Strona 1 z 1

Ups and downs

: pt sie 14, 2026 9:23 pm
autor: janelle lee
002.
Jedną z niewielu rzeczy, do których Janelle przez lata się przykładała, jest jazda na wrotkach. I nawet mimo upływu czasu, niezliczonej ilości zdartych kolan czy pożegnania wielu wyjeżdżonych par wciąż nie zdecydowała się ich odwiesić. Teraz ktoś mógłby pomyśleć, że to bezsens, dziecinność a może nawet i skrajny kontrast. Lee miała już praktycznie dwadzieścia cztery lata, pracowała w służbie zdrowia i pewnie mijanych przez nią staruszków patrzyło na nią z politowaniem, uważając zgodnie że dorosłej kobiecie nie przystoi tak szaleć. Była też opcja, że ze względu na młodzieńczy wygląd ktoś błędnie wziął ją za nastolatkę. To był z pewnością ten lepszy scenariusz. Ale bez względu na to czy ktoś pochwalał jej hobby lub nie, nauczyła się ignorować się takie wścibskie myśli dla własnego dobra. Liczyło się, że czerpała z jazdy jakąś formę radości, prawda? Tym starała się kierować, choć czasami pesymizm zmuszał ją do przyjęcia innej perspektywy.
Jak to natomiast zwykła mówić Arya Stark, a przed nią jej instruktor, Syrio Forel - not today. Dzisiaj nie była pesymistycznie nastawiona... przynajmniej na razie. A wspomniana fraza? Teoretycznie nie chodziło tutaj o umieranie, choć w przypadku Janelle również trzeba było brać to pod uwagę. Czuła się natomiast całkiem żywa. Irytacja i zmęczenie były zdecydowanie czymś, co czuł człowiek w trakcie swojego żywota. Było gorąco, a w dodatku tłoczno. Jej droga nie mogła jednak dzisiaj wyglądać inaczej. Dobrze rozplanowała sobie to, jak dojechać do sklepu zoologicznego prosto z pracy. Oczywiście na rolkach, ze słuchawkami w uszach. Niestety też ze świadomością, że na każdym kroku musiała być ostrożna, by w kogoś nie wjechać.
Właśnie tutaj wkracza jej oddanie temu hobby. Bo, tak się składało, że nie wszędzie dało się legalnie jeździć na rolkach. Ścieżki rowerowe odpadały. Z początku uważała tę zasadę za durną, ale przyzwyczaiła się. Przepisowość była jednym z udziwnień w jej osobie, którego o dziwo nie było widać po niej od razu. Czasami zdarzało jej się wykruszać, ale był to bardzo, bardzo rzadki event. I nie dotyczyło to jazdy na rolkach. Chcąc zatem czy nie, dzisiaj również jechała powoli naprzód przez ścieżkę dla pieszych, jej tempo znacznie wolniejsze przez poruszających się w tempie ślimaka spacerowiczów.
Przy The Beaches Boardwalk miała wstępnie się zatrzymać na kawę lub może gałkę lodów, ale tempo denerwowało ją na tyle, że zdecydowała sobie odpuścić. Traf chciał, by skupisko tłumu na ścieżce stało się jeszcze większe. Ściągnęła brwi, próbując wyminąć jakąś grupkę rozgadanych młodych dorosłych i panią z wózkiem, gdy jakiś dzieciak prawie że władował się jej pod nogi.
Kur... — nie dokończyła przekleństwa pod nosem, gdyż musiała szybko wyminąć niezwykle zadowolonego ze swojego czynu berbecia. Tym sposobem straciła równowagę, lądując czterema literami częściowo na piasek, częściowo na ziemię. Zabolało. Ale nie aż tak, jak szczęśliwy dziecior i matka, która złapała go za rękę i odeszła do najbliższej ławki. Bez żadnego przepraszam ani pocałuj mnie w dupę. Klasyk.
Westchnęła ciężko, przeklinając w myślach i nastawiając się na fakt, że raczej będzie musiała się zebrać o własnych siłach. Nie byłby to pierwszy raz. Jej brwi uniosły się jednak na widok męskiej dłoni wyciągniętej w jej kierunku. Minęło kilka sekund wyciągnęła w jej kierunku swoją własną, delikatnie ubrudzoną ziemią. Wtedy nie ogarnęła jeszcze, że był to ktoś znajomy, a nie przypadkowy obcy. Chyba była w zbyt dużym szoku, że ktoś ot tak zechciał jej pomóc.

