Strona 1 z 1

written in the stars (or not)

: sob sie 15, 2026 1:11 am
autor: albert thallman
You slurring all your words
Not making any sense
But I don't fucking care at all


Dziwne. High Park o północy tętnił życiem - pełno tu było zakochanych parek i grupek przyjaciół, którzy również byli zainteresowani deszczem meteorytów, tak samo jak jego wyimaginowana dziewczyna, Thalia. No dobra, nie wyimaginowana, bo istniała naprawdę, ale… nie była jego prawdziwą dziewczyną, tak? No tak. Wracając do tematu… Ech. Deszcz meteorytów. Jakby mało im było gwiazd na dachu w ich własnym miejscu pracy, Thalia wymyśliła sobie jakąś nocną eskapadę do High Park, ech? Ace przysiadł pod rozłożystym drzewem i oparł się o jego pień - miał w głębokim poważaniu, że gęste liście nad jego głową skutecznie zasłaniały połowę nieba. Dopóki Rosenhell tu nie dotarła, mógł siedzieć dokładnie tam, gdzie mu się podobało, prawda? Zresztą… te parki zakochane, nie? Z rozanielonymi minami pokazywali sobie palcami kolejne spadające gwiazdy, kurwa jego mać. Thallman przewrócił oczami na ten widok - kicz z taniego romansidła. Tyle miał do powiedzenia.

Wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki blanta i zapalniczkę. Odpalił go, zaciągając się powoli, a paląca się iskra rozświetliła na moment jego twarz. Po chwili wypuścił dym z płuc, patrząc na unoszące się obłoczki. Nic innego ze sobą nie wziął, tak swoją drogą - żadnego koca, prowiantu… Miał tylko telefon, portfel, kurtkę i zioło. A za to zioło najwyżej zabierze go stąd policja i wsadzi na dołek na dwadzieścia cztery i chuj. Przynajmniej miałby święty spokój od Thalii.

Ech, Thalia.

Na samą myśl o niej znowu się zirytował. Był na nią wkurwiony tak naprawdę od czasu tamtej akcji, gdy bezmyślnie wrzuciła na swoje sociale screenshota z jego prywatną wiadomością. Przez ten jej durny screenshot pokłócił się z siostrą, pożarł z przyjaciółką i nawet Carmel zauważyła, że coś z nim było ostatnio nie tak. Kurde, Thalia popsuła mu relacje z ludźmi, na których naprawdę mu zależało. Fuck. Jednak… umm... jakby to powiedzieć... wciąż nie zdołał jej tego wygarnąć.


Cause I have hella feelings for you
I act like I don't fucking care


Gdy tamtej nocy przyszedł do niej, żeby zrobić jej z dupy jesień średniowiecza i wyjaśnić wszystko raz, a dobrze, ta jędza czekała na niego bez koszulki. I co? I pan Albert Thallman, wielki samiec alfa, zapomniał języka w gębie i tak jakoś wyszło, że zamiast na awanturze, skończyło się na seksie i pocałunkach. Potem schemat się powtarzał - gdy tylko zostawali sam na sam, natychmiast zaczynali się całować, a publicznie… przy innych ludziach… zgrywali zakochaną parkę. Ace nie miał po prostu żadnej okazji, żeby powiedzieć Thalii coś w stylu "Ej, Rosenhall, zachowałaś się jak ostatnia ściera".

Ech.

Zgodnie z jej wiadomością, stawił się w parku po zakończonej zmianie, tuż po północy. Thalia miała przybyć za jakieś… piętnaście minut, więc miał jeszcze chwilę na wypalenie zioła i ułożenie w głowie tego, co chciałby jej powiedzieć. Może tym razem zdoła nie zamroczyć się jej dekoltem i nie ulegnie? Będzie twardy, yolo. No i dokładnie w tym momencie, gdy zaciągał się blantem po raz kolejny, a w głowie już zaczynało robić mu się szumiąco i błogo, dostrzegł Thalię na końcu alejki. Nie wstał, jakby co. Po prostu się przyglądał, jak Thalia powoli podeszła do niego bliżej i stanęła nad jego osobą. - Długo kazałaś na siebie czekać, kochanie - rzucił odrobinę cynicznie, strzepując popiół z blanta na trawę i dalej nie ruszając się z miejsca.


