see what is left of us, how we ended
: śr sie 19, 2026 12:33 am
i thought i was the only one and the first
but no space in your arms is made for my nature
Spoiler
Myśl jako pierwsza wtargnęła do jego głowy pod postacią wykrzyczanych w jego stronę słów. Ich twórca brzmiał jakby znajomo, jakby nie - z jednej strony przypominał jego głos rozsądku w postaci menadżera Rapture, Avisa, który tkwił u jego boku od ostatnich lat. Z drugiej wzbudzał w nim ten sam odruch, który uciszał wszystkich obcych pragnących udzielić mu rad.
Przede wszystkim jednak jego głos dotarł do niego s t ł u m i o n y.
Nie docierał do niego w pełni wtedy, gdy znalazł się w głośnym wnętrzu klubu, w którym odbywał się koncert. Nie przebijał się przez zasłonę jego emocji gdy kroczył korytarzami zaplecza, zmierzając do sali, w której przetrzymywano znalezione dla niego osoby. Nie słyszał go też pośród tych wszystkich krzyków - łkania przywiązanej do krzesła blondynki o pięknej twarzy mokrej od łez. Gróźb jej ojca, stojącego w towarzystwie dwójki ochroniarzy dwa metry dalej.
Nie słyszał go tak, jak nie słyszał pertraktacji, w które się przekształciły. Ofert pieniędzy, wpływów, miejsc, które mogły być wyłącznie dla niego.
Nie słyszał go ponad hukiem, który wybrzmiał gdy jego zdrowa dłoń nacisnęła na spust a wraz z nią, zrobiły to wszystkie inne, znajdujące się w pomieszczeniu.
I mimo tego, że słowa Avisa nigdy do niego nie dotarły, nawet nie wtedy, gdy we wnętrzu pomieszczenia wybrzmiewały wyłącznie stłumione odgłosy koncertu i rzężący odgłos konającego biznesmena, wiedział, że miał rację.
Violet Haze musiała zniknąć.
Nie dlatego, że widziała lub wiedziała zbyt wiele i była luźnym końcem, który należało zerwać. Nie przez wszystko to, czego świadkiem była w Rapture i w ciemnej, pobocznej alejce, w której zderzył się jego samochód z autem jej napastnika. Nie przez krew, którą przelał w jej imieniu.
Przez to, że w y s z ł a.
Że pomimo g o d z i n, które zdawałoby się, że spędził na próbach zyskania jej zaufania, pertraktacji, po które sięgał by zgodziła się zostać pod jego opieką na jeden wieczór, odrzuciła jego pomoc, odrzuciła jego prośby,
Sprawił, że zniknęła.
Nie, żeby wymagało to jego ingerencji. Nie pojawiła się już w Rapture i nie musiał wycofywać automatycznej prośby o potwierdzenie następnego występu by wiedzieć, że nie weźmie w nim udziału. I choć w jego wnętrzu szaleństwo rozbijało się chaotycznie o ściany jego klatki piersiowej na myśl o tym, że nigdy więcej miał jej nie ujrzeć, odesłał mężczyzn, którzy obserwowali jej mieszkanie i upewniali się, że
Violet Haze miała zniknąć.
Dopóki nie zadzwoniła.
I choć wszystko w jego sercu nakazywało mu zignorowanie znajomego numeru wyświetlanego na ekranie, choć z całą mocą postanowił sobie, że wszystkie dni, które minęły, odcięły go grubą linią od tego luźnego końca, mrugnął.
A gdy jego powieki uchyliły się ponownie, tkwił na poboczu, otoczony gęstwiną lasu. Pierwsze, nieśmiałe krople deszczu uderzały o maskę jego czarnego samochodu choć wiatr mknącej w ich stronę burzy nieustannie unosił pojazd o te nieistotne milimetry, których nie dało się dostrzec, ale dało się poczuć.
Wygasił silnik, przez chwilę wyłącznie patrząc przed siebie - na tył samochodu zaparkowanego przed jego własnym, znajome literki tablicy rejestracyjnej, której nie powinien już pamiętać, zarysowany w niektórych miejscach lakier. Dopiero po nieznośnie długich paru sekundach sięgnął do drzwi, uchylając je podmuchowi chłodnemu wiatru i zapachowi drzew, wychodząc na zewnątrz, w deszcz i noc, by w ciszy stanąć opartym o maskę samochodu, z podwiniętymi rękawami czarnej koszuli odsłaniającymi wciąż tkwiący na jego dłoni opatrunek.
why are you calling me?