Alvin Fontaine

Ups and downs

: wt sie 18, 2026 1:04 pm
autor: Alvin Fontaine
006.
Alvin Fontaine miał tego dnia plan.
W sumie zawsze miał jakiś plan, bo uważał się za człowieka niezwykle zorganizowanego i w duchu takiej myśli układał sobie życie, nie zważając na przeciwności losu, które życie i codzienność rzucała mu pod nogi. To, że w większości te przeciwności losu to był efekt jego własnego działania? Nieistotne. Nic nie znaczące. Usunięte w mroki niepamięci.
Na dzisiaj plan zakładał poranne bieganie, zakupy, po południu szybki wypad na przejażdżkę motocyklem, spacer po parku i wygłaskanie jakiegoś psa, wieczorem meczyk z chłopakami albo Resident Evil na konsoli. Brzmiało łatwo. Tendencyjnie, nawet. Kompletnie alvinowato.
Problem był taki, że Fontaine i plany rzadko kiedy trwały razem dłużej, niż wymagał tego pierwszy nieoczekiwany bodziec zewnętrzny. Wystarczyło przecież, że coś przykuło jego uwagę, a cały harmonogram rozpadał się jak potłuczone szkło szklanki, którą dzisiaj rano stłukł, próbując wyciągnąć z szafki to, co stało trochę za nią, a trochę obok, i coś co ostatecznie wyciągnął, ale niefortunnie strącił przy okazji wspomnianą szklankę.
Tak czy inaczej, coś przykuło jego uwagę. Teraz. W tej chwili. I był to dźwięk. A właściwie kilka dźwięków po sobie: najpierw coś w rodzaju stłumionego, urwanego przekleństwa, potem charakterystyczne tarcie kół po ścieżce, aż wreszcie tępy, ale prawdopodobnie dotkliwy kontakt ciała z asfaltem.
Odwrócił się zupełnie machinalnie, zanim w ogóle zdążył o tym pomyśleć i wysłać impuls do mózgu, żeby ruszył ciałem.
Najpierw zobaczył czubek głowy, blond czuprynę i ciało siedzące na pograniczu piasku, a chodnika. Potem zobaczył rolki, słuchawki, oddalającego się wraz z matką bombelka, co było całkiem istotnym punktem zwrotnym, bo kobieta leciała przed siebie szybko przebierając nogami, jakby właśnie uciekała z miejsca zdarzenia i jednocześnie udawała, że nie miała z tym nic najmniejszego wspólnego. Może gdyby szła wolniej, wtapiając się w tłum innych przechodniów, to ktoś by jej uwierzył. Może.
Ale Alvin nie zamierzał teraz rozstrzygać winy czy nie winy. Bardzo rozsądnie, jak na niego, trzeba było przyznać, bo jako wielki fan wymierzania sprawiedliwości trochę — odrobinę — się w sobie zagotował, że z ust sprawców nie padło nawet durne przepraszam. Mógł co prawda jeszcze coś za nimi krzyknąć, niemniej zdusił w sobie wszelką potrzebę uznając, że komentarz obejdzie kobietę tak, jak zeszłoroczny śnieg. Zamiast tego zrobił to, co mu zazwyczaj wychodziło najlepiej: ruszył się.
Dwa kroki i był przy niej, i już wyciągał do niej dłoń, a jego oczy wędrowały po jej twarzy i z każdą milisekundą, kąciki jego ust unosiły się wyżej i wyżej, aż wypełzły pełnoprawnym, szerokim uśmiechem.
Janelle? — zagaił, już gdzieś za mostkiem czując narastający chroniczny przymus, by tym bardziej pomóc jej wstać. Odczekał, aż uściśnie jego dłoń i pociągnął ją do góry, wolną ręką asekurując w okolicy talii, pomagając jej złapać równowagę. Słońce trochę go oślepiało, więc mrużył ślepia, jak tak na nią zerkał z góry, niezrażony tym, że właśnie tarasował połowę drogi i wymuszał na przechodniach, by omijali ich łukiem, wchodząc na siebie nawzajem. — Będziesz żyła? Chcesz żebym Cię wziął na barana i pobiegł za tą matką, żebyśmy mogli domagać się plasterka z Pikachu?
Miał iść do parku. Miał iść wygłaskać pieska, oddać się całkowitej przyjemności bycia zagadanym przez starszych ludzi i zjeść lody w drodze powrotnej.
Miał plan na dzisiaj. Plan był w rozsypce.
Nie to, żeby ją winił. Każdemu innemu też by pomógł wstać Ale skoro była kimś, kogo znał, to zamierzał to w pełni wykorzystać.


