Strona 1 z 1

the end of everything

: wt sie 18, 2026 11:45 pm
autor: prudence lane
013.

Nie wiedziała co się dzieje od tych paru dni.
No dobrze, nawet nie od paru, a od ponad tygodnia.
Hunter nie daje znaku życia. Nie odzywa się, nie odczytuje jej wiadomości odnośnie brzuszka, nie widział zdjęć najnowszych, gdzie pierwszy raz odkąd dowiedzieli się iż jest w ciąży coś zaczyna być faktycznie widać. Może różnica nie jest wielka - ale dla niej jest ona kosmiczna i pragnęła się tym podzielić z mężczyzną natychmiastowo. W końcu - to był jego pomysł, aby móc oglądać ów zmianę, skoro jest tak daleko i nie ma możliwości widzieć tego na żywo.
Teraz jednak - nie dawał znaku. Nie zaglądał do telefonu. Może po prostu nie miał zasięgu? A może był potrzebny i nie miał czasu nawet na sprawdzenie tego, co dostaje na telefonie? Liczyła, że któraś z tych dwóch opcji ma miejsce i żadna ina nie wkrada się w ów scenariusz.
Siedziała obecnie w salonie na kanapie, mając dwa dni wolnego - sama sobie te wolne dała, musząc poukładać myśli oraz przygotować się na jutrzejszą kontrolną wizytę u ginekologa, aby sprawdzić czy wszystko w porządku z dzieckiem oraz otrzymać skierowania na badania potrzebne na ten moment. Zapewne będzie potrzebna krew oraz mocz do analizy, mając nadzieję że wiele nie będzie tego wszystkiego. A to wszystko przez to, że zamartwiała się o Matthewsa. I o to, że powinien już dawno mieć telefon w dłoni. Fakt informacji, iż odczytał zwyczajnie by już ją uspokoił, lecz to nie nadchodziło nawet i w tej chwili.
Zawołała Itchel do siebie, gdzie psinka coraz śmielej i chętniej korzystała z jej mieszkania, nie obawiając się niczego tak jak to było na samym starcie. Przyjęła zadowolona propozycję od Prudence, kładąc się główką na jej udzie - oczywiście w formie poinformowania iż miło by było, jakby jeszcze zaczęła ją głaskać. Lane spojrzała na psinkę, delikatnie uśmiechając się. — Nie odpuścisz żadnej okazji, prawda? — zagaiła do zwierzaka, zaczynając delikatnie pazurkami drapać ją za uszkiem. Robiła to, póki do drzwi ktoś nie podszedł i nie zaczął pukać.
Nie spodziewała się nikogo. Zapewne to miał być listonosz z kolejnym rachunkiem czy spamem pocztowym. No chyba, że… Nie, to nie mogło być możliwe. Nie zrobiłby jej przecież takiego świństwa. Nie reagowałby na telefon jakkolwiek tylko po to, aby zrobić jej niespodziankę i zjechać do domu. Chociaż Hunter zrobił się mocno opiekuńczy - o ile było możliwe aby stał się jeszcze bardziej - od chwili informacji o ciąży, to przecież nie dałby rady zdecydować się na taki krok. Nie mówiąc o tym, iż zapewne nie dostałby na to zgody.
Mimo wszystko gdzieś z tyłu głowy liczyła, że po drugiej stornie progu ujrzy Huntera, poprawi jej się humor, a jednocześnie będzie miała okazję na żywo go ochrzanić za takiego typu zachowanie, jakiego nie powinien stosować względem ciężarnej. Nawet nie wie ile to nerwów oraz stresu ją kosztuje!
— Zaraz do Ciebie przyjdę — powiedziała, słysząc jeszcze raz pukanie do drzwi, zostawiając Itchel której niezbyt podobał się fakt wstania przez nią. Poprawiła koszulkę, przejrzała się w lustrze czy wygląda jakoś sensownie i nikogo nie przestraszy, a dopiero po chwili przekręciła zamek i otworzyła drzwi, nie zerkając wcześniej przez wizjer. Widok, jaki ją zastał, mocno ją zszokował. Bo chociaż miała pewną myśl o jednym wojskowym, to nie spodziewała się ujrzeć ich w liczbie mnogiej. I żadnego o znanej jej twarzy.
Zaczęła prędko analizować to, co widzi, zanim ktokolwiek zdołał się do niej odezwać. Patrzyła jak wryta na mężczyzn w umundurowaniu, próbując połączyć kropki. Mózg miał takie prędkie obroty, że to chyba nie było aż możliwe według statystyk czy badań. A wtedy - doznała jakby olśnienia. Może to przez te wszystkie swoje głupie filmy i seriale. Może i gdzieś podświadomie coś przeczuwała, niemniej… — Nie… — wyrwało jej się z ust automatycznie, przyglądając się temu, który miał najwyższe odznaczenie z tego towarzystwa. — Nie, nie, nie, nie. Nie, proszę nie mówić. Nie, to nie jest możliwe… — słowa zaczęły ją opuszczać bez pomyślunku, a do oczu kobiety natychmiastowo napłynęły łzy.
To nie mogła być prawda...

