It's a family matter
: ndz sie 16, 2026 10:01 pm
Śmierć brata dla wielu osób pewnie byłaby jednym z tych definiujących momentów w życiu. Tych, których się nie zapomina. Dla Magnusa nie był to szczególnie wyjątkowy moment. Nie należał do najbardziej wylewnych uczuciowo osób. Może coś było w nim zepsute już od urodzenia, ale empatia nie jest w wachlarzu jego umiejętności. Może to też kwestia tego, że nie była to umiejętność, którą którekolwiek z jego rodziców postanowiło w nim zaszczepić. Pochodził z tego chłodnego chowu, który nie pozwalał angażować się zbyt mocno w jakąkolwiek relację. W jego domu zawsze stawiano odpowiedzialność na pierwszym miejscu. Umiejętności, które pomagały przetrwać. Które mogły pozwolić mu odziedziczyć rodzinny biznes, czego tak naprawdę nie zrobił.
Dlatego śmierć jego brata nie wstrząsnęła nim tak, jak pewnie powinna. Przeleciał tysiące kilometrów nie dlatego, że martwił się o swoją wżenioną część rodziny, lecz dlatego, że w jego świecie nie można było pozwolić sobie na utratę reputacji. Nawet jeśli nie był już aktywną częścią i pozostawił to wszystko w przeszłości, tak naprawdę nigdy nie dało się z tego świata całkowicie wyjść. Z jego bratem łączyła go dość zdawkowa relacja. Nie uczestniczyli aktywnie w swoim życiu. Pojawił się na jego ślubie ponieważ tak wypada. Od tamtej pory pewnie z raz czy dwa widzieli się również na jakichś świętach, ale Magnus zawsze stronił od swojej rodziny. Musiał jeśli chciał ich chronić przed konsekwencjami swojego pierwotnego zawodu.
Nie był przekonany co do tego by brat mógł odebrać sobie życie. Miał wiele problemów, ale te z głową raczej nie były tymi, które dominowały. Przynajmniej nie był co do tego przekonany, dlatego postanowił zbadać sprawę jego śmierci. Musiał się upewnić, że w tym temacie nie maczał palców nikt z osób trzecich. Nikt nie może tykać jego rodziny bez mierzenia się z konsekwencjami.
Pojawił się na pogrzebie, lecz nie próbował nawiązać kontaktu z jego wdową. To nie był czas ani miejsce. Zaczął prowadzić swoje śledztwo dając jej nieco przestrzeni zanim postanowił ją nawiedzić. Znalazł się pod jej drzwiami po kilku dniach nie mając pojęcia, czego tak właściwie powinien oczekiwać. Nie znał Josephine. Poza wymianą kilku uprzejmości przy różnych okazjach nigdy nie rozmawiali dłużej niż kilka minut. Nie robili też tego raczej na osobności. Ona również nie wydawała się specjalnie zainteresowana poznaniem swojego szwagra. Tak było wszystkim po prostu wygodniej.
Dzisiaj jednak to dobiegało końca. Musiał wiedzieć więcej. Zdążył już przejrzeć policyjne akta. Znalazł trochę nieścisłości, które będzie badać w późniejszym terminie. To ona była jedyną osobą, która znała jego brata na tyle by powiedzieć mu w jakim stanie psychicznym był na krótko przed swoim wypadkiem. Czy będzie mógł zaufać jej słowom? Wierzył w to, że sam będzie w stanie to ocenić. Był w tym dość dobry. Musiał być, inaczej nie przeżyłby jako zabójca. Wystarczyły najmniejsze szczegóły. Tiki, które zdradzały prawdziwe intencje. Nie widział Josephine jako wdowy w żałobie. Teraz była po prostu kolejnym etapem jego śledztwa.
Zadzwonił dzwonkiem i posłuszne czekał pod drzwiami jej domu jak zawsze ubrany w jeden ze swoich dobrze skrojonych, nienagannych garniturów. Kierowca już dawno oddalił się z jej podjazdu. Musiał przyznać, że radziła sobie całkiem dobrze jako prokurator.
