Strona 1 z 5

see what is left of us, how we ended

: śr sie 19, 2026 12:33 am
autor: Vincent Monroe
i thought i was the only one and the first
but no space in your arms is made for my nature
Spoiler
Violet Haze musiała zniknąć.
Myśl jako pierwsza wtargnęła do jego głowy pod postacią wykrzyczanych w jego stronę słów. Ich twórca brzmiał jakby znajomo, jakby nie - z jednej strony przypominał jego głos rozsądku w postaci menadżera Rapture, Avisa, który tkwił u jego boku od ostatnich lat. Z drugiej wzbudzał w nim ten sam odruch, który uciszał wszystkich obcych pragnących udzielić mu rad.
Przede wszystkim jednak jego głos dotarł do niego s t ł u m i o n y.
Nie docierał do niego w pełni wtedy, gdy znalazł się w głośnym wnętrzu klubu, w którym odbywał się koncert. Nie przebijał się przez zasłonę jego emocji gdy kroczył korytarzami zaplecza, zmierzając do sali, w której przetrzymywano znalezione dla niego osoby. Nie słyszał go też pośród tych wszystkich krzyków - łkania przywiązanej do krzesła blondynki o pięknej twarzy mokrej od łez. Gróźb jej ojca, stojącego w towarzystwie dwójki ochroniarzy dwa metry dalej.
Nie słyszał go tak, jak nie słyszał pertraktacji, w które się przekształciły. Ofert pieniędzy, wpływów, miejsc, które mogły być wyłącznie dla niego.
Nie słyszał go ponad hukiem, który wybrzmiał gdy jego zdrowa dłoń nacisnęła na spust a wraz z nią, zrobiły to wszystkie inne, znajdujące się w pomieszczeniu.
I mimo tego, że słowa Avisa nigdy do niego nie dotarły, nawet nie wtedy, gdy we wnętrzu pomieszczenia wybrzmiewały wyłącznie stłumione odgłosy koncertu i rzężący odgłos konającego biznesmena, wiedział, że miał rację.
Violet Haze musiała zniknąć.
Nie dlatego, że widziała lub wiedziała zbyt wiele i była luźnym końcem, który należało zerwać. Nie przez wszystko to, czego świadkiem była w Rapture i w ciemnej, pobocznej alejce, w której zderzył się jego samochód z autem jej napastnika. Nie przez krew, którą przelał w jej imieniu.
Przez to, że w y s z ł a.
Że pomimo g o d z i n, które zdawałoby się, że spędził na próbach zyskania jej zaufania, pertraktacji, po które sięgał by zgodziła się zostać pod jego opieką na jeden wieczór, odrzuciła jego pomoc, odrzuciła jego prośby, odrzuciła jego.
Sprawił, że zniknęła.
Nie, żeby wymagało to jego ingerencji. Nie pojawiła się już w Rapture i nie musiał wycofywać automatycznej prośby o potwierdzenie następnego występu by wiedzieć, że nie weźmie w nim udziału. I choć w jego wnętrzu szaleństwo rozbijało się chaotycznie o ściany jego klatki piersiowej na myśl o tym, że nigdy więcej miał jej nie ujrzeć, odesłał mężczyzn, którzy obserwowali jej mieszkanie i upewniali się, że wciąż istniała była bezpieczna.
Violet Haze miała zniknąć.
Dopóki nie zadzwoniła.
I choć wszystko w jego sercu nakazywało mu zignorowanie znajomego numeru wyświetlanego na ekranie, choć z całą mocą postanowił sobie, że wszystkie dni, które minęły, odcięły go grubą linią od tego luźnego końca, mrugnął.
A gdy jego powieki uchyliły się ponownie, tkwił na poboczu, otoczony gęstwiną lasu. Pierwsze, nieśmiałe krople deszczu uderzały o maskę jego czarnego samochodu choć wiatr mknącej w ich stronę burzy nieustannie unosił pojazd o te nieistotne milimetry, których nie dało się dostrzec, ale dało się poczuć.
Wygasił silnik, przez chwilę wyłącznie patrząc przed siebie - na tył samochodu zaparkowanego przed jego własnym, znajome literki tablicy rejestracyjnej, której nie powinien już pamiętać, zarysowany w niektórych miejscach lakier. Dopiero po nieznośnie długich paru sekundach sięgnął do drzwi, uchylając je podmuchowi chłodnemu wiatru i zapachowi drzew, wychodząc na zewnątrz, w deszcz i noc, by w ciszy stanąć opartym o maskę samochodu, z podwiniętymi rękawami czarnej koszuli odsłaniającymi wciąż tkwiący na jego dłoni opatrunek.

why are you calling me?