Hunter Matthews

the end of everything

: śr sie 19, 2026 12:27 am
autor: Łoś Superktoś
Historia Huntera Matthewsa miała być napisana inaczej - miała mieć happy end, gdy ten wróci do domu z wielkim uśmiechem, kwiatami i miłością którą otoczy przyszłego członka rodziny. Snuł plany, bardzo odległe i wymagające dostosowania się do nowej roli, w której zapewne świetnie by się odnalazł. Zamiast tego coś co sprawiało, że wiedział kim jest odebrało najważniejszą rzecz - życie. Teraz był jedynie ciałem które spoczywało w czarnej ozdobnej trumnie wiezionej do kraju gdzie się urodził, wychował i zakochał. Gdzie bliscy powitają go ze łzami w oczach, a żołnierze utworzą szpaler honorowy po raz ostatni żegnając swojego majora - przyjaciela, druha, mentora, brata.
Lecz zanim to wszystko nastąpi został ostatni akt w którym główne skrzypce odgrywa dowódca wojsk kanadyjskich. Pierwsze miejsce w którym się pojawił to mieszkanie Hope Matthews, kobiety która gdy tylko usłyszała co spotkało Huntera zalała się łzami. Tak rzewnymi, że nikt nie był w stanie jej uspokoić. Głupi obowiązek wobec kraju zabrał jej męża a teraz syna. Ból jaki w tej chwili czuła był przejmujący, każdy mięsień krzyczał, każda myśl siała jeszcze więcej zniszczenia w głowie. Wojskowi zostali jakiś czas z matką zmarłego zapewniając, że dostanie potrzebną pomoc, lecz ona chciała tylko jednego. Chciała objąć syna...
Kolejna wizyta - mieszkanie siostry. Drzwi otworzył im brzdąc na oko dziesięcioletni który widząc żołnierzy zacząl wzrokiem szukać wujka. Nie było go tu... tylko co to oznaczało?
W drzwiach pojawiła się Andrea... zlapała się mocniej framugi czując jak nogi się uginają pod ciężarem i nie był to ciężar dziecka jakie nosiła pod sercem. Momentalnie pojawił się Ethan ktory podtrzymał żonę. Zaprosili mężczyzn z oddziału do środka. Rozmowa przebiegła szybko i boleśnie... na całe szczęście młodzi chłopcy bawili się w ogrodzie nie zwracając uwagi na to co dzieje się w salonie.
Ostatni przystanek - miejsce gdzie miała być dziewczyna majora Matthewsa.
Generał poprawił swój uniform przed zadzwonieniem pod odpowiedni numer, spojrzał na resztę chłopaków z oddziału. Każdy wyglądał tak samo marnie. Odchrząknął po czym zadzwonił raz jeszcze. Gdy kobieta otworzyła drzwi zasalutował, tak jak miał to w zwyczaju. Jednakże zanim dotarło do Lane po co tu są, widział to niezrozumienie. Chciał przyjść z lepszymi wieściami - chociażby o odznaczeniu... ktore nadejdzie ale pośmiertnie. Zaczęła wypierać w jakim celu są tutaj dlatego spuścił wzrok na sekundę na podłogę.
- Witam, generał Liam Martin. - przedstawil się spokojnie i spojrzał po chłopakach za nim. - Jestesmy tu w sprawie majora Matthewsa. - co chyba teraz stało sie oczywistością. - Możemy? - gdy dostali pozwolenie weszli do środka. Było ich łącznie szóstka. Niewielki oddział ale niezywkle oddany swojemu dowódcy. - Może Pani usiądzie. - powiedział i jeden z chłopaków od razu podał jej krzesełko an którym spoczęła. Generał zdjął czapkę, co zrobili również żołnierze.
- Major Hunter Matthews... - widać że trudno mu to przechodziło przez gardło. - zginął na służbie sześć dni temu. - wszyscy byli cicho obserwując kobietę, w razie gdyby mieli jej pomóc. - Jest nam niezmiernie przykro, że przynosimy takie a nie inne wiadomości. - dodał jeszcze smutno.