- Cześć, mam nadzieję, że nie masz mi za złe pojawienie się bez zapowiedzi. Nie miałem twojego numeru. - co oczywiście nie byłoby dla niego większym problemem, a sam numer miał, lecz musiał odgrywać swoją rolę - Możemy chwilę porozmawiać? - zapytał z uprzejmym, delikatnym uśmiechem na ustach, którego wymagała ta sytuacja.
Josephine M. Pemberton
Dlatego śmierć jego brata nie wstrząsnęła nim tak, jak pewnie powinna. Przeleciał tysiące kilometrów nie dlatego, że martwił się o swoją wżenioną część rodziny, lecz dlatego, że w jego świecie nie można było pozwolić sobie na utratę reputacji. Nawet jeśli nie był już aktywną częścią i pozostawił to wszystko w przeszłości, tak naprawdę nigdy nie dało się z tego świata całkowicie wyjść. Z jego bratem łączyła go dość zdawkowa relacja. Nie uczestniczyli aktywnie w swoim życiu. Pojawił się na jego ślubie ponieważ tak wypada. Od tamtej pory pewnie z raz czy dwa widzieli się również na jakichś świętach, ale Magnus zawsze stronił od swojej rodziny. Musiał jeśli chciał ich chronić przed konsekwencjami swojego pierwotnego zawodu.
Nie był przekonany co do tego by brat mógł odebrać sobie życie. Miał wiele problemów, ale te z głową raczej nie były tymi, które dominowały. Przynajmniej nie był co do tego przekonany, dlatego postanowił zbadać sprawę jego śmierci. Musiał się upewnić, że w tym temacie nie maczał palców nikt z osób trzecich. Nikt nie może tykać jego rodziny bez mierzenia się z konsekwencjami.
Pojawił się na pogrzebie, lecz nie próbował nawiązać kontaktu z jego wdową. To nie był czas ani miejsce. Zaczął prowadzić swoje śledztwo dając jej nieco przestrzeni zanim postanowił ją nawiedzić. Znalazł się pod jej drzwiami po kilku dniach nie mając pojęcia, czego tak właściwie powinien oczekiwać. Nie znał Josephine. Poza wymianą kilku uprzejmości przy różnych okazjach nigdy nie rozmawiali dłużej niż kilka minut. Nie robili też tego raczej na osobności. Ona również nie wydawała się specjalnie zainteresowana poznaniem swojego szwagra. Tak było wszystkim po prostu wygodniej.
Dzisiaj jednak to dobiegało końca. Musiał wiedzieć więcej. Zdążył już przejrzeć policyjne akta. Znalazł trochę nieścisłości, które będzie badać w późniejszym terminie. To ona była jedyną osobą, która znała jego brata na tyle by powiedzieć mu w jakim stanie psychicznym był na krótko przed swoim wypadkiem. Czy będzie mógł zaufać jej słowom? Wierzył w to, że sam będzie w stanie to ocenić. Był w tym dość dobry. Musiał być, inaczej nie przeżyłby jako zabójca. Wystarczyły najmniejsze szczegóły. Tiki, które zdradzały prawdziwe intencje. Nie widział Josephine jako wdowy w żałobie. Teraz była po prostu kolejnym etapem jego śledztwa.
Zadzwonił dzwonkiem i posłuszne czekał pod drzwiami jej domu jak zawsze ubrany w jeden ze swoich dobrze skrojonych, nienagannych garniturów. Kierowca już dawno oddalił się z jej podjazdu. Musiał przyznać, że radziła sobie całkiem dobrze jako prokurator.
- Cześć, mam nadzieję, że nie masz mi za złe pojawienie się bez zapowiedzi. Nie miałem twojego numeru. - co oczywiście nie byłoby dla niego większym problemem, a sam numer miał, lecz musiał odgrywać swoją rolę - Możemy chwilę porozmawiać? - zapytał z uprzejmym, delikatnym uśmiechem na ustach, którego wymagała ta sytuacja.
Josephine M. Pemberton