Strona 1 z 1

stop the wedding

: ndz sie 16, 2026 11:47 pm
autor: adore w. haddington
You don't have to waste your life and wear your heart out,
the warning signs are flashing now: stop the wedding!
even though your heart was set on never breaking,
you can burn the dress and run away

2.


Kiedy Adore Wilhemina Haddington dziarskim krokiem przekroczyła próg ślubnej kaplicy, trzy siwowłose staruszki, które jeszcze moment wcześniej pogrążone były w zagorzałej rozmowie - najpewniej o pięknej pogodzie na zewnątrz albo o dramatycznym upadku obyczajów współczesnego społeczeństwa, nic pomiędzy - na jej widok gwałtownie zamilkły.
Pierwsza głośno zaczerpnęła powietrza.
Druga wydała z siebie głuchy świst.
Trzecia otworzyła usta i już ich nie zamknęła.
Wszystkie natomiast złapały się za śnieżnobiałe perły, co Adore skwitowała złośliwym półuśmieszkiem i uznawszy to za swoje personalne zwycięstwo, nie poświęciła im ani grama uwagi więcej i pewnie ruszyła środkiem kaplicy wprost do pierwszej ławki. Widząc wielki napis rezerwacja zawieszony na bocznej ściance, jedynie z niesmakiem zmarszczyła nos. Kto dziś jeszcze używał Cosmic Sans? To tak jakby organizatorzy chcieli, by ten ślub się nie udał. Pokręciwszy krytycznie głową, zerwała tę pożal się boże kartkę, tak tragicznie obrażającą jej gust estetyczny, zgniotła ją w kulkę i rzuciła gdzieś do tyłu, co by zajął się nią ktoś mniej ważny. Po spełnieniu społecznego obowiązku wreszcie zajęła miejsce i strzepała ze swojej białej sukienki nieistniejący pyłek. Nie pamiętała dokładnie, o której godzinie miała się zacząć ta cała biesiada, ale była gotowa poczekać, w końcu należała do ludzi cierpliwych.
Po dokładnie sześćdziesięciu sekundach trwania w bezruchu dopadło ją znudzenie.
Westchnęła sobie ciężko raz, drugi i trzeci, postukała w rytm marszu pogrzebowego swoimi długimi paznokciami pociągniętymi krwawą czerwienią w siedzisko i tak dla zasady przewróciła ostentacyjnie oczami, ot, co by nie wyjść z wprawy. Już, już miała wyruszyć na mównicę i uraczyć garstkę zebranych do tej pory gości wspaniałym monologiem ze swojego ostatniego filmu, który na pewno by docenili, bo zająłby im ten cenny czas, który aktualnie marnowali na czekanie na jakąś parę młodą (bezsens), kiedy ktoś się do niej niespodziewanie dosiadł. Obróciwszy się i zorientowawszy się, że to nie był żaden wyrzutek uliczny czy tam matka pana młodego, odetchnęła z niewypowiedzianą na głos ulgą.
Mari. Miałaś ubrać się na biało, nie pasujemy do siebie 一 rzuciła ze szczerą urazą po zlustrowaniu sukienki najlepszej przyjaciółki, która zdecydowanie nie wpasowywała się w wyżej wspomniany dresscode. Potrzebowała jednak dokładnie dziesięciu sekund, by zrozumieć, że dzięki temu jej kreacja była jeszcze bardziej wyjątkowa, więc ostatecznie się rozchmurzyła i spojrzała na Marisol bardziej wielkodusznie. 一 Och, no dobrze, nieważne. Podobają Ci się nasze miejsca? 一 spytała przekornie, odrzucając przy tym jasne włosy na jedno ramię, jakby chciała w ten sposób nieskromnie podkreślić, że sama je wybrała. Lepsze były tylko te tuż przy ołtarzu, ale nawet ona nie była aż tak pokręcona, żeby je zająć, to byłoby grubą p r z e s a d ą.

marisol rosado-morales