prudence lane

the end of everything

: śr sie 19, 2026 12:49 am
autor: prudence lane
Przez to, co właśnie zaczęła odkrywać w swojej głowie, nawet nie spostrzegła jak wiele żołnierzy znajdowało się korytarzu apartamentowca tuż przed jej drzwiami. Stała z widocznym bólem w oczach, z totalnym pustką w głowie, z niezrozumieniem wymalowanym na twarzy… Nie wiedziała co powiedzieć, dlatego jedynie zaczęła zaprzeczać, zanim w ogóle ktokolwiek coś zdołał powiedzieć, a wtedy - jak się dowiedziała generał - podjął się rozpoczęcia rozmowy. I to jesteśmy w sprawie majora Matthewsa… jeszcze mocniej w nią uderzyło, dając wyraz temu iż się nie myliła, a to co gdzieś w podświadomości kłębiło się jako naprawdę ostateczna ostateczność wyjaśniająca dlaczego się nie odzywał, właśnie staje się czymś realnym i namacalnym - choć zarazem nie na tyle, żeby móc go dotknąć, przytulić, pocałować, ujrzeć jego uśmiech, zmarszczkę gdy się skupia bądź denerwuje.
Czemu to tak musiało wyglądać? Czemu życie musiało ją tak potraktować w momencie, gdy w końcu znalazła kogoś, kto był dla niej naprawdę ważny? I kto był dla niej kimś, dzięki któremu zaczynała inaczej widzieć świat? Czemu człowiek, jakiemu powoli zaczynała pomagać dochodzić do siebie po poprzednich przejściach, musiał przez to co go tak trapiło odnieść jeszcze poważniejsze skutki?
Była zrozpaczona, chociaż jeszcze nie usłyszała czegokolwiek konkretniejszego, a mimo to - dosyć mocno się trzymała. Chciała być jeszcze chwilę dzielna, bo musiała - miała jego dziecko pod sercem, więc mimo wszystko miała dla kogo zachować te ostatki sił, jakie posiadała w sobie.
— Ja-Jasne… — wyrwało się na prośbę o wejściu do środka, uchylając bardziej drzwi i przepuszczając każdego do środka loftu. Dopiero teraz zauważyła wiele osób przybyło wraz z generałem, jednakże nie mówiła nic na ten temat, bo może to byli Ci, którzy znajdowali się najbliżej Huntera i równie mocno cierpieli po… Nie, nie mogła nawet tego słowa w głowie wypowiedzieć. Bo może jednak po prostu leży w szpitalu..?
— Tak, ja… — odwróciła się, żeby znaleźć cokolwiek na czym mogłaby usiąść, bo jednak obawiała się iść ciężkość informacji mogłaby ją przytłoczyć na tyle, iż straci równowagę. Zamiast jednak uporać się z tym sama, jeden z mężczyzny przystawił prędko krzesło, na jakim prędko kłapnęła sobie, nie czując się ani trochę głupio z tym, że jedyna siadła. Patrzyła na każdego z przybyłych, jakby szukała na siłę informacji, jakich nie chciała usłyszeć, a które i tak powinna znać, choć niestety nikt nie miał czegoś napisanego na czole, nie próbował podsunąć jej kartki czy zrobić to w inny sposób.
Wtedy też generał ponownie zabrał głos.
Czemu miała wrażenie, że Major Hunter Matthews to stopień, imię oraz nazwisko jakiego nie będzie niedługo słyszała w ogóle? Czemu w ogóle słuch o swoim ukochanym bolał tak momentalnie i cholernie boleśnie?
Cisza, jaka się na moment utworzyła według Prudence trwała wieki, niemniej nie chciała być niegrzeczna i nie poganiała go do powiedzenia tego, po co tu przyszli.
I choć dopiero co w myślach narzekała, że tak długo czeka, tak teraz żałowała iż tak szybko doszło do poinformowania na głos o tym, co się wydarzyło.
— Sześć dni temu… — wyrwało jej się, zerkając ponownie na każdego z osobna, mając coraz bardziej szkliste oczy. Nie wiedziała kiedy zaczęły one spływać ciurkiem po policzkach, a ona zaczęła mieć lekkie problemy z łapaniem powietrza. — Ja… Znaczy… Boże… — wyrzucała pojedyncze słowa z siebie, nie mogąc zebrać myśli. Próbowała odetchnąć, przełknąć ślinę, cokolwiek, lecz nie było to możliwe przez łkanie jakie ją ogarnęło. Wtedy też podeszła do towarzystwa Itchel, kierując swoje łapki do Prudence, zupełnie jakby rozumiała powagę sytuacji oraz to, że chodzi o jej właściciela.
Na widok psinki jeszcze mocniej się rozbeczała. — Co… Co się stało? — wyrwało się z jej gardła jakimś cudem to pytanie, opierając wierzchem dłoni jeden z policzków, co w sumie nie było sensowne, skoro zaraz ponownie znów zrobił się mokry. I nie wiedziała, czy musiała a może chciała dowiedzieć się szczegółów, lecz jednak - dopytała. Tak, jakby próbowała w ten sposób pojąć ów wydarzenia i przeanalizować, czy rzeczywiście Huntera nie ma tu z nimi, a to wszystko nie jest jakimś dziwnym, i kompletnie nieśmiesznym żartem.


