Strona 1 z 1

fight or flight or freezing

: sob sie 15, 2026 1:15 am
autor: benjamin thallman
i've been in this world
i know 'bout sin

Cholera.

Kto by pomyślał, że z jednego silly pomysłu, który narodził się po pijackiej eskapadzie Benjiego, wyniknie coś takiego? Chłopak rzucił wtedy telefonem tak o, w górę, twierdząc, że jego telefon jest niczym ta cegiełka nokia za starych czasów(chlip chlip? i'm that old???) i się przecież nie rozjebie… well… telefon się rozjebał. A ekranik, na którym jeszcze chwilę wcześniej tak pięknie prezentował się słodki selfiaczek jego i jego przyjaciela Ayaana, zamienił się w rozpikselizowane coś… co… hmm, właściwie nie dało się tego zbytnio opisać. No ale anyways, tak czy owak, dzięki tej eskapadzie i temu jakże tragicznemu zdarzeniu powstała nazwa jego zespołu - The P!x3ls! Może też trochę dlatego, że uwielbiał Sex Pistols, ale ciii.

Odłożył gitarę na bok, przeciągając się, by po chwili wysunąć telefon z kieszeni. Już właściwie na pamięć, trochę na oślep, wiedział, który kontakt należał do Ayana, więc wybrał jego numer i nagrał mu wiadomość głosową, bo nie wiedział, co tamten aktualnie robił, okej? - Aya, weź rusz się po mnie. Za jakąś godzinę będę na Coxwell Avenue, pójdziemy na plażę, przyniosę piwko i blancika i wiem, wiem, jesteś sportowcem, wschodzącą gwiazdą, blablabla, nie powinieneś, no ale z przyjacielem się nie napijesz??? - parsknął pod nosem. - Muszę ponarzekać ci na Abbs. Nie wiem, coś nam się nie klei. Już nawet nie wspomnę o tym, że od dłuższego czasu muszę się wysilać, żeby mi stanął, a jest piękna… hot… Kurwa, co ze mną nie tak? - westchnął, przejeżdżając dłonią po twarzy. Kurde, uwielbiał ją. Kochał… chyba? Zależało mu na niej, naprawdę mu zależało, no ale ostatnimi czasy jego wzrok zatrzymywał się o ciapkę dłużej na mężczyznach niż właśnie na swojej dziewczynie. A Aya… jego orzechowa karnacja, ciemne oczy i te włosy, w które mógłby wszczepić swoje długie palce…
Ja pierdolę, Thallman, o czym ty myślisz?
Odchrząknął szybko, jakby Ayaan miał jakimś cudem usłyszeć jego 'grzeszne' myśli. - Dobra, see ya! - mruknął i rozłączył się, odwracając do swojego zespołu. - No na co się gapicie? - burknął pod nosem, zanim zgarnął butelkę piwa i otworzył ją o kant stołu, po czym upił kilka większych łyków. - Coś ty się tak speszył? - rzucił jeden z nich. - A co cię to kurwa obchodzi? Nie speszyłem się - machnął ręką. - Idę się spotkać z Ayą, biorę sześciopak - oznajmił, chwytając piwo i ruszając w kierunku miejsca, gdzie mieli się spotkać.

Oparł się o murek, wyciągnął fajki i odpalił jedną, zaciągając się mocno i zastanawiając, o co mu do jasnej petronelki chodziło ostatnimi czasy. To musiał być jakiś kryzys egzystencjalny. Może sława uderzyła mu do głowy? W końcu mieli całe jedenaście fanów, a to już był breakthrough, co nie? Jeszcze moment i zaczną ich rozpoznawać w lokalnym walmarcie, cholibka. Wypuścił dym z płuc i dopiero wtedy dostrzegł swojego przyjaciela. - No siema, gotowy na romantyczny wieczór? - uniósł brew, parskając śmiechem, zanim zgasił niedopałek podeszwą i podszedł do Ayaana, przytulając go szybko. Tak po kumpelsku, o. Zupełnie normalnie. Chociaż cholernie dobrze pachniał. Dobra, nie. Pachniał jak zwykle. Odsunął się od niego i podrapał po swojej bujnej czuprynie, próbując nawet nie analizować tego, dlaczego w ogóle zwrócił na to uwagę. - To co, idziemy? - wskazał głową kierunek drogi, chwycił sześciopak i ruszył obok niego, tak po prostu idąc ramię w ramię ze swoim przyjacielem, aż w końcu dotarli do celu. Eh.