janelle lee

Ups and downs

: sob sie 22, 2026 4:05 pm
autor: janelle lee
Nawet przy największej zawziętości świata nie dało się czasami uciec od przypadkowych sytuacji, które mogły pokrzyżować ustalone plany. Chcąc lub nie, możliwe że nawet plany tej pani z dzieckiem zostały udaremnione. Może chciała sobie posiedzieć, mieć dzieciaka głęboko w poważaniu a tu pojawiła się taka Janelle, która stała się ofiarą jej nieodpowiedzialności i niestety musiała przerwać swój wypoczynek. A potem cyk, ucieczka. Klasyka. Lee nawet się jej nie dziwiła. Wystarczyłoby natomiast, by wymamrotała zwykłe przepraszam i już byłoby inaczej. Nawet, jeśli nie naprawiłoby jej to humoru w żadnym stopniu.
Niby to taka drobnostka, ale właśnie takie rzeczy często składały się na jej postrzeganie życia w sposób taki, a nie inny. Takie drobne nieprzyjemności plus overthinking dość często były przyczyną jej dołków, które przekształcały się w dużo większy kłopot. Teraz też mogłoby tak być, zwłaszcza że odechciało jej się już jechać dalej. Skoro jednak ustaliła to sobie, bo taki też właśnie miała plan, powinna była się go trzymać. Nieoczekiwana pomoc była natomiast kolejnym krokiem, który jej to udaremniał.
Akurat tutaj nie miała żadnego problemu. Nawet gdy nie widziała jeszcze kto zaoferował jej pomocną dłoń, poczuła się nieco inaczej niż zazwyczaj. Ktoś widział, że upadła i nie pomyślał o odwróceniu głowy w drugim kierunku. A to z tym najczęściej się spotykała. Dziwne. Ludzka empatia była naprawdę trudna do znalezienia i Janelle dobrze zdawała sobie z tego sprawę. Oczywiście po rozpoznaniu w mężczyźnie znajomej osoby zrozumiała, że zadecydować mogła o tym również ich krótka znajomość, co nie zmieniało faktu, że czuła się bardzo pozytywnie zaskoczona. Tyczyło się to jego czynu, jak i jego widoku w tym miejscu. Ból i szok po upadku w jednym zaślepiły ją jednak na tyle, że w ogóle nie wyglądała na jakąś zaskoczoną kolejnym nieprzewidywanym zrządzeniem losu. W ogóle nie wyglądała na zaskoczoną, bardziej na zirytowaną. Przynajmniej na samym początku, bo widok znajomej twarzy nieco złagodził ten wyraz.
Alvin? — nie protestowała przed tym, by chłopak jej pomógł. W sumie to nawet nie była pewna, co mogłaby teraz powiedzieć. Miło cię widzieć? Raczej niezbyt miło, skoro pomagał jej się zebrać z ziemi. Z jego pomocą dźwignęła się w końcu na nogi, uważając jednocześnie, by rolki nie rozjechały się w dwóch różnych kierunkach. Na sam koniec wymamrotała też ciche dziękuję. Szczerze powiedziawszy, miała już wprawę. Zarówno we wstawaniu, jak i upadaniu na rolkach. Żeby się nie uszkodzić, nawet upadek musiał być kontrolowany na tyle, na ile się dało. Nie miała natomiast wprawy w dziękowaniu, bo zwykle sama dźwigała się na nogi. — Nie wiem. Znając życie zamiast plasterka dostałabym ochrzan, bo według matki jego bobo zawsze jest niewinne — machnęła niedbale ręką, po czym westchnęła ciężko. Nie miała też ochoty na awanturę, a szanse na taką były dużo większe w tym wypadku.
Dopiero wtedy zobaczyła jego uśmiech, który z opóźnieniem, ale odwzajemniła. Gestem wskazała na pustą ławkę nieopodal, chcąc bardziej usiąść niż zejść ze środka drogi, którą tarasowali. Zastanawiała się tylko, czy to nie będzie dość bolesne. Wciąż czuła pulsujący ból w okolicach krzyża. Nie taki, by zaczęła się słaniać na nogach, ale wciąż wyczuwalny. Podjechała jednak do tej ławki, na chwilę obecną próbując wytrzepać się z tego, co mogło się do niej przylepić przy upadku.
Raczej przeżyję. Ale stawiam, że będę mieć siniaki. — zakomunikowała, wciąż wahając się przed siadaniem. Może nie powinna tego robić?