Hunter Matthews Łoś Superktoś

the end of everything

: śr sie 19, 2026 1:17 am
autor: Łoś Superktoś
Wszyscy zebrani w salonie Prudence czuli to napięcie i ciężką atmosferę. Informacja z jaką przychodzili była z kategorii tych najgorszych. Nikt nie chciał jej nigdy usłyszeć. Generał starał się być jak najbardziej ludzki, co mimo wszystko było dziwne dla reszty oddziału. Zawsze widzieli go jako twardziela, a teraz? Dobierał każde słowo starannie tak, jakby mogł nimi narobić wielkie szkody. Chłonęli tę chwilę chcąc się nauczyć jak najwięcej, jednoczesnie odczuwając pustkę po stracie przyjaciela i starając się radzić z tym co nadejdzie potem. Kondukt żałobny będzie złożony z przyjaciół, rodziny oraz ich samych... coś co zostanie w ich pamięci na długo.
- Major Matthews prowadził swój oddział na rekonesans. Jak zawsze skupiony i jak zawsze pewny tego co robi. - musiał taki być, bo bez tego już dawno gryzłby piach. Zresztą jakos dostał ten stopień majora, szkoda że ta nazwa niczym go nie ochroniła.
W tym momencie jeden z żołnierzy wystąpił do przodu aby delikatnie skinąć głową. Zasalutował również do Prudence oraz generała.
- Jeśli generał pozwoli... chciałbym dokończyć tę historię. - starszy mężczyzna pokiwał głową a dzieciak odetchnął głęboko. - Jestem szeregowy Evan Hansen. - z grzeczności sid przedstawił. Spoglądał na kobiete i nawet na moment nie odrywał wzorku - znak szacunku. W jego oczach można było zobaczyć niewyobrażalny ból i smutek. - Zostałem postrzelony w nogę, utykałem. Major rzucił się żeby mi pomóc. Nie zostawił samego... gdy próbowaliśmy uciec, ktoś zaczął strzelać. Nie wiedzieliśmy skąd. W pewnym momencie poczułem jak uścisk... Huntera...- pominął stopień czując że musi użyć pełnego imienia swojego przełożonego. ...- zelżał, aż w końcu upadł. Przyciągneliśmy go, wszyscy razem ale... było za późno. Wykrwawił się na miejscu, ale nie cierpiał. Powtarzał pani imię... oraz imię Kenneth. - widać że młody nie był dłużej w stanje mówić, dlatego generał polożył dłoń na ramieniu młodzika na znak że go wspiera i że będzie kontunował dalej.
- Tutaj mamy jego rzeczy. - kolejny z mężczyzn podał cztery pamiątki po zmarłym. W woreczku był telefon, nieśmiertelnik, zegarek który wyłączyli o godzinie o której zmarł Hunter oraz zdjęcie - ich dwójki - poplamione krwią. - Transport ciała... będzie miał miejsce pojutrze. Major zostanie pochowany z wszystkimi honorami wojskowymi. - bo to zapewniał kraj, więc tym wszystkim nie musieli sie martwić. Koszty zostaną pokryte.