Aya

fight or flight or freezing

: sob sie 15, 2026 2:05 pm
autor: Ayaan Malviya
Akurat kończył trening – poza poranną rozgrzewką i kilkoma kółkami wokół szkolnego boiska miał jeszcze zaplanowaną siłownię, i to właśnie na niej spędził najwięcej czasu. Wiadomo, głównie ćwiczył swoje nogi (jak na sprintera przystało), ale jako wieloletni sportowiec doskonale zdawał sobie sprawę, że resztą ciała również trzeba się zająć. Dlatego zaimplementował do treningu całą masę ćwiczeń obejmującą również klatkę piersiową, plecy, brzuch i ręce. Trochę na tej siłowni posiedział, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że minęła nieco ponad godzina. Bo kiedy miał na uszach słuchawki i leciała akurat płyta jego ulubionego zespołu to potrafił na chwilę zapomnieć o otaczającym go świecie.
Powiadomienie o wiadomości dostał akurat jak wychodził z prysznica. Początkowo je zignorował, bo najpierw chciał się dokładnie wytrzeć i choćby połowicznie wysuszyć włosy. Gdy po kilku minutach był już względnie ogarnięty to w końcu chwycił za telefon. Uśmiechnął się widząc podłużny kafelek ze zdjęciem Benjamina i oznaczeniem wiadomości głosowej. Odsłuchał ją, kładąc smartfona na ławce i jednocześnie nakładając na siebie świeże ubrania.
Akurat wychodzę z szatni, Ben. Zjem coś jeszcze na szybko, bo jestem po treningu i za niecałą godzinę będę na Coxwell — zaczął również nagrywając głosówkę. Celowo nie skomentował „piwka i blancika”, bo nawet jeśli powiedziałby, że nie chce nic pić to i tak wiedział, że kumplowi uda się być na tyle przekonującym, że ulegnie. Dlatego nawet nie podejmował tej nierównej walki. — A co do Abbs... czasami nie wystarczy tylko bycie pięknym. Może potrzebujesz czegoś głębszego, czegoś co najpierw chwyta za serce. A później za fiuta — dodał szybko, kiedy pojawił się temat związkowy. Nie był sercowym ekspertem, bo nigdy nie miał żadnej poważnej relacji, ale bardzo chciał mu dać jakąś dobrą radę. Jednak żeby to wszystko nie zabrzmiało zbyt... poważnie to skusił się na zakończenie wiadomości w nieco luźniejszym tonie. Uznał, że to raczej temat do rozmowy w cztery oczy.
Schował telefon do kieszeni i pospiesznie ruszył w stronę pierwszego miejsca, które przyszło mu do głowy – pobliskiej budki z hotdogami. Wsunął jednego i o dziwo nawet nie ubrudził jasnej koszulki obficie nalanym do bułki sosem, a chwilę później był już w busie, który miał go dowieść na miejsce spotkania.
Bena dostrzegł już z oddali – postać otoczona ogromną chmurą tytoniowego dymu to musiał być on. Widząc go od razu przyspieszył, jakby wręcz nie mógł się doczekać tego spotkania. Bo z Thallmanem bardzo lubił spędzać czas, czuł się przy nim totalnie wyluzowany. Nie musiał nikogo udawać, mógł być głupkowatym sobą i mógł też o wszystkim pogadać. W całym tym luzie świadomość tego, że może na niego liczyć była niezwykle ważna.
No witam, oczywiście — odparł wesoło z uśmiechem na ustach, odwzajemniając uścisk. Pewnie nawet złapał go jakoś nieporęcznie w pasie, ale na szczęście ten przytulas był na tyle krótki, że nie powinien uznać, że stało się coś dziwnego. — Aye, prowadź, kapitanie!
I poszli. Ta podróż zbyt dużo czasu im nie zajęła, a gdy w końcu byli na miejscu, rozsiedli się i być może nawet otworzyli po pierwszym piwku można było zacząć tematy nieco bardziej skomplikowane.
Dobrze, że wziąłeś ten sześciopak. Ja też wziąłem jeden ze sobą, ale z mojego się nie napijesz — Skąpo podwinął skrawek materiału, odsłaniając swój brzuch. — Chociaż... — Zaśmiał się od razu, spoglądając na Benjamina, jakby chciał mu samym spojrzeniem dać znać, że zaraz zacznie ten nieco poważniejszy temat. Chociaż wcale mu się to nie uśmiechało. Już lepiej szła mu algebra niż doradzanie w związkach.
Przycisnął puszkę do ust i wziął kilka większych łyków. Jakby musiała go uderzyć pierwsza dawka alkoholu, bo na trzeźwo to w ogóle nie ma co poruszać takich wątków.

