Sad birds still sing
: sob sie 15, 2026 5:26 pm
If you can't wake up from the nightmare,
maybe you're not asleep.
The Fifth Social Club, Toronto
Sawyer zdecydowanie zasiedział się na południu. I bynajmniej nie chodziło o brak ruchu ani o zesztywniałe mięśnie; wręcz przeciwnie, w Wenezueli w minionym roku pracy dla najemnika nie brakowało, biorąc pod uwagę burzliwe zmiany targające tym narodem politycznie i gospodarczo. Mieli z Alfiem ręce pełne roboty i rzadko zdarzała się chwila na spokojniejszy oddech, teraz jednak pluł sobie w brodę za własną naiwność: że przyzwyczaił się do wysokich temperatur. Zbyt długo przebywał w krajach, w których tropikalne noce były oczywistością, dzień zaczynał się od zimnego prysznica, żeby w ogóle dało się przeżyć poranek, a jedyną prawdziwą ulgę o każdej porze dnia dawały klimatyzowane pomieszczenia.
Powodów do narzekań miał więcej szczególnie teraz, kiedy grubo po północy szedł zaśnieżoną ulicą Toronto, z rękami wciśniętymi głęboko w kieszenie zwykłej, letniej kurtki, a temperatura powietrza spadała do piętnastu stopni poniżej zera. Oddech zamarzał mu przed twarzą w kłębach pary wodnej, rzęsy zdawały się być pokryte regularnym szronem, a lodowaty wiatr wdzierał się pod ubrania i przenikał go aż do szpiku kości. Tak, cholernie żałował swojej opieszałości. Wygody. Lenistwa.
Stłumił tę myśl, zanim zdążyła świadomie pojawić się w jego umyśle, chociaż oczywiście, pozostawanie całymi długimi miesiącami w Ameryce Południowej wiązało się również z innymi… komplikacjami.
Wreszcie zauważył szyld, a później cały przybytek i przyspieszył kroku, żeby jak najszybciej znaleźć się w środku.
— Jest Daniel? — zapytał rzeczowo barmana, kiedy wreszcie się do niego dopchał między grupami napalonych samców zamawiających horrendalnie drogie drinki.
Mężczyzna podniósł głowę znad przygotowywanego właśnie z wprawą Negroni kosztującego tyle, że Sawyer mógłby się za tę kwotę — wydaną przez jakiegoś playboya w garniturze lekką ręką i bez spojrzenia na cenę — żywić przez tydzień. I to bynajmniej nie w najgorszych spelunach.
— Zależy kto pyta — odparł tamten, ale jego wzrok się zmienił; wyraźnie się wyostrzył.
Sawyer wyciągnął z kieszeni złożoną na cztery kartkę papieru i przesunął ją wolno po blacie w jego kierunku. Nienawidził załatwiać interesów na oczach postronnych ludzi — chociaż mężczyźni wokół niego i tak byli bardziej zainteresowani alkoholem i półnagimi tancerkami na podestach, zbyt zainteresowani, żeby zauważyć czołg — ale nie miał wyjścia. Miał tylko nazwisko i obietnicę; poza tym żadnych argumentów, które pozwoliłyby mu przedostać się prosto do właściciela.
— Poczekam — dodał beznamiętnie, kiedy tamten wziął papier i przebiegł spojrzeniem po tekście.
— Zaraz zamykamy. — Barman wyglądał na niewzruszonego, ale może był po prostu dobrym aktorem. Skończył przygotowywać drinka, przesunął go w stronę lalusia i uważnym spojrzeniem zlustrował Sawyera od stóp do głów. — W takim razie zrób to na tyłach. Ktoś się z tobą skontaktuje.
Nie zgrzytnął zębami, chociaż miał kurewską ochotę; no jasne, na tyłach. Bo nie był wystarczająco dobrze ubrany, bo nie pasował do pełnego przepychu wystroju wnętrz i typowego klienta, jakiego obraz chciano tu najwyraźniej utrzymać.
Na tyłach, to jest: . n a . z i m n i e .