prudence lane

the end of everything

: śr sie 19, 2026 1:48 am
autor: prudence lane
Wiedziała, że Hunter był oddany swoim sprawom oraz oddany temu, aby działać na froncie najlepiej jak się dało. O to przecież też walczył z nią samą w gabinecie, aby móc powrócić do zawodu. Tak cholernie chciał tam wrócić. Tak mocno upierał się, że jest gotowy. Tak niesamowicie starał się udowodnić, iż to tam jest jego miejsce, a nie w domu, z ciepłych kapciach i z pilotem w ręku. I na co to mu przyszło? I na co się pchał do miejsca, gdzie nie powinien być? Gdzie ewidentnie wszyscy mieli rację aby się nie wygłupiał i dał sobie na wstrzymanie, a teraz zapłacił najwyższą cenne tej zawziętości…
Słuchała generała, gdy zaczął odpowiadać na jej pytanie o tym, co się stało. To mogło jej pomóc zrozumieć sytuację. To mogło pomóc w przetworzeniu informacji. I chociaż nikt do tej pory się nie odezwał prócz niego, nagle wystąpił bardzo młody żołnierz przed szereg, zasalutował do niej oraz do tego z wyższą rangą, prosząc o możliwość powiedzenia dalej, przedstawiając się na początku. Chociaż nie wiedziała czy w ogóle spamięta jak się nazywa przez to wszystko, co obecnie się dzieje. Przez ten chaos, który pojawił się w głowie kobiety. Przez to, że Itchel patrzyła na nią tak smutnymi oczami, iż jeszcze bardziej wylewały się z niej łzy, nie mając świadomości tego jak w ogóle powinna przekazać psince taką informację, by rzeczywiście to zrozumiała.
Choć, co może być dziwne, odniosła wrażenie, że Itchel już wiedziała… Ale to też może i nie jest dziwne, skoro psy potrafią wyczuć takiego typu rzeczy…
Niemniej patrzyła na chłopaka, mimo iż jej samej było bardzo ciężko utrzymać kontakt wzrokowy, gdy opowiadał o sytuacji. Tym bardziej uciekła spojrzeniem na słuch o strzelaniu, o tym że oberwał, że upadł.. że przeciągnęli go w bezpieczne miejsce…
Ze było za późno.
Mocno ścisnęła powieki na wieść o wykrwawieniu się oraz że ostatnim co powiedział to jej imię oraz… — Takie imię zaproponowałam jak okaże się, że będzie syn… — powiedziała na głos, chociaż nie wiedziała po co to powiedziała. Mimo to, instynktownie położyła dłoń na brzuchu, wiedząc że znajduje się tam maleństwo, dla którego musiała żyć.
I co zarazem dało jej do myślenia, iż to maleństwo właśnie straciło jednego rodzica. Straciło tatę… Straciło najfajniejszego kandydata na ojca na tym świecie. Że jedynie dowie się o Hunterze z opowieści oraz zdjęć, które kiedyś pokaże, choć i tak zbyt wiele nie zdołali ich napstrykać, bowiem chcieli napawać się chwilą, a nie przeznaczać ten sam czas na ustawianie się do aparatu, by mieć iście instagramowe foteczki. Co prawda, ma na telefonie zdjęcia zrobione mu z ukrycia, ale… czy to wystarczy, aby pokazać dziecku pełny obraz tego, kim jest… kim był tata?
Pomimo to, podniosła w końcu głowę i spojrzała na szeregowego gdy skończył mówić. Widziała, że uwiązł mu głos, że nie potrafił zebrać się w sobie by powiedzieć więcej… Pewnie nie jest tego świadomy, a ona sama nie znajdzie się nigdy w jego sytuacji, to jednak rozumiała go na swój sposób. Podziękowała mu kiwnięciem głowy, samej mając obecnie ponownie problem z powiedzeniem czegoś na głos, gdyż przedstawiona historia dobiła ją na tyle by dać pewność, iż Hunter naprawdę zniknął z ich życia.
Spojrzała na kogoś innego, kto przekazał jej woreczek z rzeczami, nie spodziewając się że jakieś będą - a że jak już są, to trafią one do niej, a nie do mamy czy Andrei. Domyślała się, iż niezbyt grzecznym jest teraz przeglądanie co znajduje się w środku, to nie mogła się oprzeć by nie sprawdzić. Wtedy zauważyła jego telefon, a po przypadkowym kliknięciu na boczny przycisk smartphone’a dostrzegła powiadomienia z wiadomościami, jakie dopiero co mu wysłała… Ścisnęło jej serce ponownie na ten widok, tym bardziej dobijającym stał się fakt dlaczego w dalszym ciągu smsy nie są odczytane. Przesunęła palcem po nieśmiertelniku oraz zegarku, a dopiero na koniec dostrzegając złożony papier - uświadamiając sobie że to ich wspólne zdjęcie. Miała takie samo w portfelu - tyle, że to jej nie było brudne… nie miało na sobie krwi. Na ów widok przyłożyła drugą dłoń na ust i rozpłakała się znów raz jeszcze większą falą, dając emocjom wyjść na zewnątrz, nie przejmując się czymkolwiek.
Znów zadarła głowę, gdy odkaszlnęła przez nazbierane powietrze do płuc, patrząc na generała informującego o przewiezieniu jego… ciała. Zaczęła delikatnie przykrywać wewnętrzną stronę policzka przez te ułamki sekund. — Czy jego mama i siostra już wiedzą..? — nie wiedziała jak to wyglądało i w jakiej kolejności wybrali się do kogo. Co prawda, domyślała się że oni byli członkami rodziny, więc zapewne byli pierwszymi których odwiedzili, a ona jedynie dziewczyną, lecz wolała się upewnić.