benji

fight or flight or freezing

: ndz sie 16, 2026 2:54 pm
autor: benjamin thallman
it was summer when i saw your face
looked like a teenage runaway


Bardzo usilnie starał się przypomnieć sobie, kiedy tak naprawdę zaczął przyjaźnić się z Malvim. No i tak szedł i szedł w kierunku Coxwell street, na oślep klikając głosówkę, którą tamten mu nagrał, uśmiechając się pod nosem, gdy tylko usłyszał głos swojego bestie i zastanawiając się… no właśnie, kiedy to właściwie było? Wtedy, gdy podczas gry w zbijaka przypadkowo strzelił mu piłką w bok twarzy, starając się wcelować w jęczącą Bertę, bo wkurzała go cały dzień w szkole i kradła mu jego ulubiony ołówek? (serio, miał swój ulubiony ołówek). Czy może wtedy, gdy na zajęciach z PE próbował zaimponować gwiazdeczkom trackingu, że on, Benjamin Thallman, kochający w tamtym czasie wszystko, tylko nie wysiłek fizyczny, też coś potrafi? No i ten no… tak bardzo chciał się popisywać, że wyjebał się dosłownie pod nogami Ayaana, który wcześniej zdążył go już dwa razy wyminąć.

Może to było właśnie wtedy?

A cholera jego wiedziała.
Pochodzili niby z dwóch zupełnie różnych światów, a Aya rozumiał go jak nikt inny. Parsknął pod nosem, słysząc poradę przyjaciela, i pokiwał głową w rozbawieniu, zanim wsunął telefon z powrotem do kieszeni. Może miał rację? Chociaż Abby chwytała go za serce i właśnie o to chodziło… prawda? Może po prostu w pewnym momencie sama nostalgia albo przywiązanie przestawały wystarczać? A motylki w brzuchu, które na początku latały dla niej, najzwyczajniej w świecie zmieniły kierunek lotu i teraz kierowały się prosto w stronę jego najlepszego przyjaciela?

No popieprzone to było.

Przytulanie go dzisiaj było delikatnie inne niż zazwyczaj. Nie wiedział, czy była to intensywność zapachu żelu pod prysznic, którym Aya umył się po treningu, czy może szampon, perfumy, których użył… a może sposób, w jaki jego dłoń ułożyła się gdzieś przy pasie Benjiego, gdy odwzajemnił przytulenie? Rzeczy, których nigdy wcześniej nie zauważał, a dzisiaj, przez ten swój naganny overthinking, zauważał aż za b a r d z o.