I'm only a fool for you
But I don't fucking care at all


𝒻𝒶𝓀𝑒 𝑔𝒾𝓇𝓁𝒻𝓇𝒾𝑒𝓃𝒹

written in the stars (or not)

: sob sie 15, 2026 1:29 pm
autor: Thalia Rosenhall
oh, maybe I'm too fragile
but maybe you're too mean


Doobra, ciężkie czasy wymagały czasem ciężkich decyzji, no nie? Czy jak to się tam mówiło, desperate times call for desperate measures? A cholera tam wie, wiecie, o co chodzi, i hope, kinda… no. Anyways. Musiała podejmować takowe decyzje, bo inaczej jej ex chłoptaś z Nowego Orleanu, który co chwilę wypytywał jej znajomych o nią albo pisał jej wiadomości typu 'tęsknię', 'niedługo się zobaczymy' nie dałby jej spokoju... A Albert zamiast, nie wiem, cieszyć się, że nie wstydziła się tego fejk związku i tak dumnie wstawiła skrina, jak wyznał jej miłość, co prawda wymuszoną miłość, no bo jedynym uczuciem, którym do siebie pałali, wciąż była nienawiść ze sporadycznym pożądaniem, tak fyi, jakby to jeszcze nie było oczywiste, to się kurwa do niej przysrał!

Jezu. No aż jej ciśnienie się podniosło, a serducho waliło jak oszalałe, do tego stopnia, że dosłownie czuła je w gardle... Nie lubiła tego uczucia.Zestresował ją na maksa, na tyle, że DLA NIEGO zrobiłaby coś, co obiecała sobie, że już nigdy nie zrobi dla żadnego innego mężczyzny, a mianowicie… cofnęłaby własne słowa i przyznała, że może trochę przesadziła. No było na tyle dramatycznie, mówię wam. Tylko jednej rzeczy nie potrafiła pojąć, a mianowicie, skoro tak bardzo ją wkurzał, skoro tak bardzo nie chciała na niego patrzeć, oddychać tym samym powietrzem co on, to dlaczego robiła wszystko, by znajdować się blisko niego? Dlaczego nie potrafiła oderwać wzroku, gdy rozmawiał z innymi kobietami, a przy okazji towarzyszyło jej przy tym delikatne ukłucie zazdrości? Dlaczego coraz bardziej chciała go po prostu poznawać? AH, to było za bardzo confusing.

you're a bad idea
but a real good time

Ucieszyła się, że zgodził się na tę 'randkę', która miała na celu oczywiście tylko i wyłącznie ułatwić Thalii udawanie, że go lubiła. Bo go nie lubiła, przypominam. Ogarnęła się w domu, bo miała dzisiaj rano tylko zmianę w kancelarii, gdzie musiała słuchać, jak Patel nazywał ją Athalią przez cały kurwa dzień. Ugh, emotional trauma. Założyła sukienkę i pojechała komunikacją miejską na miejsce. Wysłała Thallmanowi esemesa, że będzie lekko spóźniona, i starała się nie myśleć o tym, że to będzie pierwsze spotkanie, które faktycznie będzie przypominało coś w rodzaju r o m a n t y c z n e j randki? No chyba że pokłócą się o coś, a ten scenariusz był bardzo prawdopodobny w ich przypadku, więc jechała tam z pociskami w głowie, w razie gdyby musiała mu coś odburknąć.

Ścisnęła torebkę, którą miała przy boku, idąc przez park, i cholerajasnamać, w chuj zakochanych parek tu było. No proszę, a ona była święcie przekonana, że wpadła na coś idealnego i niesamowicie oryginalnego. Well, apparently not. Zauważyła go z daleka, czilującego pod drzewem. Miała nadzieję, że ją przytuli, chociażby wstanie, ale nie, siedział tam dalej niczym jakiś panicz i jeszcze tak sarkastycznie się do niej zwracał. Dupek. - Przepraszam, kotku - zaakcentowała to drugie słowo. - Musiałam jechać tutaj z przesiadkami - mruknęła i podeszła do niego, siadając obok na trawie. - Będziemy musieli później zmienić miejscówkę, jeżeli w ogóle chcemy coś zobaczyć. - Zerknęła na niego, a po chwili otworzyła torebkę i wyciągnęła z niej dwie bransoletki. Odłożyła torbę na bok i wsunęła jedną na swój nadgarstek, po czym chwyciła jego dłoń i bez żadnego skrępowania założyła drugą jemu. - Zrobiłam je nam dzisiaj, z okazji udawanego randkowania - uśmiechnęła się do niego, choć trochę się speszyła, bo nigdy nie robiła takich rzeczy… Może były to przeprosiny za tego skrina? Albo jej sposób, by namówić go, żeby jednak był z nią jeszcze jeden miesiąc? Przełknęła ślinę, odwracając od niego wzrok, i zapytała, - Zastanowiłeś się, czy byłbyś moim chłopakiem jeszcze jeden miesiąc?