Sawyer zdołał zatrzymać przekleństwa za zębami, chociaż poczuł, jak w jego ciele niebezpiecznie narasta irytacja i jak powoli podnosi temperaturę krwi, niemal doprowadzając ją do wrzenia, co, niestety, nie miało nic wspólnego z fizycznym ciepłem. Wycofał się z zaciśniętymi szczękami i nie rzucając nawet przelotnego spojrzenia w stronę nagich, gibkich ciał poruszających się do hipnotycznej, transowej muzyki w świetle neonów, wyszedł z powrotem na mróz. Po upłynięciu kolejnych trzydziestu minut — i zbyt wielu fajek — poczuł, jak irytacja zamienia się w czyste wkurwienie w reakcji na własną żałosną bezsilność i tłumiony żal.
I natychmiast przyszło sprostowanie: że sam też to przecież wie. Musi tylko…
Właśnie wtedy wreszcie otworzyły się tylne drzwi. Ale zamiast zobaczyć w nich gangstera, którego mu opisano, spojrzenie Sawyera zatrzymało się na zdecydowanie . k o b i e c e j . sylwetce. Przez chwilę patrzył na niczego nieświadomą dziewczynę wychodzącą z budynku i rozważał różne opcje, ale ostatecznie zrezygnował z każdej. Nawet wkurwiony, Sawyer z reguły nie krzywdził osób, za których skrzywdzenie mu wcześniej nie zapłacono. Dlatego pozostał w cieniu budynku poza zasięgiem ulicznej lampy, oparty plecami o ścianę pomiędzy hałdami burego śniegu zgarniętego z ulicy. Dziewczyna odeszła — a on prawie zapomniał o jej istnieniu — i dopiero wtedy zauważył inny cień.
Cień mężczyzny, którego Sawyer do tej pory przegapił, a który ruszył za nią. Dopadł do dziewczyny w kilku długich krokach, szarpnął ją, a później popchnął na ścianę i chociaż Sawyer nie słyszał dokładnych słów, zbyt dobrze znał ten schemat. Wściekłość — nie na tamtego faceta ani na to, co mógłby zrobić ze striptizerką, bo to nie była jego sprawa, ale ta noszona przez Sawyera już od tygodni pod mostkiem — na moment przesłoniła mu widok i wymusiła na tętnie dziki galop.
Rozsądek radził trzymać się z daleka, ale emocje po raz pierwszy od lat wzięły górę. Dlatego odepchnął się od ściany, wyciągnął ręce z kieszeni i ruszył w ich stronę z zamiarem, który był wyraźny tylko dla niego. Podjął już decyzję, chociaż głupią.
Słabość. Cholerna . s ł a b o ś ć . będąca oczywistym następstwem wygody.
Ale Sawyer miał teraz zbyt wyjebane, żeby się nią przejąć.
— Przecież mówiłem, że chcę tylko z tobą porozmawiać, to po co się tak upierać i walczyć, co? Wyrzucili mnie przez ciebie z klubu, ale nie martw się, już ci wybaczyłem. — Usłyszał faceta, przyciskającego teraz dziewczynę do ściany ciężarem swojego ciała. Kolejne słowa wypluwał jej prosto w twarz, nie zważając na jej dyskomfort, a był ich cały chaotyczny potok. — Bo jesteśmy sobie przeznaczeni, czuję to, poczułem taki ucisk kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy na podeście, wiesz? Ale nie możesz tak dalej. To mnie rani, jasne? Nie chcę, żeby inni faceci cię taką widzieli. — Zająknął się i chociaż Sawyer nie widział jego twarzy, wyobraził sobie wściekłość przecinającą ją w dzikim grymasie. — Bo będę musiał im zrobić krzywdę, a tego bym nie chciał. I ty też byś nie chciała, żebym kogoś przez ciebie skrzywdził, prawda? Prawda?!
Uniósł się w ostatnich słowach. I właśnie wtedy Sawyer zbliżył się do nich wystarczająco, żeby przestać udawać zwykłego przechodnia; zatrzymał się za jego plecami, poza zasięgiem ręki, ale wystarczająco blisko, żeby w razie potrzeby móc do niego doskoczyć. Mimo to czekał. Tylko spojrzenie wbił ponad ramieniem napastnika w twarz dziewczyny.
— Ja ją widziałem — skłamał swobodnie, niemal rozbawionym tonem głosu, chociaż jego oczy płonęły furią, a zwykle jasne tęczówki zdawały się być czarne, połknięte w całości przez źrenice rozszerzone w ciemności. — Więc możesz od razu spróbować z kimś ze swojej kategorii wagowej, skurwysynu.
Jego głos był lodowaty; zimniejszy niż otaczająca ich prawdziwa, kanadyjska zima.
Darcy Bowman