see what is left of us, how we ended

: śr sie 19, 2026 12:02 pm
autor: Violet Haze
Nie wróciła do Rapture.
Nie była to konsekwencja decyzja podjęta w chwili, w której drzwi apartamentu zamknęły się za jej plecami. Po prostu nie wróciła; przez kolejne długie dni omijała wszystko, co mogłoby dać jej powód, żeby ponownie znaleźć się w pobliżu Vincenta Monroe. I strategicznie było to idiotyczne, doskonale o tym wiedziała, tym bardziej że ludzie, którzy patrzyli jej na ręce, z każdym kolejnym dniem coraz dosadniej przypominali, że czas w tej sytuacji nie należał do niej.
Zawsze była przekonana, że dla bliskiej osoby można zrobić wszystko.
Gdyby ktoś zapytał ją wcześniej, czy dla siostry wskoczyłaby w ogień, odpowiedziałaby bez zastanowienia – tak. Problem polegał na tym, że dziś nikt nie oczekiwał od niej wejścia w ogień, a znacznie trudniej było zaakceptować, że to wszystko, co należałoby zrobić dla ochrony kogoś bliskiego, mogło oznaczać popchnięcie w niego kogoś innego.
Na początku Monroe był po prostu celem; człowiekiem określonym przede wszystkim przez to, kim miał być i co jej powiedziano na jego temat. Łatwo było wtedy założyć, że jego bezpieczeństwo było niczym przy bezpieczeństwie kogoś b l i s k i e g o. Wtedy tak. Niestety, kolejne spotkania sprawiły, że przestał być wyłącznie kimś, kogo tak prosto można byłoby wystawić pod cudzą broń. A ostatnie spotkanie tylko pogorszyło sprawę.
Monroe wszystko jej utrudniał. Im bardziej próbował traktować ją jak człowieka, którego zdanie miało znaczenie, tym trudniej było jej ignorować, że sama robiła wobec niego coś dokładnie przeciwnego.
Może właśnie dlatego wyszła wtedy z apartamentu. Chociaż zostanie byłoby przecież rozsądniejsze dla tego, co miała zrobić to jednocześnie – wręcz przeciwnie. Bo oznaczało to kolejne godziny w jego towarzystwie, kolejne rzeczy, których mogłaby się o nim dowiedzieć, i kolejny raz kiedy potraktowałby ją w sposób, który mogłaby uznać za w y j ą t k o w y w jej nowym świecie.
Ford stojący teraz na poboczu postanowił potraktować ją znacznie mniej wyjątkowo; brutalnei i adekwatnie do jej codzienności, do której była przyzwyczajona.
Pomoc drogowa obiecywała przyjazd, ale nie potrafiła określić konkretnie – kiedy. Zasięg pojawiał się i znikał, telefon ostrzegał o słabej baterii, wieczór robił się coraz ciemniejszy – bardziej za sprawą ciężkich, ciemnych chmur niż niknącego powoli za horyzontem słońca. A całej tej sytuacji nie poprawił kierowca ciężarówki, który zatrzymał się, zaoferował pomoc, a po odmowie jeszcze przez chwilę próbował przekonać ją, że taka ślicznotka nie powinna stać w takim miejscu całkiem sama.
Powiedziała mu, że ktoś już po nią jedzie.
Niestety, Toronto pozostawało jej rodzinnym miastem już jedynie na papierze. Dziesięć lat w Stanach wystarczyło, żeby dawne znajomości przestały istnieć, a jej niedawny powrót po śmierci ojca nie zdążył jeszcze zbudować jej tutaj nowego. Lista jej kontaktów była więc bardzo krótka, a pierwsze światło przecinające ciężkie chmury sprawiło, że nagle nie miała szczególnej ochoty być szczególnie wybredna. Grzmot nadszedł kilka sekund później, a ona poczuła, jak w całym jej ciele rośnie napięcie.
Potrzebowała się stąd wydostać.
Vincent nie był pierwszą osobą, do której c h c i a ł a zadzwonić.
Kiedy światła jego samochodu pojawiły się za jej Fordem, odbijając się we wstecznym lusterku, ulgę poczuła szybciej, niż zdążyła sobie tego zabronić – a to bardzo, bardzo źle. Zdążyła pożałować, że jednak zadzwoniła.
Wysiadła chwilę po nim, a jej spojrzenie niemal odruchowo zatrzymało się na zabandażowanej dłoni, czując jeszcze raz to samo poczucie winy. Podniosła wzrok na jego twarz. Miała kilka rozsądnych rzeczy do powiedzenia: mogła wyjaśnić awarię, wspomnieć o pomocy drogowej, podziękować, że przyjechał. Zamiast tego pierwsze słowo wyszło zupełnie inne:
— Przepraszam.
Nie sprecyzowała za co, a przecież opcji było całkiem sporo. Za ściągnięcie go tutaj z powodu zepsutego samochodu; za ciszę; za to, że wyszła wtedy bez słowa. A może za coś, o czym Vincent Monroe nadal nie wiedział, że któregoś dnia będzie miał pełne prawo nie chcieć jej wybaczyć.
Nie dała mu jednak czasu, żeby jakkolwiek odniósł się do tego przeproszenia. I tak było już jej niezręcznie.

— Mój samochód odmówił współpracy — wyjaśniła zaraz, wskazując lekko głową pojazd obok. — Pomoc drogowa podobno jedzie, ale równie dobrze może się pojawić jutro rano. — To nie brzmiało jak jego problem. I choć w teorii mogłaby się zasłonić jego własnymi słowami, które padły w apartamencie – że chociaż pomaganie jej nie jest jego pracą, to i tak był gotów to robić, to nie była pewna czy to w ogóle miało prawo obowiązywać po tym, jak zniknęła. — Więc pomyślałam, że... — Grzmot przeciął powietrz, znacznie głośniejszy niż ten poprzedni, a ciało Violet z n ó w zareagowało szybciej niż ona sama. Jej oddech zatrzymał się w połowie zdania, myśli wyparowały i przez moment istniał w jej świecie tylko strach. Odzyskała tchnienie, kiedy huk przestał przetaczać się po przestrzeni. — ...że może jednak nie mam ochoty spędzić tutaj bóg wie ile jeszcze czasu — dokończyła zdecydowanie ciszej, niż planowała. Teraz, gdy wypowiedziała to na głos, dotarło do niej jak absurdalne było całe to spotkanie. W końcu, w istocie, to nie był jego problem. I nieszczególnie musiało go obchodzić na co miała lub nie miała ochoty.
you feel too much like safety