i'm a couple minutes out from relapsing into you
oh, fuck it


𝕗𝕒𝕜𝕖 𝕓𝕠𝕪𝕗𝕣𝕚𝕖𝕟𝕕

written in the stars (or not)

: śr sie 19, 2026 2:30 pm
autor: albert thallman
Enlighten me, my dear
Why am I still here, oh


Zanim Thalia do niego podeszła, pomyślał sobie, że jej bliskość od jakiegoś czasu zakłócała jego feng shui; skoro jednak chwilowo nie mógł z tym absolutnie nic zrobić, postanowił po prostu płynąć z prądem. Gdy usiadła obok niego na trawie, usłyszała jedynie chłodne mruknięcie, a sam ostentacyjnie przewrócił oczami. Widok Thalii w sukience i ten jej pewny siebie krok sprawiły, że momentalnie zaczęły targać nim sprzeczne emocje. Z jednej strony pojawiła się dobrze mu znana, cholerna irytacja, a z drugiej - jeszcze bardziej cholerne, dziwne gorąco, które zalewało go za każdym razem, gdy znajdowała się zbyt blisko. Nie znosił tego uczucia, zwłaszcza, że wciąż miał mnóstwo powodów, by po prostu kazać jej spierdalać. Przepraszam, kotku. Musiałam jechać tutaj z przesiadkami. Zmrużył oczy. - Sama wybrałaś to miejsce, nie mogłaś wybrać czegoś bliżej? - rzucił pod nosem, wypuszczając z płuc chmurę dymu. Ot, niby zwykłe stwierdzenie… ale jednak w głowie pojawiła mu się myśl, że przyszedł tutaj dokładnie tak, jak chciała. Bez marudzenia stawił się po zmianie w pracy i specjalnie dla niej zignorował zmęczenie, kurwa.


Like… why? Eh, nevermind.


Będziemy musieli później zmienić miejscówkę, jeżeli w ogóle chcemy coś zobaczyć. - Tu mi wygodnie na razie - dodał krótko, rozglądając się na boki. Najbliższa para siedziała kilkanaście metrów od nich i Bogu dzięki! Ostatnią rzeczą, jakiej dzisiaj potrzebował, było to, żeby jakiś obcy typ zaczął go zaczepiać tekstami o romantycznym oglądaniu gwiazd, wypytywać, jak długo są razem i czy nie chcą spiknąć się na podwójną randkę, bo przecież wyglądają tak cool… Bla, bla, bla. Bzdury (a taka akcja przytrafiła im się w zeszłym tygodniu na plaży, kurwa jego mać). Zerknął z ukosa na Thalię, gdy akurat zaczęła grzebać w swojej torebce i wyciągnęła z niej dwie bransoletki. The hell? Rosen-HELL? Wywrócił oczami, gdy bez pytania chwyciła jego dłoń i zaczęła odpinać zapięcie, by wsunąć mu ozdobę na nadgarstek. Czarna bransoletka z jednym białym koralikiem była, nie da się ukryć, całkiem fajna, ale za nic na świecie nie przyznałby tego na głos. Zrobiłam je nam dzisiaj, z okazji udawanego randkowania. - Ty to nazywasz udanym randkowaniem? - parsknął pod nosem, specjalnie przekręcając jej słowa, chyba tylko po to, żeby jej dopiec. Pozwolił jej dokończyć mocowanie zapięcia, po czym zabrał nadgarstek z powrotem. - Dzięki - mruknął znacznie ciszej, po czym podał jej swojego blanta niczym fajkę pokoju. Znowu. Tak samo, jak to zrobił na dachu.

