Curiosity is one hell of a bitch
: sob sie 15, 2026 12:03 pm
043.
Some nights are meant to be forgotten.
Others make sure you never get the chance.
Others make sure you never get the chance.
— Obiecujesz, że wrócisz przed śniadaniem? — Celine popatrzyła na nią wielkimi, zielonymi oczami, bladą dłoń zaciskając na klamce od okna. — Już ostatnio musiałam cię kryć. Dwie godziny spędziłam na kilblu udając, że miałaś sranie, Pilar — wypomniała jej, na co Stewart jedynie prychnęła głośno, kręcąc głową z niedowierzaniem. Celine była jedyną osoba w bidulu, z którą się trzymała. Co prawda charaktery miały kompletnie różne, bo kiedy ona wymykała się po nocach na imprezy, Cel czytała kolejny romans, łudząc się, że pewnego dnia, przyjedzie po nią rycerz na białym koniu i stąd zabierze. Albo chociaż odbierze, kiedy już wybiją im osiemnastki na karku i będą mogły legalnie wyjść przez drzwi frontowe i nigdy nie wrócić.
— Mam u ciebie dług — rzuciła w odpowiedni, przechodząc jedną noga na drugą stronę parapetu. Nim jednak zeskoczyła, nachyliła się jeszcze w stronę przyjaciółki i złożyła na jej policzku szybkiego całusa, przy okazji przerzucając drugą nogę.
— No trochę ich się już nazbierało — przypomniała się ruda, podnosząc lekko głos i obserwując, jak Pilar pierwsze opuszcza się na rękach z pierwszego pięta, a potem leci w dół na zgiętych nogach i turla się po trawie.
— To dopisz, podsumuj i wystaw mi fakturę! — krzyknęła jeszcze na odchodne, posyłając jej oczko, a następnie skierowała się w stronę głównej drogi i prosto do klubu, jakieś trzy kilometry dalej.
Lubiła balować w pojedynkę. Odkrywać wszystko, co świat miał do zaoferowania, a co sukcesywnie ja omijało na każdym etapie dorastania. Schowania w czterech ścianach sierocińca, rzadko kiedy mogła poznawać świat takim, jaki był. Jedynie namiastkę tego, co wypadało, a przecież Pilar nigdy nie interesowała przeciętność. Lubiła adrenalinę. Lubiła, kiedy serce wybijało szybki rytm, waląc rytmicznie o żebra, a klatka piersiową unosiła się chaotycznie i nierówno. Lubiła czuć.
Rok. Tyle zostało jej do pójścia do Akademi Policyjnej. Do obrania konkretnego kierunku w życiu i rozpoczęcia przygody zwanej dorosłością. Ale teraz? Teraz miała w końcu czas na zabawę. Więc bawiła się.
Pierwszą godzinkę w klubie spędziła na parkiecie, kręcąc biodrami do energicznych, latynoskich kawałków, wygrywanych przez DJa, zapijając nadmierną trzeźwość kolorowymi szotami, które barman stawiał jej na kredyt, którego i tak nigdy nie spłaci. To właśnie tam zobaczyła go po raz pierwszy. Rozglądał się uważnie dookoła, błądził spojrzeniem po ludziach, jakby kogoś szukał. Ich spojrzenia skrzyżowały się na moment. Jedną, krótką chwile, która przyprawiała o dreszcz na plecach, nim nie poszedł przesiąść się gdzieś indziej.
Drugi raz widziała go przy toaletach, kiedy wymieniał się czymś z innym kolesiem, od razu wciskając zawartość do kieszeni skórzanej kurtki. Na pierwszy rzut oka mogło to wyglądać jak prochy, ale kiedy wrócił do loży pod stołem otworzył jakąś karteczkę. Znowu się rozglądał. I chociaż tym razem nie zauważył, że Pilar wciąż go obserwowała, nawet nie zwrócił na nią uwagi, tak ona nie potrafiła od niego oderwać wzroku. Od tego co trzymał w rękach. Ciekawość zżerała ją od środka. Zawsze była ciekawska, ale tego wieczoru była gotowa postawić na szali dosłownie wszystko, żeby tylko dowiedzieć się, co on kombinował.
Dlatego kiedy tylko skierował się do wyjścia, ona odczekała chwile i zrobiła dokładnie to samo. Obserwowała go zza bloku, jak skręca w jedną z ciemniejszych uliczek. Czuła podskórnie, że powinna odpuścić, że miejsca, gdzie nie było ludzi nigdy nie zwiastowały niczego dobrego, ale w tym samym czasie nie potrafiła się powstrzymać. Finalnie schowała się gdzieś za śmietnikiem kilka metrów od niego, obserwując, jak po chwili podchodzi do niego dwójka innym mężczyzn. Potem z cienia wyszli koleni, a w torbie mieli broń. Dużo broni.
Kurwa.
Zdecydowanie nie powinno jej tu być.
Chciała się wycofać, ale wtedy niekontrolowanie piętą uderzyła w puszkę, która głośniej niż kurwa kiedykolwiek jakakolwiek inna puszka potoczyła się na sam środek uliczki, jasno i wyraźnie zdradzając im, że był tam razem z nimi dodatkowy, mocno nieproszony gość.
Marco Moretti