see what is left of us, how we ended

: pt sie 21, 2026 5:40 pm
autor: Vincent Monroe
Spodziewał się, że już nigdy nie ujrzy na swoje oczy Violet Haze.
Nie była osobą, która kręciła się w jego towarzystwie bądź bywała w miejscach takich jak Rapture. On z kolei nie był zainteresowanymi spacerami ani górskimi wyprawami, nie mówiąc o tym, że prawdopodobnie jej idealne warianty spędzania czasu zakładały zostawanie we własnych, czterech ścianach. Nie liczył na to, że napotka ją przypadkiem, wpadną na siebie na ulicy bądź zasiądą do stojących obok siebie stolików w jednej restauracji.
A jednak w tych bezwarunkowych myślach, w których wybiegał do różnych hipotetycznych scenariuszy ich ponownego spotkania, żaden nie zaprowadził go wieczorną porą w środek gęstego lasu.
Szum liści wypełnił pustkę między nimi, niosąc ze sobą pierwsze krople deszczu i zapach ozonu. Pomimo stosunkowo wczesnej pory, nadciągające, ciemne chmury tworzyły złudne wrażenie nadciągającej nocy. Dzieliły niebo nad ich głowami na pół, wciskając ich w przestrzeń pomiędzy złotem zachodzącego słońca i bezkresną czernią, rozdzieraną sporadycznie przez przebłyski bieli.
Przepraszam niemal umknęło w odgłosie odległego grzmotu - i równie dobrze mogło. Bo w zasadzie za co miałaby go przepraszać? Za to, że wyszła z apartamentu obcego mężczyzny, który na jej oczach zamordował innego człowieka? Za to, że nie wróciła do klubu należącego do człowieka, przez którego jej własny policzek nosił ślad uderzenia, schowany pod posoką przelaną wbrew jej woli, lecz w jej imieniu?
- Nie masz za co - odrzucił krótko i choć nie planował, by brzmiało to szorstko, w odległości, którą stali od siebie mogło tak brzmieć. Niesione wiatrem i chłodem drobnych kropel, zdawało się przekazywać coś znacznie cięższego.
Nienawidził tego uczucia.
Nie miał pojęcia, czym było i dlaczego uderzało go z taką intensywnością.
Tej specyficznej mieszanki całkowitej bezradności i pragnienia uwagi kogoś, kto tego pragnienia nie odwzajemniał. Nie był zaznajomiony z żadną z tych emocji. Był osobą, która sięgała po rzeczy, na których mu zależało - bądź próbowała po nie sięgnąć z ogniem determinacji, który nie zostawiał uchylonych drzwi na może. Albo wyrzucał je z zawiasów, albo zamykały się one przed nim permanentnie.
Wiatr zdawał się napierać na jego plecy gdy stanęła naprzeciw niego, a jego wzrok wreszcie objął kobiecą sylwetkę. Ciemne kosmyki unosiły w wirującym powietrzu jakby ktoś tchnął w nie własne życie. W jakiejś formie złudzenia optycznego przez moment wydawało mu się, że wbrew logice, sięgały ku niemu.
Nie rozumiał, dlaczego po niego zadzwoniła. Dlaczego nie sięgnęła do swojego telefonu i nie wybrała jakiegokolwiek innego numeru, numeru osoby, która nie tylko mogła udzielić jej pomocy, ale też byłaby dla niej bardziej w ł a ś c i w a. Osoby, której krwi nie musiała ścierać z wnętrza tego samego samochodu, który teraz tkwił na poboczu mało uczęszczanej drogi idącej przez sam środek lasu.
Osoby, której nie zostawiła ostatnim razem.
Nie wiedział, co powinien w tej sytuacji powiedzieć i gdy kontemplował wszystkie opcje, jakie mu pozostały, błysk znów rozdarł niebo na pół, rozświetlając oblicze tkwiącej przed nim kobiety. Gdy huk przetoczył się przez otaczający ich las i wziął jej ciało we władanie, napinając je i zaciskając na krótką chwilę powieki, uświadomił sobie, że się bała.
I znów nie bała się niego.
- Wejdź do samochodu - westchnął, odrywając się od własnego pojazdu. Sam nie wiedział, dlaczego w ogóle zamierzał to zrobić, a jednocześnie myśl o zostawienie jej tutaj samej i odjechaniu wydawała mu się równie nienaturalna, jak wstrzymanie powietrza gdy płuca się go domagały. - Spojrzę pod maskę i zobaczę, czy coś da się zrobić na tę chwilę.
Wyprostował się, odrywając od własnego samochodu i wkraczając w przestrzeń, która pachniała nie tylko ozonem, ale i zapachem jej perfum. Jego szczęka napięła się nieco gdy wyminął kobiecą sylwetkę, podchodząc do jej wysłużonego Forda i, w kontraście do swojej czarnej, eleganckiej koszuli nieprzystosowanej do wykonywania jakichkolwiek prac skoncentrowanych wokół silnika, przystępując do tego, co zapowiedział.

i'll always come when you call

see what is left of us, how we ended

: sob sie 22, 2026 1:18 pm
autor: Violet Haze
Żałowała, że po niego zadzwoniła.
Żałowała, że nie miała innych, sensowniejszych kontaktów. Żałowała, że nie przełamała się, by, pomimo swoich zakorzenionych głęboko w podświadomości obaw, wezwać taksówkę. Żałowała, że uległa własnemu strachowi i nie poczekała na pomoc drogową. Żałowała, że było w niej tyle lęku, który niemal każdego dnia dyktował jej, jakie decyzje ma podjąć.
Żałowała tego, że poczuła ulgę, gdy go zobaczyła.
Wygłaszała to wszystko własnemu sumieniu niczym mantrę, która miała przekonać ją, że myślała właściwie. Niczym kazanie mające ją nawrócić, odciągnąć od przeklętego przeświadczenia, że mimo wszystko Vincent Monroe sprawiał, że czuła się bezpieczna.
Bo nie powinien.
I chyba właśnie dlatego tak szybko wychwyciła różnicę. Jak gdyby z przestrzeni pomiędzy nimi wyjęto kilka drobnych elementów, które wtedy były i nie potrafiła zignorować ich braku. Brakowało miękkości – do której (nieznośnie) zaczęła się przyzwyczajać – w tonie jego głosu i łagodności w spojrzeniu, która była ogromnym kontrastem do tego, czego była świadkiem; tych detali przez które kilka dni wcześniej zdawał się wchodzić pod jej skórę, chociaż przecież wcale mu na to nie pozwalała.
Wydawał się być zdystansowany.
I tak było lepiej.
To przecież dokładnie tego chciała, wychodząc z apartamentu. Dystansu. Natychmiastowego przerwania czegoś, co zaczęło rozwijać się zdecydowanie zbyt szybko i w zdecydowanie niewłaściwym kierunku.
Oschłość była dla niej sukcesem. Powinna być.
Ż a ł o w a ł a, że wcale nie smakował jak zwycięstwo.
Kolejne słowa Vincenta były poleceniem, z którym tym razem nie zamierzała walczyć; na pewno nie w imię własnej autonomii. A jednak coś zatrzymało jej dłoń, nim zdążyła zacisnąć palce na klamce swojego zmęczonego czasem samochodu.
Spojrzała na Monroe, który zdążył już znaleźć się przy masce pojazdu i przez krótką chwilę obserwowała jego sylwetkę, coraz wyraźniej rozmywaną przez gęstniejącą ulewę. Zajmował się czymś, czym przecież absolutnie nie musiał.
A jednak to robił.
Dla niej.
Zamiast wsiąść do samochodu, stanęła obok mężczyzny, ciaśniej oplatając się ramionami, jakby to miało wystarczyć, by uspokoić ciało drżące coraz mniej subtelnie. Materiał ubrania szybko nasiąkał deszczem, zimny wiatr wdzierał się pod niego przy kolejnych porywach, ale ona doskonale wiedziała, że to nie chłód wprawiał ją w drżenie.
To wszystko nie miało większego sensu. Samochód oferował jej dach i względną ciszę, a jednak zamiast ukryć się w jego wnętrzu, została obok niego, wmawiając sobie, że chciała tylko zobaczyć, co robił pod maską; że nie wypada zostawiać go samego, kiedy przyjechał specjalnie dla jej problemu.
Nie zamierzała zastanawiać się nad tym, dlaczego kilka kroków od Monroe wydawało jej się bezpieczniej niż za zamkniętymi drzwiami auta.
— Myślę, że to pasek — odezwała się po chwili, choć brzmiała bardziej, jakby pytała, niż stwierdzała. — Najpierw zapalił się akumulator, kierownica nagle zrobiła się ciężka, światła zaczęły przygasać i… zgasł. Później już tylko kręcił. — I nie byłby to pierwszy raz z tą historią. Ojciec podobną przygodę miał już niejednokrotnie.
Kolejny błysk rozdarł niebo gdzieś ponad linią drzew, na ułamek sekundy wyciągając z ciemności mokry asfalt i połyskującą blachę samochodu. Zaraz po tym, w przestrzeni, przetoczył się kolejny huk.
Drgnęła gwałtownie, zaciskając mocniej palce na własnych, chłodnych ramionach. Jej trzewia zawinęły się, niemal boleśnie, w ciasny precel. Jeden krok, niemal odruchowy, przesunął ją bliżej Vincenta; potem drugi, równie nieświadomy.
Silny podmuch wiatru zaciął deszcz, dosłownie smagając nim jej skórę. Drzewa zaskrzypiały przeraźliwie, uginając się pod siłą żywiołu. Niebo powoli zaczynało przypominać pokaz świateł, kiedy nawałnica postanowiła przesuwać się, niemal złośliwie, wprost ponad ich przestrzeń.
— Powinnam była zadzwonić po taksówkę zamiast niepotrzebnie cię tu ściągać
don’t