Westchnął ciężko i położył się na trawie. Utkwił wzrok w gęstych liściach nad swoją głową, które kołysały się łagodnie na nocnym wietrze. Boże, sam nie wiedział, dlaczego zgodził się na to spotkanie o tej porze i w ogóle dlaczego dał jej się wplątać w cały ten rąbnięty plan, psia mać. Powinien się na nic nie zgadzać. No cóż, trudno. Mądry Thallman zawsze po szkodzie… Eh…

Zastanowiłeś się, czy byłbyś moim chłopakiem jeszcze jeden miesiąc? Cisza. Kurczę, to był ten moment, nie? Powinien jej powiedzieć to, co chciał powiedzieć jej ostatnio. W końcu i tak czekała, aż się uzewnętrzni, nie? To był idealny moment. Musiał się tylko odważyć. No, z tym będzie trudniej. - Tak, zastanowiłem się - odpowiedział po dłuższej chwili. Zamiast patrzeć na swoją seksowną towarzyszkę, zaczął leniwie obracać palcami nową bransoletkę na swoim nadgarstku. Serio, rozważył w głowie każde za i przeciw tej sytuacji, ale skoro wszyscy jego bliscy i tak święcie wierzyli, że się z nią spiknął, wolał pociągnąć ten układ do końca i wreszcie mieć spokój (nie chciało mu się przepraszać dwa razy). - Skoro zabrnęliśmy tak daleko, przecierpię jeszcze ten miesiąc, ale miejmy jasność. Przesadziłaś z tym screenshotem, a przez twój durny popis pokłóciłem się ze wszystkimi ważnymi dla mnie osobami - wyjaśnił chłodno, ale to jeszcze nie był koniec, o nie. Jeśli Thalia chciała właśnie coś powiedzieć albo odpyskować, przerwał jej uniesieniem dłoni. - Wyobraź sobie, że cię pamiętają, Rosenhall - rzucił od niechcenia, wciąż wpatrzony w korony drzew.

Nagle sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki, wyciągnął z niej lekko pogniecioną, papierową serwetkę i bez słowa położył ją jej na kolanach. Też coś dla niej miał, mimo że go wkurwiała. - Proszę, z okazji udanego randkowania - rzucił ironicznie pod nosem, w dalszym ciągu przekręcając pierwotne znaczenie jej słów. Na serwetce znajdował się mały portret wykonany czarnym długopisem. Dość niechlujny, robiony na szybko na barze, ale idealnie oddawał zamyślony wyraz twarzy Thalii (kiedy akurat nie była dla niego wredna albo do porzygu słodka, bo akurat zmieniała się w perfect girlfriend material). Zaraz potem wyrwał jej swojego blanta spomiędzy palców, bo wybitnie długo mu go nie oddawała, a teraz chciał go z powrotem, jasne? Zaciągnął się porządnie i westchnął. - Masz już na oku nową pracę? No bo wiesz, zegar tyka - rzucił jeszcze na koniec, przymykając oczy.

Kurde, całkiem fajny byłby to wieczór, gdyby przyszedł tu sam i po prostu w ciszy delektował się spokojem. No ale… jakoś musiał to przeżyć i pogodzić się z obecnością Thalii. Ech. Przede wszystkim musiał jednak zagłuszyć to pierdolone uczucie, kiedy jego własne serce cicho protestowało na samą myśl o jej odejściu z pracy. Zupełnie jakby wbrew rozsądkowi chciał ją przy sobie… zatrzymać. Hah. On? Thalię Rosenhall? Kurwa, never.

In the back of my mind
I killed you
And I didn't even regret it
I can't believe I said it
But it's true
I hate you


𝒻𝒶𝓀𝑒 𝑔𝒾𝓇𝓁𝒻𝓇𝒾𝑒𝓃𝒹

written in the stars (or not)

: pt sie 21, 2026 6:05 am
autor: Thalia Rosenhall
but I’m not leavin you
let’s ditch it all just say the word


Serio chciała spędzić z nim miły wieczór. Wiedziała, że tamta sytuacja nie do końca została między nimi wyjaśniona, bo za każdym razem, gdy próbowali podjąć próbę jakiejkolwiek głębszej rozmowy, kończyło się tak, że lądowali w swoich ramionach. Tym razem miała nadzieję, że może ta randkocośpodobnego sprawi, że Thallman zauważy, że gryzło ją to, jak atmosfera między nimi tak nagle przeskakiwała z jednej skrajności w drugą. Dobra, nienawidzili się. To już było wiadome. Ale fajnie było się nienawidzić i całować ze świadomością, że nie ma kolejnego argumentu wiszącego między nimi. Zamiast tego był opryskliwy i usilnie próbował jej pokazać, jaki to nie jest in charge of everything, himself included. Mkay. Uniosła brew, zerkając na niego w dół, po czym wzruszyła ramionami. - No dobrze, skoro ci wygodnie - dodała, zanim usiadła obok niego i wręczyła mu bransoletkę pokoju. No bo w taki sposób od razu będzie wiedział, że była sorry i nie musiała mówić mu całej reszty, co nie? XD