Hunter Matthews Łoś Superktoś

the end of everything

: śr sie 19, 2026 7:32 am
autor: Łoś Superktoś
To doświadczenia dla młodzika musiało być jednym z tych najgorszych w karierze wojskowej. Zmarł jego dowódca, jego opiekun który gdyby nie pomoc mu najpewniej cieszyłby się z nowego członka rodziny, bo gdy usłyszeli o dziecku, wszyscy zamarli. Każdy zdał sobie sprawę, co tak naprawdę miał w głowie Hunter walcząc. Nie to, żeby wygrać czy po prostu piąć się po szczeblach kariery. Wręcz przeciwnie, na pierwszym miejscu miał powrót do powiększającej się rodziny. Niestety... to się nie wydarzyło.
Ta krótka historia w której opowiedział jak zginął przewinęła się już po raz kolejny. W końcu byli odpowiedzialni za powiadomienie rodziny, która załamała się w jednym momencie. Coś takiego nie powinno mieć miejsca i każdy doskonale o tym wiedział.
Każda rzecz pozostawiona po Matthewsie miała trafić do Prudence - tak miał zapisane w ściśle tajnym dokumencie o którym wiedział tylko generał. To on zarządził przyjazd tutaj i wręczenie tego osobiście a nie pocztą i to on musiał trzymać rezon mimo iż patrzenie na kobietę rozdzierało serce każdemu z osobna.
- Tak. Zostały powiadomione w pierwszej kolejności jako rodzina. Pani była następna. - odparł generał, zakładając na głowę czapkę. - Major Matthews był wzorowym przykładem żołnierza oraz człowieka. - nie znali jego historii z napadami agresji, jawił się im jako naprawdę porządny obywatel, ktory odszedł zbyt wcześnie. - Wyraz współczucia od całego dowództwa oraz jego oddziału. - wskazał tutaj na wszystkich żołnierzy którzy stali wokół niego. - Chcieliśmy również poinformować, że zostanie od pośmiertnie odznaczony orderem za odwagę i niezłomność. - kolejny do kolekcji dla Hope, która postawi go sobie na półce - tyle zostanie z jej syna. - Czy ma pani jeszcze jakieś pytania? Jeśli chce pani porozmawiać z chłopcami to są do Pani dyspozycji. Ja niestety muszę już iść - dopilnować sprowadzenia majora Matthewsa do domu. - jeśli miała jeszcze jakieś pytanie to został i spokojnie na nie odpowiedział, jeśli nie zasalutował po raz ostatni i wyszedł z mieszkania.