see what is left of us, how we ended

: sob sie 22, 2026 2:00 pm
autor: Vincent Monroe
Dzisiejszy wieczór nie powinien mieć miejsca.
Nie gdy dwójka odpowiedzialnych ludzi dostrzegła swoją pozycję względem siebie i zawczasu nacisnęła hamulec. R o z u m i a ł ją. Byłby ślepcem, bądź głupcem gdyby tego nie robił. Violet Haze nie miała nic wspólnego z życiem, które prowadził, a które obiektywnie rzecz biorąc nie było przeznaczone dla przeciętnego obywatela. Wiedziała, że był człowiekiem niebezpiecznym.
Przekonała się o tym na własnej skórze.
Nie było już niedopowiedzeń między nimi, którymi mogłaby się zasłonić gdyby odezwało się w niej sumienie. Zaprowadzona na komisariat policji nie mogłaby zasłonić się tym, że nigdy nie była świadkiem popełnionego przestępstwa. Jego natura nie była wyłącznie przebłyskiem w spojrzeniu, które trudno było zidentyfikować i jeszcze trudniej nazwać. Była namacalna, posiadała za sobą konkretne wydarzenia, nazwiska, konkretne miejsca zbrodni.
Patrzyła gdy jego dłonie brudziły się cudzym szkarłatem. Zmuszona do tego, sama sięgnęła po broń i nacisnęła na spust, pozwalając, by to piętno wypaliło się na jej duszy, niemożliwe do zmazania upływem czasu.
Żadna racjonalna osoba nie przeszłaby nad tym do porządku dziennego, kontynuując relację, która nie powinna mieć miejsca.
Zdaniem jego menadżera, powinien być szczęśliwy, że Haze nie poszła na policję. Że nie wskazała go bezpośrednio, wraz z hotelem, z ludźmi, którzy zostali zamordowani, z lekarzem, który przyszedł udzielić mu pomocy. Jej wyjście z apartamentu było najlepszym, co mogła zrobić dla ich obojga - ucięciem czegoś nim zdążyło się uformować, zaakceptowaniem tego, że jej miejsce nie było w Rapture.
Choć wściekłość wywołana tamtymi wydarzeniami osadzała się na jego skórze, r o z u m i a ł, że jej decyzja była z korzyścią dla ich obojga.
I na tym powinno się to skończyć. Tak byłoby r a c j o n a l n i e.
A teraz, z powodów dla siebie niezrozumiałych tkwili oboje w głębi lasu, atakowani nadciągającą wichurą. Nie wiedział, dlaczego po niego zadzwoniła. Nie wiedział, dlaczego odebrał, dlaczego rzucił wszystko i natychmiast tu przyjechał, wzbraniając się przed samą myślą, że mógłby tego nie zrobić.
Odpowiedzi układały się w jego głowie chaotycznie gdy otwierał maskę, w niknącym blasku słońca zerkając do środka i usiłując skupić się na tym, co było przed nim - a nie na wszystkim wokół. Tworzył z nich wiarygodną dla siebie wersję, w której potrzebowała pomocy i skończyły się jej wszystkie, inne opcje - a czy nie zarzekł się, że zawsze jej pomoże, jeśli będzie tego potrzebować?
Może nie powinien rzucać takich obietnic na wiatr, a jednak nie potrafił teraz pluć sobie w brodę i żałować, że to zrobił. Nie był człowiekiem słownym. Wielu osobom obiecał wiele rzeczy i nigdy tych obietnic nie dotrzymał.
Jakaś głupia cząstka zaszyta w jego trzewiach cieszyła się na myśl, że to właśnie do niego postanowiła zadzwonić. Cząstka, którą dusił w sobie za wszelką cenę utrzymując dystans, którego c h c i a ł a. Który stworzyła, który podtrzymywała od samego początku choć teraz, wbrew niemu, tkwiła obok zamiast schować się wewnątrz samochodu - zapewne z poczucia winy wywołanego tym, że się tutaj znalazł.
- Może tylko zeskoczył - odrzucił, wbrew sobie notując fakt tego, że wiedziała cokolwiek o samochodach. Wylądował w tym zarezerwowanym dla niej zakamarku własnych myśli, do których sięgał zdecydowanie zbyt często.
Była zdecydowanie lepsza w utrzymywaniu dystansu od niego.
Dla niej wydawało się to wręcz naturalne - wciśnięcie się w oparcie kanapy w loży, odsunięcie butelki wody wystawionej na stół, muśnięcie nadgarstka wyciągniętej w jej stronę ręki. Zawsze, gdy usiłował go między nimi skrócić ona znajdywała sposób by wymknąć mu się przez palce i wrócić w objęcia bezpieczeństwa.
A pomimo tego, że to rozumiał, robienie tego samego przychodziło mu z najwyższym trudem.
Był boleśnie świadom jej obecności, tego, że jej ramię niemal otarło się o jego własne, że wiatr unosił jej włosy i ciemne kosmyki sięgały w stronę jego ciała. Jego szczęka zacisnęła się bezwiednie gdy pochylił się nad maską w ucieczce od tego, od jej wpływu, który doprowadzał go do szaleństwa. Była jak dziki kot, pierzchający pod cudzym wzrokiem lecz zbliżający się zawsze, gdy zwrócono się do niego plecami.
- Zobaczę, czy uda mi się go założyć go z powrotem - odrzucił, z tym upartym skupieniem pochylając się nad silnikiem i sięgając dłońmi w stronę zsuniętego paska. - Wejdź do samochodu - dodał, czując ciężkie krople deszczu spadające z błyszczącego nieba. - Nie ma żadnego powodu, dla którego musisz tu stać i moknąć.