and when these lights burn out
i hope we’ll look back and smile

Spojrzała na niego przez dłuższą chwilę, zanim zaśmiała się na jego słowa, przewracając oczami. - A nie jest udane? Przecież tutaj jesteś, Thallman. - Chwyciła od niego blunta i zaciągnęła się, trzymając dym odrobinę dłużej w płucach, zanim go wypuściła. - Chyba muszę robić coś dobrze. - Wsunęła włosy za ucho i posłała mu słodki uśmiech. - Widzisz? Jesteśmy teraz matching. - Wysunęła nadgarstek w jego kierunku, chwaląc się swoim dziełem, no bo nie była aż taka artsy, okay? Serio się starała! Przyglądała mu się, gdy położył się na trawie, czekając na jego odpowiedź. - Okej, więc? - zapytała, gdy ogłosił, że się zastanowił. Dobra, przynajmniej zaraz uzyska odpowiedź. Kaching. Progres.
Eh. Znowu ten jebany screenshot.

Fucking knew it. Była gotowa wyjąć ten telefon i usunąć to zdjęcie, ale już serio nie wiedziała, co ma robić w tej sytuacji, poza powiedzeniem mu jeszcze raz prosto w twarz, że… - Przepraa… - Nie dał jej dokończyć. Uchyliła lekko usta w szoku, gdy uniósł dłoń przed jej twarzą, co tylko jeszcze bardziej ją wnerwiło, bo co to w ogóle było za gest w jej kierunku? Zanim jednak zdążyła mu to wypomnieć, wypowiedział kolejne słowa, wcale na nią nie patrząc.

''Wyobraź sobie, że cię pamiętają, Rosenhall.''

Słysząc te słowa opuszczające jego usta, ścisnęło ją w gardle, a nieprzyjemne ciepło wraz z kontradykcyjną gęsią skórką przeszło przez całe jej ciało. Cholera. W końcu Albert był najlepszym przyjacielem Chrisa. Wiedziała, że nienawidził jej za to, co się stało, ale jakaś naiwna część niej miała nadzieję, że może po tych wszystkich udawanych randkach, zostawaniu we dwójkę późno po pracy, powrotach ze zmian i długich spacerach, jednak zbliżyli się do siebie chociaż w najmniejszym skrawku. Teraz doszło do niej, że wciąż wszyscy uważali ją za wroga. Za osobę, która przyczyniła się do śmierci biednego Christophera Jacobsa. Idealnego przyjaciela, syna, kochającego chłopaka, który zginął tragiczną śmiercią przez dziewczynę, która kazała mu jechać pod wpływem.
Kurwa. Poczuła pieczenie pod powiekami i odwróciła wzrok, przez moment wpatrując się w pary, które obserwowały gwiazdy promieniujące na ciemnym niebie. Po chwili spojrzała na kartkę, którą położył jej na kolanach, wciąż nic nie odpowiadając. Uniosła coś serwetkopodobnego, rozprostowała skrawek i ujrzała swój portret naszkicowany długopisem.
Podwójne kurwa. Mieszał jej w głowie. Doprowadzał jej serce do nieregularnego bicia, które wytrącało ją z kontroli. Mówił jedno, a robił drugie. Nawet nie zorientowała się, kiedy blunt między jej palcami zaczął powoli dogasać. Zerknęła na niego dopiero wtedy, gdy wyjął jej go z dłoni..
Potrójne kurwa. Znowu… znowu to robił. Dopierdalał jej, by chwilę później zrobić coś słodkiego, by po chwili znowu jej dopierdolić. Zamknęła na moment oczy, starając się uspokoić wewnętrznie, bo jedyne, na co miała w tamtym momencie ochotę, to odegrać się i powiedzieć mu wszystko, co ją wkurwiało. Wzięła głębszy wdech… wypuściła oddech spokojnie… Głębszy wdech iiii…
Spoiler
5 lat wcześniej

