Entre el caos y el sol
: pt sie 14, 2026 10:42 pm
Jej zaufanie.
Rzecz w tym, że ona teraz sobie samej nie ufała. Potrzebowała Barcelońskiego gwaru i wiedziała, że znajdzie go w rodzinnym domu. W domu rodziny Vidal ciężko było znaleźć ciszę, ale Maria nawet nie próbowała tego robić. Przepadła całkowicie w tym rytmie, gdzie cała rodzina wchodziła bez pukania jak do siebie. Rodzice Marii - Państwo Vidal mieszkali już sami, dzięki czemu wszyscy mogli tu nocować, ale to wcale nie oznaczało, że panowała tu cisza. Dom ten był centrum schadzek mieszkających po sąsiedzku rodzin. Sióstr i braci Marii, kuzynostwa, jednej wielkiej familii. Wrócili jakoś w okolicach czternastej godziny, a resztę dnia pamiętała jak przez mgłę. Zarwała noc przesiadując w otoczeniu rodziny do późna, a wśród tych krzyków po katalońsku i śmiechu czuła, że wraca do niej dawna lekkość.
P r o m i e n i a ł a.
Nawet wtedy, gdy zmęczenie po podróży doskwierało. Może sekret tkwił w Mortizie, barcelońskim piwie, którego sobie nie żałowała? A może w tęsknocie za bliskimi? Rozmowy z rodziną pochłonęły ją do tego stopnia, że nie tylko zagłuszyła myśli, ale też wprawiła się w stan przyjemnego upojenia. Nawet prysznic nie zmył z niej tego stanu, a gdy przebrana w piżamę kładła się do łóżka czuła, jak policzki bolą ją od śmiechu, a alkohol przyjemnie szumi jej w głowie. Opadając na pościel w pokoju, który kiedyś należał do niej odetchnęła ciężko czując, jak oczy same się jej zamykają. Zdążyła jeszcze odwrócić się w jego stronę, wtulić w jego plecy i zasnąć, jakby cały ten Kanadyjski bałagan, był tylko złym snem. Nie był, podobnie jak Perezowi nie przewidziało się czułe spojrzenie Donniego, który najwyraźniej był oczarowany tym jak rozpromieniała. Ona była zbyt zajęta rodziną, z którą tak długo się nie widziała, by dostrzec to, czego uparcie doszukiwał się w innych Javier. No może nie w innych. W nim. Jakby czekał na jego lub jej chwilę słabości, ale ona nie zamierzała mu jej dawać.
Zasnęła.
— ¡Elena, por favor! — donośny głos ojca był pierwszym co ją wybudziło, ale zamiast otworzyć oczy wtuliła się mocniej w poduszkę. — Widziałaś moje okulary?! Jak mam dokończyć ten blat dla sąsiada bez okularów?! — Jordie już dawno powinien zwolnić, ale prawda była taka, że stolarstwo było całym jego życiem i nie potrafił tego zrobić. Chyba po nim Maria odziedziczyła zamiłowanie do drewna, którym zajmowała się jeśli akurat nie zlepiała jakieś rozbitych części. — ¡No me grites, Jordi! — zaraz rozległ się zniecierpliwiony głos matki, która zawsze wiedziała gdzie co jest. — Masz je na czole, staruszku! I przestań hałasować od siódmej rano, pozwól dzieciom pospać po podróży! — i choć ich wszystkie rozmowy brzmiały tak, jakby się awanturowali to dla nich to była zwykła codzienność. Tak się porozumiewali prawie całe życie, ale w tym gwarze chyba nie ma się co dziwić. W domu od świtu było głośno jak na straganie.
Przetarła oczy nasłuchując dźwięków dobiegających z dołu: śmiechu Mateo, który wygłupiał się z Jordim, oburzonego głosu matki, która próbowała młodym dziewczynom nałożyć porcje drożdżówki ignorując wymówki o diecie, a nawet kroków Xaviera, którego kątem oka dostrzegła przez uchylone drzwi i który to właśnie przemknął korytarzem w samych szortach mijając się z własnym kuzynem, wpadającym pożyczyć coś od dziadka. Tak zapamiętała ten dom. Jako miejsce, gdzie nie istniało coś takiego jak prywatność, drzwi nie dało się po prostu zamknąć, bo zaraz ktoś je otwierał, a w powietrzu unosił się zapach oliwy, pomidorów, drożdżówek, miłości i kompletnego chaosu.
Dawno nie spała tak dobrze, choć skłamałaby mówiąc, że głowa nie bolała po wczorajszym szaleństwie. Miło było dla odmiany znaleźć się w domu, gdzie dzieci od świtu nie wołają mamo to, tato tamto, a oni mogli mieć chwilę spokoju. Podniosła się ostrożnie chcąc wymknąć się z łóżka na tyle delikatnie, by nie zbudzić Javiera. W domu zwykle zrywał się o świcie, widocznie i jemu służyła Barcelona.
Duerme, cariño, duerme
