Oparła się tyłem o kuchenne szafki i westchnęła. Chciałaby, żeby było inaczej. Prościej. Swobodniej. Żeby zmęczony porażkami umysł odłożył je na bok przynajmniej na marny kwadrans i pozwolił ciału nacieszyć ciepłem drugiego tuż obok. Emocjonalny koszt ostatnich relacji okazywał się jednak za duży, by realizować tak beztroskie pomysły na zabawę. Największą ironią było to, że Ally nigdy nie przejmowała się reputacją świętoszki i nie czekała z seksem - jeśli chemia była wyczuwalna, porozumienie dobre, wspólne poczucie humoru i okazja, korzystała z niej bez rozważań co do tego, czy jej wypada. Nie ograniczała się w imię cudzych zasad i cudzego postrzegania dobra i zła. A teraz - miała czas, miejsce i potencjalnego partnera, a jej serce nawet przez chwilę nie zabiło szybciej. Nie było tej ekscytacji, której szukała w jednorazowej przygodzie. Była niezręczność i obezwładniające poczucie, że posunęła się za daleko, choć do niczego tak naprawdę nie zdążyło dojść.
Otworzyła lodówkę i wyciągnęła z niej piwo dla chłopaka. Otworzyła je z wprawą i podała, stawiając na neutralnym gruncie pomiędzy nimi - małej wyspie, która zastępowała w jej mieszkaniu stół jadalny.
Tak było chyba lepiej - z zachowaniem pewnego dystansu, jakby przed chwilą nie obiecywał jej najlepszej nocy jej życia.
Teraz wydawał się dziwnie zadowolony z jej wycofania, co tylko pogarszało kobiecy odbiór sytuacji. Jeden facet zapierał się, że nie pójdzie z nią do łóżka na przestrzeni iluś spotkań. Drugi zapadł się pod ziemię bez jakiegokolwiek wyjaśnienia.
Inny emanował poczuciem ulgi, gdy tylko od niego odsunęła.
Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jakikolwiek kontakt z mężczyznami na tym etapie był rytuałem upokorzenia, choć kompleksy odgrywały pierwsze skrzypce w przekonywaniu, że to z nią coś jest nie tak. Albo nie była wystarczająco atrakcyjna, albo wystarczająco bystra… Albo była zbyt atrakcyjna, albo za bystra. Czegoś jej brakowało, czegoś miała za dużo, a wybuchowa mieszanka odstraszała każdego. Kiedyś tylko od miłości, a teraz… Teraz nawet od seksu bez zobowiązań.
Mdliło ją na samą myśl o tym, do jakiej roli sprowadzali ją wszyscy faceci ostatnich paru lat. I do jakiej ona sprowadzała samą siebie.
—
Chyba tak — przytaknęła gorzko. Nie żałowała tego, że rozmawiali zamiast szeptać sobie czułe słówka w jasnej pościeli, ale żałowała wszystkiego, co doprowadziło do tej rozmowy. Całego tego gówna, z którym mierzyła się tak naprawdę sama, bo kretyńsko bała zwierzyć z problemów komukolwiek. A przecież Hayden pytał. Madox też. I Hank. Byli wokół niej ludzie, którzy potrafiliby z nią porozmawiać i nie wyśmiewać jej perspektywy na problemy, ale Ally nie potrafiła z tego korzystać. Rżnęła głupa, że wszystko jest okej - a jeśli było ordynarnie wiadomo że nie jest dobrze, wtedy posiłkowała się całą serią żartów i sarkastycznych uwag. Wszystko, aby nie zbliżyć do wrażliwości - do tego, jak bardzo była zawiedziona tym punktem swojego życia i samą sobą.
—
To… Co teraz? Chcesz wyjść? Zostać? — nawet nie zgadywała, czy to był jego pierwszy nieudany raz. Wyglądał na równie zmęczonego, co ona. Nie wiedziała, czy istniały jakieś zasady o tym, co robi się w takich sytuacjach. Kiedy ludzie, którzy ustalili szybki numerek, jednak nie mieli na niego ochoty. —
W porządku, serio. Zero dramy — wzruszyła ramionami. Czegokolwiek nie wolał zrobić, nie zamierzała ani krzyczeć, ani wpadać w histerię. Nieudana próba rozrywkowego wieczoru dojechała ją wystarczająco.
Noe Villeneuve-Scott