Alvin Fontaine

Ups and downs

: śr sie 26, 2026 2:25 pm
autor: Alvin Fontaine
Nie miał bladego pojęcia, że cokolwiek Janelle udaremnił i że wchodziło to głębiej w psyche swoją złożonością, niż powinna zwykła podana pomocna dłoń wejść. Z drugiej strony, gdyby o tym wiedział — czy by się wzbronił? Zapewne nie. Prawdopodobnie nie potrafiłby, bo Fontaine już taki był. Zbyt pomocny dla swojego dobra i, najwyraźniej, dla innych dobra też.
Całe szczęście nie siedział Janelle w głowie i nie miał o tym wszystkim pojęcia. Tak mógł w pełni skupić się na tym, co się rozgrywało przed jego oczami, a rozgrywało się to, że przez znajomą buzię przeszła mgła irytacji i zelżała tylko odrobinę w chwili, w której blondynka zorientowała się, że tym, kto jej pomógł, nie był zupełnie przypadkowy jegomość, a ktoś już znany. Jakiś random, który się do niej kiedyś przypałętał i tak już został.
No, ja. Hej. — Nie oczekiwał żadnych grzecznościowych zwrotów, ale uśmiechnął się szerzej na wymamrotane podziękowania i tylko kiwnął głową, jakby nie dokonał niczego wielkiego. Bo nie dokonał. Pomoc nie była czymś wielkim. Była czymś naturalnym i w pełni normalnym. Przynajmniej w jego świecie. Z kolejnym kiwnięciem głową wysłuchał jej odpowiedzi i uniósł brew na wspomnienie o możliwości zgarnięcia ochrzanu — pomysł wydał mu się tak niemożliwy, że nawet się z tym nie krył. Ale, oczywiście, też nie kłócił. — No nie wiem, to bobo wydawało się całkiem winne.
Wzruszył ramionami, gotowy łżeć jak z nut, żeby wyciągnąć Janelle z tego ewentualnego ochrzanu obronną ręką i zrobić z siebie świadka zdarzenia nr 1, choć w rzeczywistości widział jedynie sam koniec. W zasadzie — prawie nic. Odnotował jej własny uśmiech jako swoiste zwycięstwo i ruszył we wskazanym kierunku, pomagając jej, jeśli tego potrzebowała. Jeśli nie, cofnął rękę i nie robił za pachołek asekuracyjny.
Czyli mogło być gorzej — skwitował jej stan i zatrzymał się gdzieś przy ławce, na której usiadł pierwszy. W zasadzie to opadł, bez kompletnej gracji i finezji i przez chwilę po prostu patrzył na Janelle, jak ta stoi i się waha, i jak próbuje zdecydować czy też usiąść czy jednak sobie darować. Normalnie by się zaśmiał, ale przecież była obita i jej ostrożność była całkowicie zrozumiała. — Chcesz na kolanka?
To był żart.
A może nie.
Odwrócił się bardziej w jej stronę i znowu wyciągnął rękę, chcąc ją w pełni wspierać w ruchu, jeśli jednak zamierzała usiąść — gdziekolwiek nie zamierzała usiąść. Przy stłuczeniach lepiej było mieć możliwość podporu i delikatnego obniżenia się, a w rolkach nogi w ogóle mogły jej się rozjechać. Dlatego spojrzał jeszcze w dół, wysunął własną nogę w ramach dodatkowej stabilizacji, żeby miała o co oprzeć przód butów i trwał tak, czekając, aż dziewczyna podejmie decyzję.
Mam w domu spoko maść na stłuczenia. Podrzucę Ci, co? — Później, nie teraz, oczywiście. — Ewentualnie daj znać, to ogarniemy jakiegoś ortopedę na cito. Jesteś pewna, że to nic poważniejszego? Może lepiej, jak ściągniesz te rolki?