Odsunąwszy się od niego, uśmiechnął się szeroko. - Tędy, komradzie - zasalutował mu dwoma palcami przyłożonymi do czoła i parsknął śmiechem, ruszając w kierunku plaży, na której po kilku minutkach już pięknie ładnie siedzieli. Podał Ayce (ajce, hihi) puszkę piwka, sam sięgając po swoją, ale gdy tamten podwinął koszulkę, Benji przez moment przypominał kotełka z serduszkami w oczach. Cholerajasnajegobytomać. Przełknął ślinę, śmiejąc się trochę nerwowo, zanim wysunął dłoń i bez najmniejszego pytania przejechał palcami po jego mięśniach. - Cholera, Aya, nieźle tam cię męczą - mruknął, odsuwając dłoń dopiero po chwili i zerkając na niego spod lekko uniesionych brwi. - Poza tym don't try me, bo wiesz, że mógłbym to zrobić. - Uśmiechnął się pod nosem, zanim skierował spojrzenie gdzieś przed siebie, na taflę jeziora. - Oszczędzę ci mojego widoku - zbliżył się do niego, pochylając się do jego ucha, bo przecież absolutnie musial to pwiedzieć szeptem jak jakiś sekret... To nic, że byli prawie sami na tej plaży, pomijając kilka osób na krzyż i jakiegoś psa aportującego piłkę kawałek dalej. - Bo albo się zniesmaczysz, albo zakochasz. - Parsknął śmiechem i odsunął się, otwierając swoją puszkę. Przez moment tylko wpatrywał się gdzieś przed siebie, zanim nagle, zupełnie tak o, rzucił, - Myślisz, że powinienem z nią zerwać? - wziął większego łyka piwa jak gdyby nigdy nic, jakby właśnie zadał mu pytanie z kategorii bierzemy chipsy paprykowe czy zielona cebulka?, a nie zrzucił na swojego najlepszego przyjaciela bomby ważącej dobre pół tony i dotyczącej jego pieprzonego związku. Po chwili tylko przetarł wierzchem dłoni piankę, która osiadła mu nad górną wargą. Nie no, Thallman był jakimś wyginionym gatunkiem, takim, nad którego zdjęciem w podręczniku od biologii znajduje się wielki znak zapytania, bo nawet naukowcy nie wiedzą jak to skomentować. Całe szczęscie, że miał Ayaana w swoim życiu. Chociaż on go rozumiał. Co nie?