i'll play your game

see what is left of us, how we ended

: ndz sie 23, 2026 9:21 pm
autor: Violet Haze
Miał rację. Nie było żadnego rozsądnego powodu, dla którego powinna stać obok niego, coraz bardziej przemoczona, podczas gdy kilka kroków dalej znajdował się samochód, który oferował jej dach, ogrzewanie i przynajmniej częściowe odcięcie od szalejącej wokół nich burzy.
Każda racjonalna część jej umysłu zgadzała się z nim w tej kwestii. Potrafiła nawet stworzyć całą długą listę argumentów przemawiających za tym, żeby wykonała polecenie bez dalszego zastanawiania się. Jej ubrania były już ciężkie od deszczu, włosy przyklejały się do twarzy i szyi, a samo stanie na poboczu w samym środku burzy również nie należało do najbezpieczniejszych pomysłów.
A mimo to nie ruszyła się z miejsca.
— To samo tyczy się ciebie — odpowiedziała w końcu. Jej słowa zostały niemal porwane przez wiatr, zanim w pełni wybrzmiały pomiędzy nimi.
Nie musiał przyjeżdżać. Nie musiał stać teraz w ulewie, z jedną dłonią wciąż w opatrunku, i pochylać się nad silnikiem samochodu należącego do osoby, która kilka dni wcześniej wyszła z jego apartamentu, ledwie tylko zniknął jej z oczu. Nie musiał robić dla niej absolutnie niczego.
A jednak robił.
Wypuściła ramiona z własnego uścisku i sięgnęła do kieszeni po telefon, uruchamiając latarkę i kierując jej światło pod otwartą maskę.
— Masz jedną sprawną rękę — zauważyła, starając się, żeby zabrzmiało to jak wystarczające uzasadnienie pozostania na miejscu. — Mogę ci przynajmniej poświecić.
Nie była pewna, czy światło telefonu w ogóle cokolwiek zmieniało. Kolejne błyski przecinające niebo raz po raz rozjaśniały przestrzeń znacznie skuteczniej, wydobywając spod maski, na krótki tylko moment, każdy element silnika. Przysunęła się nieznacznie, próbując ustawić telefon pod lepszym kątem. Jednocześnie wystarczająco blisko, żeby jej ramię niemal dotknęło jego. Niemal.
D y s t a n s. Powinna go utrzymać, skoro najwyraźniej wreszcie dostała dokładnie to, czego chciała. P o w i n n a chcieć.
Grzmot, który rozdarł przestrzeń chwilę później, nie pozostawił jej jednak czasu na pilnowanie czegokolwiek. Huk był tak gwałtowny, że na moment zagłuszył szum deszczu i wycie wiatru. Ona znów drgnęła całym ciałem, podczas gdy druga dłoń, niemal odruchowo, zacisnęła się na materiale czarnej koszuli ponad jego łokciem.
Dopiero po chwili zrozumiała, że go trzyma. Niemal natychmiast rozluźniła uścisk, ale nie zdołała całkowicie cofnąć dłoni. Jej palce pozostały wciąż zaczepione o przemoczony materiał.
— Nie lubię burz — wyjaśniła cicho, tak naprawdę zdradzając oczywistą oczywistość, czego była w pełni świadoma.
Jednocześnie było to niedopowiedzenie tak ogromne, że niemal zakrawało na kłamstwo. Bo nie nie lubiła burz. Bała się ich w sposób całkowicie nieproporcjonalny do realnego zagrożenia, które w ogóle ze sobą niosły. Paradoksalnie – huk broni palnej był dla niej mniej przerażający, niż każdy grzmot, który przetaczał się przez niebo.
Ale nie przeprosiła za to, że go chwyciła. Głównie dlatego, że kolejny, nieco odleglejszy grzmot sprawił, że jej palce znów zacisnęły się mocniej, natychmiast zdradzając, jak niewiele warte byłyby podobne przeprosiny.
Zamiast tego skierowała światło telefonu głębiej pod maskę.
— Jeżeli to faktycznie pasek, to ojciec zakładał go już kilka razy — powiedziała, próbując skupić uwagę na silniku, a nie na niebie. Ani na dystansie, który powinien istnieć, a w praktyce… Cóż. — Zwykle spadał ponownie przy pierwszym ostrzejszym skręcie. Wspomnienie jej ojca pojawiło w jej umyśle, całkowicie nieproszone; nachylonego nad dokładnie tym samym silnikiem, brudzącego dłonie smarem i zapewniającego, że Ford był w pełni sprawny, tylko posiadał charakter.
— Więc nie musisz się szczególnie starać — dodała ciszej.
i keep forgetting why i stepped away