janelle lee

Ups and downs

: pn sie 31, 2026 11:21 am
autor: janelle lee
Można było narzekać na udaremnienie skrupulatnie zaplanowanych działań, natomiast niewymuszona dobroć prosto z serca była nie tylko usprawiedliwiająca. Zwłaszcza dla Janelle, która była raczej po tej stronie, gdzie po ludziach spodziewano się tylko gorszych rzeczy. Zwłaszcza po ataku z zaskoczenia ze strony jeszcze bardziej znienawidzonych dzieci. Też nie była natomiast w głowie Alvina i nie znała jego prawdziwych zamiarów, natomiast nie miała również żadnego innego powodu, by przypuszczać iż za chęcią pomocy kryło się coś gorszego. Aż taką paranoiczką nie była. Mogła być niepewna, bo na takim etapie relacji to normalne (zwłaszcza dla niej), natomiast przesadna dramaturgia w tym wydaniu była kompletnie zbędna.
No… Hej... — nie wiedziała absolutnie, co odpowiedzieć na te słowa. Nie przewidywała takiego scenariusza i było to widoczne w jej niezręczności. Tyle dobrze, że wykrzesała z siebie jakieś podziękowania. Było to ważne, bo pomoc bez żadnej uprzedniej prośby była postrzegana przez nią jako coś więcej niż nic takiego. A lubiła takie rzeczy zaznaczać, nawet subtelnie.
Co nie? — prychnęła zaraz w odpowiedzi, czując ulgę, która negowała jej uczucie zażenowania upadkiem i nieporadnością. Nie mogła być co prawda obiektywna, skoro była stroną poszkodowaną, ale była całkiem przekonana o winie dzieciaka. Ewentualnie problemem była tutaj matka, która puściła berbecia samopas. Znała jednak dostateczną ilość przypadków by wiedzieć, że matka prawie nigdy nie przyznawała się do winy. Swojej lub dziecka.
Nie odpowiadała już na te słowa, potwierdzając je tylko pojedynczym skinięciem głowy. Skupiła się na tym, by nie zrobić Alvinowi nieplanowanej wywrotki. Niby nie rzucało nią aż tak, ale mogło być różnie. Próbowała jedynie sobie przypomnieć, czy czasem nie walnęła się potylicą o ziemię, ale jej umysł jak na złość nie potrafił przywołać odpowiedniego wspomnienia. A przecież wydarzyło się to przed momentem. Taki urok życia, którym żyła Lee.
Żart Alvina, mimo że ją zdziwił, wywołał u niej krótkie parsknięcie. Sama była tym zdziwiona, choć na zewnątrz wydawała się być jedynie rozbawiona.
Na kolanka może lepiej nie, ale usiądę sobie ostrożnie na ławce — zakomunikowała, choć przez krótki moment rozważała tę propozycję. Tak o, dla beki. Była natomiast zbyt niepewna, by ot tak zgadzać się na takie propozycje. Usiadła zatem ostrożnie z pomocą Alvina, hamując w sobie chęć do wypowiedzenia podziękowań po raz kolejny, Raz powinien wystarczyć. Jej głowa w końcu powinna się tego nauczyć.
A pewnie. Nie pogardzę — pewnie miała tam coś swojego, ale skoro oferował to mogła użyć czegoś innego. Kto wie, może okaże się że to nawet lepszy środek niż jej dotychczasowe specyfiki na tego typu upadki. — Jak ból nie ustąpi po czasie wtedy można o tym pomyśleć. Ale wolałabym nie — pewnie nikogo nie zdziwi fakt, że Janelle była kolejną osobą niechętną na wizyty u jakiegokolwiek lekarza. A pracowała w szpitalu. — Rolki mogę ściągnąć, fakt. To dobry pomysł — w tym wypadku była akurat przezorna. Jak wychodziła na jazdę, nigdy nie robiła tego bez butów schowanych w torbie lub plecaku. Sięgnęła zatem do swojego dobytku w postaci większego plecaka, wydobywając parę nieco zużytych, ulubionych tenisówek. Wciąż jednak nadawały się do chodzenia, więc nie miała absolutnie żadnego powodu by się ich pozbywać. Przy okazji wrzuciła tam też swoje słuchawki, które po drodze zdjęła. Je włożyła ostrożnie, natomiast buty klapnęły na ziemię w dość bezceremonialny sposób. Nie rzuciła ich, a jedynie puściła z góry, ale wciąż mogła się chociaż pochylić i je położyć.

Alvin Fontaine