aya

fight or flight or freezing

: pn sie 17, 2026 10:06 pm
autor: Ayaan Malviya
Gdyby tak się nad tym zastanowić to... może właśnie dlatego tak dobrze się rozumieli – bo byli z dwóch zupełnie innych światów, więc na wszystko patrzyli z nieco innych perspektyw. Wszystko mogli razem przegadać na różne sposoby, jeden mógł pokazać drugiemu jak widzi jakąś daną rzecz i co o tym sądzi. A że poznali się w sprzyjających warunkach to nie prowadziło to do konfliktów, tylko do żywych dyskusji, które raczej odbierało się jako dobrą, przyjacielską poradę.
Ayaan oczywiście nie zauważał tych subtelnych zmian w zachowaniu Bena. Bo nawet jeśli dochodziło do jakichś dwuznacznych gestów, sprośnych żartów czy przypadkowego zetknięcia się dłoni, to uważał je jako kumpelskie zgrywanie się. Tak naprawdę od samego początku nie mieli wobec siebie hamulców – czuli się w swoim towarzystwie raczej wyluzowani, mogli naprzemiennie ciskać się głupkowatymi tekstami, by ostatecznie po raz kolejny wyznać sobie, że są prześwietnymi przyjaciółmi.
Był tak nieświadomy, że nie zauważył nawet, że Benjaminowi ewidentnie zaświeciły się oczy, gdy odsłonił kawałek jeszcze nawet nienapiętego brzucha.
Cholera, bo przecież byli tylko przyjaciółmi, nie musiał zwracać uwagi na takie rzeczy. Prawda?
P r a w d a?
Nawet nie wzdrygnął, gdy poczuł opuszki jego palców na swojej skórze. Ten dotyk nie był dla niego obcy – może w takiej formie był rzadszy, ale ogólnie nie był czymś nowym. Nie był czymś przed czym by się wzbraniał, co uznałby za dziwne. Dlatego tym razem też uznał to za zupełnie zwyczajne, niepodszyte żadną niespodziewaną intencją.
Trochę sam się tak męczę — odparł, śmiejąc się, bo niestety same bieganie nie dałoby tak dobrych efektów. Musiał do tego dołożyć siłownię, trochę bardziej restrykcyjną dietę (ale piwka by sobie w życiu nie odmówił) i wiele innych, mniejszych wyrzeczeń. Ale czego to się nie robi żeby dobrze wyglądać. Nawet jeśli jeszcze nie do końca wiedział dla kogo (poza samym sobą) stara się lepiej wyglądać. Przecież swoje życie uczuciowe mógł opisać dwoma prostymi słowami – nie istnieje.
Pfff, już cię widziałem kilka razy bez koszulki. Ale może powinienem częściej, żeby pilnować czy faktycznie się nie zapuściłeś... — zaśmiał się znowu, bo wiedział jak to niedorzecznie brzmi. Pewnie sobie nawet to wyobraził – jakieś takie cotygodniowe kontrole masy tłuszczowej Bena. W razie czego zawsze mógł go zmusić do chodzenia na siłownię. Razem jaśniej, a też od razu lepiej by się poczuł jakby dostrzegł pierwsze, subtelne efekty! — Na pewno bym się zakochał.
Zakochał?
Dopiero po wypowiedzeniu tego słowa zaczął je bardziej analizować. Mógłby w ogóle obdarować takim uczuciem innego faceta? Nie był pewny, ale kogoś tak bliskiego łatwiej byłoby pokochać. Przynajmniej tak mu się wydawało. Całe szczęście, że z tego zamyślenia wyciągnął go głos przyjaciela.
Spojrzał na niego, a jego twarz zdawała się mówić are you fcking kidding me. Nigdy nie uważał się za eksperta związkowego, to raczej on powinien podpytywać innych. Nie pamiętał kiedy ostatnio darzył kogoś takim uczuciem. Kiedy z kimś się przytulał, zapraszał do siebie lub cmokał na powitanie. Był tragiczny w sprawach miłosnych, nie zauważał nawet sygnałów, które ktoś z boku mógłby wychwycić niemal od razu. I nawet gdyby ktoś go z nimi skonfrontował to pewnie by uparcie twierdził, że to wcale nie tak.
Ale dlaczego tak prosto z mostu... nie wiem czy jestem już gotowy na poważne tematy. Echhhh — Westchnął przeciągle, nie wiedząc od czego zacząć. — A kochasz ją? Tak szczerze. Poświęciłbyś się dla niej? Skoczył za nią w ogień? To coś więcej czy tylko fajna buzia i fajne cycki? Pojechałbyś do niej gdyby zadzwoniła w środku nocy? Możesz wyżalić się jej na każdy temat?
Ten grad pytań to nie bez powodu, ale gdyby sam miał sobie kogoś znaleźć to właśnie tego by oczekiwał – oddania, lojalności i rozmów na każdy, nawet najtrudniejszy temat.

benny

fight or flight or freezing

: sob sie 22, 2026 5:52 pm
autor: benjamin thallman
i know you're my person
and i won't find no one like you


p r z y j a ź ń

Gdzie właściwie zaczynała się granica przyjaźni, a gdzie się kończyła? No właśnie. Na to pytanie starał się sobie ostatnio odpowiedzieć, bo od kilku tygodni coraz częściej przyglądał się swojemu przyjacielowi jak pięknemu canvasowi sztuki. Słuchał go zupełnie tak, jak wsłuchiwał się w dźwięki piosenek nagrywanych przez jego zespół, wyłapując każdą drobną zmianę tonu głosu. Czytał wiadomości, które od niego dostawał, ze zdecydowanie zbyt szerokim uśmiechem na twarzy, niż pozwalała na to zwykła kategoria p r z y j a ź n i, co nie?
Cholera.
Te przytulenia, które za każdym razem trwały odrobinę dłużej. Wymienianie się blantem tylko po to, żeby poczuć choć namiastkę śladu po ustach Ayaana. Benjamin wariował. Nie był pewien, gdzie i kiedy dokładnie przekroczył tę pieprzoną granicę, ale miał świadomość jednego. Jeżeli chciał w jakimkolwiek sensie utrzymać tę przyjaźń, to musiał się kurwa ogarnąć. To była dla niego kwestia życia i śmierci. Serio. Podchodził do tego mega poważnie i nie mógł pozwolić sobie na żadne omknięcia. FUCK. Omknięcie numer jeden. Na cholerę, człowieku, kładziesz dłoń na kaloryferku swojego najlepszego przyjaciela? PIERWSZY BŁĄD. Na cholerę flirtujesz z nim niby w żartach, skoro doskonale wiesz, że ci się podoba? DRUGI BŁĄD. DLACZEGO W OGÓLE MYŚLISZ O AYCE W TEN SPOSÓB, BĘDĄC W ZWIĄZKU Z DZIEWCZYNĄ? Trzeci błąd. Nie no. Miał przerąbane.