see what is left of us, how we ended

: pn sie 24, 2026 5:15 pm
autor: Vincent Monroe
Nie potrzebował obu dłoni by spróbować doprowadzić jej silnik do porządku. Wręcz przeciwnie - błyski rozdzierające niebo łańcuchem błyskawic były znacznie skuteczniejszą formą oświetlenia niż blade światło latarki z trzymanego przez nią telefonu. Nie zaprzeczył jednak, gdy wyciągnęła urządzenie z kieszeni i, ignorując zacinający deszcz, również pochyliła się nad maską.
Nie potrafił jej zrozumieć - przynajmniej nie na tym fundamentalnym poziomie, na którym c z u ł wszystko to, czego nie potrafiłby nazwać.
Z łatwością jednak zawsze przypisywał ludziom intencje, które odpowiadały jego tokowi myślenia. I tym razem był w stanie dostrzec wersję rzeczywistości, dla której Haze ignorowała jego prośby wejścia do samochodu.
Wiązały się z tym jednym, magicznym słowem przepraszam.
Nie wiedział, czy czuła poczucie winy związane z opuszczeniem jego apartamentu gdy tylko doszli do jakiegoś porozumienia, które następnie skrzętnie zdeptała. Nawet w ciemności i przetaczającym się po lesie gromie wyczuwał je za to w tym momencie.
Czym innym było odrzucić czyjąś prośbę, a czym innym - zadzwonić później do niego, prosząc o przysługę.
Problem polegał na tym, że jemu łatwiej byłoby, gdyby p o s ł u c h a ł a. Gdyby zamknęła się wewnątrz samochodu, trzymając ten dystans, którego tak desperacko pragnęła, a którym wreszcie ją obdarował. Nie potrzebował jej współczucia tak, jak nie potrzebował świecenia latarką - obie te rzeczy służyły wyłącznie w celu uciszeniu podszeptów jej własnego sumienia, podpowiadającemu jej, że powinna zadzwonić po kogokolwiek innego.
Obie te rzeczy wszystko utrudniały.
Coś, co przychodziło jej z największą łatwością dla niego było stanem podtrzymywanym, wymagającym skupienia. Jego wzrok uparcie wbijał się w maskę gdy wyczuł kobiecą dłoń zaciskającą się na swoim ramieniu, dłoń nadal usiłowała pochwycić zsunięty pasek nawet, gdy druga ręka zamarła, boleśnie świadoma jej obecności, świadoma jej bardziej niż kropli deszczu uderzających w jego czoło.
Wszystko w nim zesztywniało, mięśnie napięły się bezwiednie pod dotykiem jej palców zaciśniętych na jego koszuli, pod jej zapachem wdzierającym się do jego klatki piersiowej wraz z zaczerpniętym powietrzem. Znał się na samochodach, wiedział, co powinien zrobić, a jednak jego myśli rozpierzchły się gdy się zbliżyła, gdy wyczuł gorąco jej ciała tak blisko własnego. Nagle, z ręką ubrudzoną od smaru silnika, zorientował się, że jego palce bezmyślnie przesuwają się po komponentach schowanych pod maską, jakby nawet one straciły swój pierwotny cel gdy wyczuwał bijący od niej strach.
- Widzę - westchnął, wyciągając rękę spod maski, tworząc sekundę nieuwagi, w której jego głowa odwróciła się w jej stronę, wzrok padł na dłoń wczepioną w koszulę na jego ramieniu i strach schowany głęboko w ciemnych, s a r n i c h tęczówkach.
Potrzebował się skupić. Potrzebował p o m y ś l e ć, załatwić ten pieprzony samochód jak najszybciej, odzyskać klarowność myślenia, której tak desperacko potrzebował. Nie potrafił tego zrobić gdy stała tuż obok niego, nie potrafił podtrzymywać tego dystansu, którego s a m a od niego chciała - nie wtedy, gdy wyczuwał jej drżenie przez jeden punkt styku między ich dwójką.
Nie wtedy, gdy ten punkt styku stawał się dla niego jedynym, na co potrafił zwracać uwagę.
- Niczego nie zrobię póki nie wejdziesz do samochodu - zadecydował nagle, cofając się - unosząc rękę by chwycić za maskę auta i przymknąć ją, osłaniając wszystko pod spodem od zacinającego deszczu. Dla każdej trzeźwej osoby sama woda i atakujący ich żywioł byłyby wystarczającym powodem by chwilowo przerwać prowizoryczną naprawę, on jednak nie potrafił odczuć na sobie zimnych strużek wody wędrujących po nasiąkającej deszczem materiale koszuli.
Czuł tylko ten punkt styku.
Chwycił dłoń zaciśniętą na ciemnym materiale by wyplątać swoją koszulę z jej palców. W i e d z i a ł, że jej się to nie spodoba, ale jedna z tysiąca nitek jego nadszarpniętej samokontroli zdążyła pęknąć, w efekcie czego, wymijając kobiecą sylwetkę, pochwycił tę rękę, którą ku niemu wyciągnęła i pociągnął ją za sobą.
Sięgnął do klamki samochodu, ciągnąc za tylne drzwi znajdujące się możliwie najdalej od maski Forda. Uchylił je i wypuścił jej dłoń z ręki, zamiast tego wskazując jej suche, choć wciąż ciemne wnętrze auta rozświetlane sporadycznym błyskiem.
- Wejdziesz do środka albo oboje będziemy tutaj stać aż przyjedzie laweta - dodał twardo, stając przy otwartych drzwiach i przytrzymując je dłonią. - Nie potrzebuję twojej pomocy, Violet. To robota dla jednej osoby.

do i need to remind you?