- Proszę pozwolić mi tam wejść, muszę z nią porozmawiać! - krzyknęła około pięćdziesięcioletnia kobieta, starając się przedostać do sali, w której leżała Thalia. Było to zaledwie tydzień po wypadku, w którym zginął Christopher. - Proszę tu poczekać… zapytam pacjentki - odparła pielęgniarka, odwracając się i zamykając za sobą drzwi. Podeszła do dziewczyny, uśmiechnęła się do niej delikatnie i wytłumaczyła, że matka Christophera potrzebowała się z nią zobaczyć. - Dobrze, proszę ją wpuścić - mruknęła obolała Thalia. Z pomocą pielęgniarki ustawiła łóżko do siadu, tak by mogła lepiej przyglądać się kobiecie. Matka Christophera była zazwyczaj spokojną osobą, a Thalia domyślała się, że może chciała po prostu zobaczyć, jak ona sama się czuła, albo zapytać, co dokładnie wydarzyło się tamtej nocy. Nie spodziewała się takiej reakcji. Kobieta dosłownie wparowała do sali i zaczęła wykrzykiwać multum epitetów w stronę Rosenhall. - Zabiłaś go! To twoja wina! Upewnię się, że całe Oakville będzie wiedziało, jaką diablicą jesteś!

- Ale… to nie tak. Gdyby pani wiedziała… - Thalia próbowała się wytłumaczyć. - Co wiedziała?! Że zabiłaś mojego syna?! Że kazałaś mu prowadzić, chociaż wiedziałaś, że był po alkoholu?! Nie będziesz go oczerniała, kiedy nie może się bronić! Zniszczę cię, Rosenhall, zapamiętasz mnie! - Dorzuciła to, zanim została wyprowadzona przez personel, a Thalia? Siedziała wtedy roztrzęsiona i zszokowana całym zajściem. I w tamtym momencie przysięgła sobie, że nikomu nic nie powie. Zatrzyma tę tajemnicę dla siebie, bo przecież Christopher nawet nie mógł się obronić, no nie? A wszyscy i tak ułożyli sobie wersję zdarzeń, która nijak nie łączyła się z tym, co wydarzyło się naprawdę. W obawie o reputację jej rodziny, o to, co będą myśleli o niej bracia, z dnia na dzień wyjechała do Nowego Orleanu, starając się po prostu odciąć od wszystkiego i uciec od problemów. Tylko kto by pomyślał, że uciekanie od problemów wcale nie znaczy, że człowiek faktycznie się ich pozbywa.
Let’s leave it all this evening
Say fuck the world and make it last

Teraz, wpatrując się w ten świstek z rysunkiem, który wykonał dla niej Albert, czuła się tak jak wtedy. Tylko teraz, zamiast samej bezsilności, czuła również gniew. Gniew, który musiała na nim wyładować. - Co pamiętają? - spojrzała na niego gniewnie. - że zabiłam ci przyjaciela? - Nachyliła się do niego. - że twój przyjaciel był na tyle idiotą, żeby wsiąść za kółko po pijaku i cholera wie po jakich narkotykach, które wziął tamtej nocy? - Zrobiła smutną minkę. - Czemu go nie ochroniłeś, huh? Nie uratowałeś od tej niewdzięcznicy, która skazała go na taki koniec, a nie inny? - Spojrzała mu prosto w oczy, wyciągając blunta spomiędzy jego palców. Zaciągnęła się mocno, po czym wypuściła dym obok jego twarzy. - No dalej, Thallman, powiedz mi… jak to jest pieprzyć byłą dziewczynę swojego zmarłego przyjaciela? - Wsunęła blunta z powrotem między jego palce. Cholera, starała się być tough, walczyć ze łzami zbierającymi się w jej oczach, ale nie mogła, dobra? Not at this moment. - Mam dwie prace, Albert. Jakoś sobie poradzę. Już niedługo się mnie pozbędziesz. - Westchnęła, podnosząc się z trawy. Wsunęła serwetkę do torebki, bo pomimo tego, że była na niego zła, było jej cholernie przykro i czuła się tak, jakby zaraz miała zwymiotować od tych wszystkich emocji.. to poza wspomnieniami i zdjęciami, które razem zrobili w tym krótkim czasie 'tylko ze względu na udawane' randkowanie, allegedly, był to pierwszy raz, kiedy dostała coś osobistego od chłopaka. Nawet jeśli był to fake boyfriend.. chciała zachować to dla siebie, - Siedź tu sam - mruknęła, spoglądając na niego z góry. Odeszła od niego na jakieś kilkanaście metrów i położyła się na trawie, wpatrując się w gwiazdy. Raz po raz przymykała oczy na dłuższą chwilę, żeby się uspokoić i zaakceptować fakt, że stars were not aligned in her favour that evening.... a Thallman coraz bardziej stawał się jej osobistym zaćmieniem. How fun, eh?

i wanna get the feeling that
we’ll be ok it’s not so bad


𝕗𝕒𝕜𝕖 𝕓𝕠𝕪𝕗𝕣𝕚𝕖𝕟𝕕