prudence lane

the end of everything

: czw sie 20, 2026 11:52 pm
autor: prudence lane
Nie potrafiła do końca opisać tego, co właściwie obecnie czuła. Strach. Niepokój. Przerażenie. Ból. Rozpacz. Żal. Złość. Gniew. Smutek. Rozgoryczenie.
Tak wiele rzeczy w niej się obecnie gnieździło, gdy próbowała jakoś przyjąć do informacji fakt, że Huntera już z nimi nie ma - a ten telefon, nieśmiertelnik… to ich wspólne zdjęcie, na jakim znajduje się zaschnięta krew mężczyzny… to były dowody na to, iż nie była to fikcja, a coś realnego. Choć wolałaby, aby kolejność była odmienna.
Wieść, że to był wzorowy żołnierz i człowiek niczego nie zmieniał. Ani ją ziębił, ani grzał. Niczego takie słowa nie poprawiały. Nie było słów i nie było czynów, jakie zmieniłyby jej rozpadające się serce na kawałki w coś na nowo stałego. Może prócz faktu tego, iż była w ciąży i musiała być dla niego silna, odważna, mimo wszystko myśleć o tym, aby o siebie zadbać na tyle, na ile to będzie możliwe. To nie będzie łatwe, już teraz to czuła, lecz będzie się starać.
Kolejna informacja związana z orderem o mało ją nie pozbawiłaby kulturalnego zachowania, ostatecznie powstrzymując się od komentowania. Jedynie więc pokiwała głową na znak przyjęcia tej wiadomości, bo jakby zaczęła mówić… mogłaby zacząć rzucać nieprzyjemnymi słowami. Które, tak naprawdę, nie byłyby sprawiedliwe względem kogokolwiek z tych przybyłych, bo przecież to nie oni dawali stricte te ordery, nie oni przyczynili się do tego, aby Hunter nie był w dalszym ciągu pośród Nas. Ale to, co miała na myśli, mimo wszystko, aż się prosiło do wypowiedzenia na głos. Bo na chuj ten order? Po jakie licho komuś teraz ten głupi kawałek żelastwa, jedynie przypominający o tym, że ktoś zginął w tragicznych okolicznościach?! Nie wiedziała… i nigdy tego nie pojmie.
— Ja… chyba nie mam już nic do powiedzenia… nie mam pytań — spojrzała na generała, następnie na pozostałą piątkę żołnierzy, który mieli spuszczone na nowo głowy. Wzięła głęboki wdech i wstała finalnie z krzesła, żegnając się z Głowno dowodzącym, po czym przesunęła raz jeszcze spojrzenia na mężczyzn. — Dziękuję Wam za to, że do samego końca z nim byliście… Na pewno… na pewno jest i będzie z Was dumny — co mogła innego powiedzieć, aby i im poprawić jakoś humory, aby ich morale choć w odrobinie się podniosły po takiej stracie? Widziała, że przeżywali to, nie mogła się dziwić. To wielka tragedia i ogromna strata dla wszystkich.
Po tych słowach każdy jej zasalutował, życząc powodzenia i jeszcze raz składając kondolencje ze swojej strony. Prudence jedynie kiwała głową i żegnała się z nimi. Gdy wszyscy opuścili jej dom, zrobiła tylko to, co była w stanie na ten moment uczynić - siadła na podłodze i zaczęła płakać. W tym momencie Itchel do niej podeszła i zaczęła szturchać nosem jej ramię, aby przypomnieć o swojej obecności oraz tym, że jest do dyspozycji. Prudence od razu z tego skorzystała, siadając obecnie po turecku, przygarniając do siebie psinkę, którą przytuliła - a wręcz się w nią wtuliła, całkowicie pozwalając sobie na wylanie wszystkich łez, jakie posiadała.

[ z tematu ]