see what is left of us, how we ended

: pn sie 24, 2026 9:19 pm
autor: Violet Haze
Gdy zacisnął palce na jej skótrze, napięcie przeszło przez jej ciało natychmiast, usztywniając ramię i zatrzymując oddech w płucach. Nie szarpnęła się jednak ani nie próbowała wyrwać; pozwoliła wyplątać materiał jego koszuli z jej własnego uścisku, a później poprowadzić się w stronę samochodu, stawiając kolejne kroki niemal automatycznie i bez charakterystycznego dla jej ciała sprzeciwu.
Nie wiedziała, czy bardziej odpowiadało za to zaskoczenie czy ton jego głosu, który nie zostawił już miejsca na kolejne argumenty.
Odzyskała pełną świadomość własnego ciała dopiero przy otwartych drzwiach, a jego dłoń zniknęła z jej palców, pozostawiając po sobie ciepło, które deszcz niemal natychmiast zaczął wypłukiwać ze skóry.
Przedstawiony przez niego wybór nie był szczególnie szeroki: mogła wejść do samochodu albo sprawić, że oboje pozostaną na zewnątrz do czasu przyjazdu lawety – co mogłoby nie nastąpić w najbliższym czasie. Z jakiegoś jednak powodu był gotów stać tutaj razem z nią, przemoczony wyraźnie i coraz bardziej zirytowany, wyłącznie dlatego, że ona nie potrafiła wykonać kilku kroków i schować się przed burzą.
Nie potrzebuję twojej pomocy.
Spośród wszystkich słów, które wypowiedział, właśnie te zatrzymały się w niej.
Domyślała się, że jej obecność przy masce nie była konieczna – bardziej, a raczej: na pewno, odruchowa. Być może w praktyce wyłącznie mu przeszkadzała. Mimo to, nie potrzebuję dotknęło czegoś znacznie głębszego niż zwykła, wkodowana w nią potrzeba bycia użyteczną, w tym przypadku przy zabawie w warsztat samochodowy.
Tym bardziej nieprzyjemne było odkrycie, że słowa Vincenta zabrzmiały z n a j o m o. Może nie identycznie, ale wystarczająco podobnie do tych, które sama wypowiedziała w apartamencie:
Niczego od ciebie nie potrzebuję.
Wtedy wydawały się obroną. Próbą odzyskania granicy pomiędzy tym, co potrafiła zrobić sama, a tym, co nieustannie próbował dla niej zrobić on. Dopiero teraz, otrzymując podobne zdanie z powrotem, usłyszała w nim coś zupełnie innego. Odrzucenie, którego przecież sama nie zamierzała jeszcze wtedy zawrzeć we własnych słowach.
Przez kilka sekund tylko stała przy otwartych drzwiach, wpatrując się w niego w ciszy, nie potrafiąc dokonać tak prostego wyboru wobec u l t i m a t u m, które jej zostawił. Samochód był rozsądnym wyborem: dawał schronienie i dystans, którego teraz najwyraźniej chciał także on. Tylko że oznaczał również zamknięcie się samej, podczas gdy burza narastała wokół nich, a Monroe pozostawał jedynym punktem, przy którym, paradoksalnie, jej ciało wciąż potrafiło uwierzyć, że jest bezpiecznie.
W końcu skinęła tylko głową, bo nagle nie potrafiła znaleźć słów, które nie zabrzmiałyby jak kolejna próba sprzeciwu. Wsunęła się na siedzenie, czując jak mokry materiał ubrania przykleja się do tapicerki, a chwilę później drzwi zamknęły się za nią z głuchym trzaskiem.
Przez kilka sekund rzeczywiście było lepiej. Wiatr przestał szarpać jej włosami, deszcz nie zacinał w twarz, a chłód nie wciskał się już bezpośrednio pod skórę. Samochód nie odciął jej jednak całkowicie od burzy a jedynie zamknął ją z nią w znacznie ciaśniejszej przestrzeni.
Pierwszy huk narastającej dziko nawałnicy zacisnął jej palce na rozładowanym już telefonie. Kolejny, jeszcze głośniejszy od poprzedniego, wyrwał z jej gardła urwany oddech. Telefon wysunął się spomiędzy jej zdrętwiałych palców i spadł na podłogę. Cienie zatańczyły po wnętrzu pojazdu razem z błyskiem, który zwiastował kolejny trzask. Ten nastąpił w przeciągu niecałej sekundy od światła.
Próbowała nabrać powietrza, ale każdy wdech zatrzymywał się wysoko w klatce piersiowej, zbyt płytki, by rzeczywiście dotrzeć do płuc. Wiedziała, że siedzi w samochodzie. Widziała mokrą tapicerkę, rozładowany telefon u swoich stóp i rozmazaną sylwetkę Vincenta za szybą. Żadna z tych rzeczy nie wydawała się jednak wystarczająco rzeczywista.
Następny grzmot, który wdarł się przez drżące, blaszane ściany samochodu, wstrząsnął również nią. Jej serce uderzało zbyt szybko. Zacisnęła palce na własnym nadgarstku, próbując zatrzymać ciało, które zaczynało, w całkowitej panice, wymykać się spod kontroli.
A później wszystko urwało się niemal nagle.
Drżenie jej ciała ustało, chociaż strach wcale nie minął. Jej ramiona opadły bezwładnie, palce pozostały zaciśnięte na nadgarstku, a wzrok utkwił w jednym, przypadkowym punkcie. Dźwięki zaczęły docierać do niej jakby z oddali, stłumione i nierzeczywiste. Siedziała zupełnie nieruchomo, odcięta od wszystkiego poza tępym, miażdżącym uciskiem w klatce piersiowej.
some things go still before they break

see what is left of us, how we ended

: pn sie 24, 2026 11:32 pm
autor: Vincent Monroe
Powinno być lepiej.
Jego ciało nieustannie reagowało na jej bliskość i gdy ta ustała wraz z hukiem zamykanych drzwi, natychmiast powinien odczuć różnicę. Odsunął się od samochodu, wracając do przymkniętej maski i ruchem pełnym tej samej gwałtowności, z którą próbował się jej p o z b y ć ze swojego otoczenia, zadarł ją z powrotem do góry.
Przez chwilę było lepiej.
Mógł skupić się na tym, co miał przed sobą. Błysk agresywnych świateł na ciemnym niebie pozwolił mu zlokalizować problematyczny fragment silnika i dopiero wtedy dostrzegł, że problem nie leżał w samym zsuniętym pasku. Jego udało mu się pochwycić, teraz, gdy był pozbawiony wszelkich rozpraszaczy i z powrotem naciągnąć elastyczną powierzchnię na właściwe miejsce. To napinacz, którym chwycił i zakręcił, zamiast poruszać się swobodnie robił to ociężale i blokował się, prowokując pasek do dalszego zsuwania.
Wiedział, że to nie była naprawa, której można było dokonać na poboczu - nawet, gdyby nie atakowały go w tej chwili żywioły.
Ale z jakimś uporem, z którym był świadom tego, że znajdowała się w aucie, szarpał się z metalową częścią jakby mógł swoją zwykłą, ludzką determinacją zachęcić ją do działania. Nagle przestało być l e p i e j, nagle zdał sobie sprawę z tego, że zacinający deszcz przekształcał się w grad i pierwsze, twarde bryły lodu z hukiem waliły o maskę i jego ciało, zostawiając na nim bolesne ukłucia. Nagle zdał sobie sprawę z tego, że tkwią w środku jakiejś pieprzonej a p o k a l i p s y, przed którą drzewa nie dawały żadnego schronienia - wręcz przeciwnie, zdawały się grozić wszystkim, o czym opowiadano im w szkołach. Na tych lekcjach, na których akurat uważał.
Zatrzasnął maskę, z jakiegoś powodu samemu czując w tej chwili opór przed powrotem w stronę bezpieczeństwa - wyłącznie dlatego, że tam była. A on nie potrafił zachować się w tej sytuacji w ł a ś c i w i e, nie potrafił przeanalizować tego, w jaki sposób zachowywała się ona. Jego serce wyrywało się w stronę zamkniętej w schronieniu Forda kobiety w sposób irracjonalny, który wzbudzał w nim wściekłość i nakłaniał do decyzji niemających zbyt wiele wspólnego z logicznymi - po to, by natrafić na zbudowaną przez nią ścianę, której również, jak wszystkiego innego, nie potrafił objąć własnym rozumem.
To wszystko było zbyt, kurewsko, skomplikowane.
- Napinacz stoi, albo koło się zablokowało - rzucił od razu, niemal mechanicznie, pośród huku walącego w blachę samochodu gradu i rozdzierających świat na pół grzmotów. Uchylił drzwi, w marnej namiastce prowadzenia konwersacji, która nigdy nie miała się udać z tym wszystkim wokół. - Nie ma sensu tego teraz zakładać, bo zaraz zrzuci go znowu.
Jego słowa utonęły w huku kolejnego grzmotu, którego moc odczuł w drżeniu samochodowych drzwi, które trzymał, w ziemi, na której stał. Dopiero wtedy, z oporem, wsunął się do środka, na drugie siedzenie pasażerskie - nie wiedząc, czy w ogóle p o w i n i e n wkraczać do jej samochodu, siadać obok, ale przecież musiał z nią jakoś, kurwa, r o z m a w i a ć.
Dopiero wtedy to zauważył. Nienaturalną stoickość, w której tkwiła we wnętrzu samochodu, stojącą w sprzeczności z błyskiem nieaktywnego ekranu leżącego na ziemi telefonu, odbijającego grzmoty wpadające przez okna jak małe lusterko.
- Zawiozę cię do domu - zaproponował, gdy świadomość tego, jak nienaturalnie wyglądała dopiero powoli, ociężale osadzała się na jego umyśle. Gdy dostrzegał jej puste spojrzenie i bladą twarz, do której jej mokre włosy przylgnęły jak smugi ciemności.
- Violet - dodał ciszej, a jego głos natychmiast odnalazł to schowane nawet przed nim samym miejsce, w którym trzymał zarezerwowaną dla niej miękkość. Jego dłoń sięgnęła w kobiecą stronę i zatrzymała się w połowie ruchu, przypominając o wszystkich chwilach, w których desperacko jej unikała. Odstawił ją na bok, na mokrą od deszczu tapicerkę, w pobliżu, na wyciągnięcie ręki. - Spójrz na mnie.

