Strona 1 z 1

You're my kind of trouble

: wt sie 18, 2026 10:46 am
autor: Elias Parrish
Myśl o Andrew była jak słowa ulubionej piosenki, które za nic nie chciały opuścić głowy. W odróżnieniu od wielu poprzednich wizyt Minyarda na pogotowiu w lepszym lub gorszym stanie, ostatnia niewątpliwie zostawiła najtrwalszy ślad. Głównie w fantazjach Parrisha, które zapijał piwem zero, szukając alternatyw na randkowych portalach społecznościowych, które nudziły go po dwóch wymienionych wiadomościach i kiepskich żartach. Bardzo chciał wmówić sobie, że to czysta desperacja, ale nie mógł być ślepy na swój specyficzny typ upodobań, jakim byli faceci, którzy absolutnie – nigdy – przenigdy – nie powinni go interesować dla dobra jego serca i łóżkowej ciągłości.
Bo powiedzmy sobie szczerze – Andrew Minyard wyglądał jak kłopoty, był wpisany w jego kontaktach dokładnie tak samo i prawdopodobnie znudziłby się nim po pierwszym wspólnym wieczorze, kiedy rzeczywiście okazałoby się, że największą pasją Eliasa jest praca, a do zaoferowania miał co prawda świetne ciało, ale na śniadanie mógłby liczyć na ledwo zjadliwego omleta. Z drugiej strony tym co powstrzymywało (nadal) Parrisha od wysłania mu śmiesznego mema, spytanie o stan nosa oraz o to czy był dobrym chłopcem był czysty, tchórzliwy lęk, którego Elias nienawidził najbardziej na świecie, bo przychodził z masą pytań pod tytułem: co jeśli? oraz może moja głowa wykreowała scenariusz, który nie miał miejsca, a dwuznaczności i przeciągłe spojrzenia wcale nie były tak o c z y w i s t e.

Myślał jednak o Karen z HRów, o jego obdrapanych dłoniach i kąśliwych uśmiechach zdecydowanie zbyt często jak na kogoś, kto obiecał sobie trzymać się z daleka od problemów i niesamowicie seksownych mężczyzn pokroju Andy'ego.
Kilka razy spoglądał w telefon. Kilka razy spoglądał na szpitalny korytarz, spodziewając się, że znowu go zobaczy, z miną niewiniątka i brakiem jakiejkolwiek skruchy. Elias był poirytowany, gdy go nie było, ale też dokładnie tak samo mocno odczuwał pewną u l g ę, bo brak wizyt na oddziale oznaczało brak wypadków i przypadkowych bójek. Unikał też znaczącego spojrzenia Margharet, która po ostatnim wyjściu Andrew raczyła oznajmić, że powinni znaleźć sobie bardziej odosobnione miejsce dla ich żałosnego flirtu, zamiast zajmować potrzebną salę, a potem rzucała mu jednoznaczne uwagi odnośnie samotnego życia prywatnego Parrisha tak, jakby sam doskonale nie zdawał sobie z tego sprawy.
Tak czy inaczej, był p o r z ą d n y.
Przynajmniej do piątku.
Dom Eliasa nie był w tak tragicznym stanie. Wymagał remontu i odświeżenia, ale Parrish nie narzekał na kilka kartonów ustawionych z boku salonu, ani na delikatnie odklejającą się tapetę na korytarzu w fantazyjny kwiatowy wzór, który upodobała sobie wcześniejsza właścicielka. Schody na piętro lekko skrzypiały i zdecydowanie powinien pomysleć o wymianie uszczelek w kuchni, jednak Elias na wszystko miał czas, a jeśli go nie miał – z pewnością mieli fachowcy, na których wydawał większą część swojego marnego wynagrodzenia.
Nie oczekiwał wiele ale spędził dużo czasu nie oczekując wiele i wymyślając treść wiadomości , gdy rozsiadł się wygodnie w fotelu, odszukując numer Andrew. Chciał zacząć zabawnie, jednak treść: chcesz pobawić się swoimi próbnikami brzmiała równie kompromitująco jak: odrobinę stęskniłem się za Twoją mordą, więc ostatecznie wysłał mu dokładną lokalizację, dodając wesołą emotkę, emotkę piwa i pędzla malarskiego, mając nadzieje, że Andrew zrozumie zawarty w tej poetyckiej wiadomości sens.
Na wszelki wypadek wysłał też drugą wiadomość.
Mój dom potrzebuje Twoich oględzin. Wygląda na to, że ja mu nie wystarczę.
Chryste, Elias potrzebował o g l ę d z i n Andrew, ale za nic w świecie by się do tego nie przyznał.

Andrew R. Minyard