreśliła treść i wpisała ocenę. Odłożyła długopis i przez chwilę patrzyła na swoje ręce, jakby sama nie była pewna, co właściwie robi od kilku godzin.
Kiedy wreszcie skończyła, nie poczuła satysfakcji, a ulgę. Zgarnęła kolokwia do skórzanej torby, którą zarzuciła na ramię. Rozejrzała się jeszcze po sali. To miejsce było dziwnie przyjemne po godzinach. Ciche i spokojne, nie wymagało od niej niczego poza tym, żeby była tutaj i robiła swoje.
Może dlatego tak często zostawała dłużej, niż musiała. Tutaj zawsze ktoś na nią czekał. Student z pytaniem. Doktorant z wynikami badań. Kolega z wydziału. Nawet pan Wilson, który potrafił pojawić się z mopem dokładnie wtedy, kiedy człowiek miał nadzieję, że przez pięć minut nikt się nie odezwie.
Zamknęła salę i ruszyła w stronę wyjścia. Korytarze były już prawie puste. Mijała gabloty, tablice ogłoszeń, zamknięte sale i automaty, które po godzinach wyglądały jakoś smutniej niż zwykle. Wszystko było znajome. Tak bardzo znajome, że chwilami aż bolało.
Zeszła do metra i dopiero kiedy usiadła w wagonie, poczuła, jak bardzo jest zmęczona. Oparła głowę o szybę. Torbę trzymała na kolanach, jedną dłonią bezmyślnie zaciskając palce na pasku. Pociąg ruszył, a za oknem zaczęły przesuwać się ciemne ściany tunelu. Kolejne stacje pojawiały się i znikały. Ludzie wsiadali, wysiadali, rozmawiali, przeglądali telefony. Ktoś śmiał się po drugiej stronie wagonu. Ktoś inny przysypiał z głową opartą o szybę.
Jennifer patrzyła przed siebie, ale właściwie niczego nie widziała.
Myślała o tym, że jej życie od dawna było bardzo dobrze poukładane. Praca, mieszkanie, uczelnia, zakupy, badania, czasem kawa z kimś z wydziału. Wszystko miało swoje miejsce. Nie brakowało jej pieniędzy ani pracy. Nie brakowało nawet ludzi. A jednak brakowało jej kogoś. Nie wiedziała nawet dokładnie kogo. Kogoś, kto zapytałby, jak minął jej dzień i naprawdę chciał usłyszeć odpowiedź. Kogoś, komu mogłaby wysłać zdjęcie absurdalnej odpowiedzi studenta i napisać tylko: „Zobacz, z czym ja się dzisiaj mierzę.” Kogoś, kto po prostu byłby obok, kiedy wracałaby zmęczona do domu.
Zamyśliła się tak bardzo, że przegapiła swoją stację. Zorientowała się dopiero, kiedy drzwi zamknęły się przed nią, a znajomy peron zaczął znikać za szybą. Westchnęła cicho i oparła głowę mocniej o szybę. Wysiadła na następnej stacji i ruszyła w stronę mieszkania. Deszcz nadal padał, drobny i irytujący. Przechodnie mijali ją pośpiesznie, skuleni pod parasolami. Jennifer szła wolniej, pogrążona we własnych myślach.
Nie zauważyła sąsiadki od razu. Dopiero przed wejściem do budynku dostrzegła kobietę, która najwyraźniej toczyła nierówną walkę z zakupami. Jedna torba przechylała się niebezpiecznie, z drugiej coś właśnie zaczynało wypadać. Pudełko z ryżem wysunęło się niemal całkowicie, zanim Jennifer odruchowo wyciągnęła rękę i je złapała.
– Masz jakiś zjazd rodzinny, czy była dobra promocja? – rzuciła, uśmiechając się łagodnie, kiedy wkładała pudełko z powrotem na samą górę papierowej torby wypełnionej po brzegi zakupami. Dopiero wtedy spojrzała na nią uważniej.
– Cześć, Prudence.