i can't bear your absence

see what is left of us, how we ended

: wt sie 25, 2026 12:25 pm
autor: Violet Haze
Nie zauważyła momentu, w którym drzwi ponownie się otworzyły.
Zarejestrowała jedynie nagłą zmianę w szumie dookoła. Przez kilka sekund deszcz uderzał o dach i szyby przytłumiony metalową konstrukcją samochodu, a później znów wdarł się do środka wyraźniejszy, gwałtowniejszy, znacznie bliższy. Gdzieś na obrzeżach świadomości pojawił się również i ciężar przechylający nieznacznie pojazd. No i głos, którego słowa dotarły do niej pozbawione większego znaczenia.
Zawiozę cię do domu.
Powinna była rozumieć, co oznaczało to słowo – dom. Nie przyjmowała jednak nic. Zawieszona w przestrzeni, która była bliska rzeczywistości, ale jednocześnie skrajnie od niej oderwana. W alternatywnej jej wersji, która miała być bezpieczniejsza – znacznie cichsza, wyłączona od strachu.
Dopiero własne imię przecisnęło się przez odcięcie.
Jej wzrok przesunął się nieznacznie, gubiąc ten przypadkowy punkt na wycieraczce pod nogami, na którym pozostawał zawieszony. Zatrzymał się na męskiej dłoni ułożonej obok niej i przez krótką chwilę tylko na nią patrzyła. Śledziła wzrokiem kształt palców, linie przecinające skórę oraz pojedyncze krople wody spływające z nadgarstka.
Przez chwilę impuls przebiegł przez mięśnie jej ramienia, wprawiając je w ruch. Palce ześlizgnęły się z wciąż wilgotnego od deszczu nadgarstka, odsłaniając intensywnie zaróżowiony ślad po własnym uścisku, a dłoń Haze drgnęła w kierunku ręki Monroe spoczywającej tuż obok. Granica ze wstydu i poczucia winy nie była w stanie zatrzymać ruchu, który był tak samo pierwotny w swej naturze, co egoistyczny.
Opuszki jej palców zdołały musnąć jego skórę, a sam ruch zamrzeć w momencie, gdy się odezwał.
Polecenie Monroe było proste. Spojrzenie na niego wymagało od niej wyłącznie jednego ruchu, potencjalnie banalnie prostego, który mimo wszystko okazał się trudniejszy, niż można było sobie wyorbazić. Jej wzrok przesunął się powoli z jego dłoni, najpierw na mokry materiał jego koszuli, wspinając się po nim wyżej, aż w końcu odnalazła jego twarz. W jej spojrzeniu nie było jednak nic obecnego; nic, co potwierdziłoby, że była tutaj, a nie tam. Po drugiej stronie – w tej przestrzeni oderwanej od rzeczywistości.
Otworzyła usta, próbując coś powiedzieć, lecz zaczerpnięty gwałtownie oddech urwał się w połowie. Kolejny grzmot przeszedł przez przestrzeń. Wszystko, co jeszcze przed chwilą pozostawało odległe i przytłumione, wdarło się do niej jednocześnie. Huk. Deszcz i grad uderzające o blaszany dach. Jej własne serce tłukące się o żebra tak mocno, że niemal bolało. Im bardziej próbowała oddychać, tym mniej powietrza zdawało się docierać do płuc. Każdy kolejny oddech był coraz bardziej bolesny, gdy powietrze próbowało przedrzeć się przez betonową powłokę.
Mrowienie pojawiło się najpierw w opuszkach palców, później rozlało się na całe dłonie i dotarło aż do ust. Wnętrze samochodu zaczęło przechylać się nieznacznie, chociaż w rzeczywistości pojazd pozostawał nieruchomy. Obraz przed jej oczami zwęził się, pozostawiając jedynie fragment twarzy Monroe otoczony ciemnością rozmytą przecinającym je światłem.
Nie lubię burz było w tej chwili paskudnym kłamstwem, które mu opowiedziała. Było absurdalnie wielkim niedopowiedzeniem.
Przerażenie przejęło każdy atom jej ciała. Nie potrafiła zasłonić uszu ani oderwać od niego wzroku. Mogła jedynie potykać się o własne, urwane oddechy, coraz bardziej przekonana, że za chwilę jej płuca całkowicie odmówią współpracy.
shatter me