Westchnął pod nosem, odsuwając w końcu dłoń spod koszulki przyjaciela i starając się jakoś uspokoić. Wmówić sobie, że to, że zaliczył kilka drobnych potknięć już na samym wstępie, wcale nic nie znaczyło. Niccccc. Jasneeeeee. - Częściej? - uniósł brew, parskając pod nosem, zanim upił trochę piwa z puszki. - Aya, jak chcesz się ze mną przespać, to od razu to powiedz. - Rzucił to tak swobodnie, że sekundę później prawie zakrztusił się własną śliną. Odwrócił wzrok od przyjaciela i odchrząknął, nagle znajdując spojrzeniem jakiś cholernie fascynujący punkt gdzieś przed nimi. - znaczy… hipotetycznie oczywiście - mruknął ciszej pod nosem. No. Żeby było jasne... że zapytał tak o. Z ciekawości. W czysto hipotetycznym scenariuszu, do którego nigdy, przenigdy nie miało dojść. Hm?

Ahhh, Thallman.
W co ty się, kurwa, wkopałeś.


''Na pewno bym się zakochał.''

Zerknął na niego lekko poddenerwowany, co oczywiście próbował zamaskować nerwowym śmiechem i kolejnym łykiem piwa. Fuck. Czemu nagle zrobiło się tak dziwnie? Spojrzał na przyjaciela. Na ciemniejszą od jego karnację, na te wszystkie pocałunki słońca rozsypane po jego buzi w formie piegów, które teraz, w świetle zachodzącego słońca, wyglądały cholernie uroczo. Na ciemne niczym dwa węgielki tęczówki i te pełne usta, które... Podwójne Fuuuck. Odwrócił wzrok po raz kolejny, zanim jego móżdzek zdążył zaprowadzić go gdzieś, gdzie absoluutnieee nie powinien się teraz zapuszczać. - Nie wytrzymałbyś ze mną - mruknął tylko i czym prędzej zbaczając z powrotem na temat Abby. Upił kolejnego łyka i dopiero wtedy skapnął się, że w sumie wyżłopał już całą puszkę. No pięknie. Sięgnął więc po następną, otworzył ją z syknięciem i parsknął śmiechem, kiedy Aya nagle zasypał go takim multum pytań, że Thallman przez moment tylko szybko zamrugał. - Woah, woah, woah, Ayka - mruknął, unosząc obie dłonie w geście poddania, po czym usiadł tak, żeby móc patrzeć na niego z trochę lepszej perspektywy. - Mam pamięć do tekstów, ale cholera, nie jestem pewien, czy zapamiętałem każde z tych pytań. Ekhm... - Odchrząknął, próbując sobie poukładać je po kolei w głowie. - Chyba bardziej jak przyjaciółkę. Tak i tak. Ma fajne cycki i ładną buzię, ale she’s more than that. Pojechałbym. Jestem lojalnym przyjacielem, nawet jeśli czasami potrafię być kutasem i... nie mogę. - Urwał na moment, przyglądając mu się ciapkę dłużej - Ty jesteś dla mnie tą osobą. - No i chuj. Powiedział. Uniósł puszkę do ust właściwie od razu i upił kilka większych łyków. - Chyba z nią porozmawiam i zerwiemy - westchnął po chwili, zanim jego wzrok znowu zatrzymał się na przyjacielu,- Lepiej jej będzie beze mnie, eh?

ayka