knight to b3
: śr sie 19, 2026 6:45 pm
tutaj, ale trochę bardziej speluniarsko 
Redaktor Jack Simnel obchodził swoje sześćdziesiąte urodziny w bardzo osobliwy sposób.
Nie wynajął drogiego lokalu z widokiem na panoramę miasta, nie gotował mu Susur Lee żaden inny, lokalny mistrz kuchni, a „sto lat” też nie zaśpiewał mu jakiś Drake. Było wręcz przeciwnie – duszne industrialne wnętrze, scena zbita z kilku palet ze starym pianinem, na którym plumkał jazzowy muzyk rozpoznawalny jedynie przez garstkę zapaleńców, a zjeść można było najwyżej orzeszki rozsypane do miseczek przy barze. Ale za to w jakim towarzystwie! Osobliwość przyjęć urodzinowych redaktora Simnela polegała na tym, że listy gości pozazdrościłaby mu pewnie (zaproszony zresztą) sama burmistrz Chow. Jack – radiowy głos Toronto od ponad 35 lat – mógł liczyć bowiem na towarzystwo całej, miejskiej śmietanki. Zapraszał lokalnych sportowców, aktorów, muzyków i celebrytów w ogóle, czy polityków, i ci wszyscy ludzie co roku hojnie obdarzali go swoim towarzystwem (i nie tylko). I to nic, że przez ostatnich dwadzieścia lat zmieniły się władze, drużyny albo po prostu pokolenia – na urodzinach redaktora Simnela po prostu dobrze było się pokazać, niezależnie od tego kiedy ostatni raz się z nim rozmawiało albo czy wciąż dzieliło się z nim te same poglądy. To po prostu była tradycja.
Tradycja, za którą Anthony Bellore nie przepadał. O ile mistrz Jack (bo zwłaszcza ci starsi goście zwracali się w ten sposób do solenizanta) wcale mu nie przeszkadzał, o tyle wizja spędzania czasu w towarzystwie tych wszystkich innych ludzi była już… No, po prostu niezbyt kusząca. Lokal nie zawsze był w stanie pomieścić wszystkich chętnych i wszechobecna ciasnota raczej nie zachęcała do zabawy, a poza tym jeśli nie udało się wpaść na kogoś znajomego, to był skazany na bycie w cieniu Kimberly, bo to ona przejmowała dowodzenie i organizowała im towarzystwo. I dopóki byli to nudziarze, których interesowałdekolt jej sukienki jakiś nowy podatek albo nudziarki zafiksowane na punkcie jej sylwetki czy trybu życia, to był w stanie to przeżyć; najczęściej jednak wpadali na kanapowych ekspertów od geopolityki, którym trzeba było przytakiwać, gdy dzielili się swoimi opiniami o walce, polityce międzynarodowej albo imigracji. A ponieważ żeby złożyć gospodarzowi życzenia, trzeba było się ustawić w kolejce, to zanim udało mu się wypluć wyuczoną formułkę, Tony bywał na granicy załamania nerwowego i modlił się o szybki powrót do domu.
Tym razem było jednak inaczej. Jakkolwiek to zabrzmi – „przesilenie”, którym nazwał spięcie z Love, poprawiło mu samoocenę tak bardzo, że czuł się najlepszym mężem na świecie i z entuzjazmem witał wszystkie pomysły swojej żony. No dobra, włosy pewnie wolałby już podciąć, ale poza tym nawet nie marudził za bardzo, gdy wybierali sukienkę czy albo rezerwowali stolik na kolację po przyjęciu, a już na miejscu nastroju nie zepsuł mu nawet fakt, że w drzwiach minęli się z Morganem Riellym, którego bardzo cenił jako hokeistę, mimo że światopoglądowo zupełnie się rozmijali. Ba – nie przejął się nawet, kiedy dyskusja z żoną jakiegoś piłkarza zaczęła go nudzić, ani gdy gdzieś w tłumie mignęła mu Love. W końcu niby czemu miałby się tym przejmować. Sęk w tym, że jakiś czas później zauważył jeszcze męską dłoń, która swobodnie przesuwała się po talii dziennikarki; dłoń nie byle jaką zresztą, bo należącą do zawodnika Raptors, którą za chwilę miał ścisnąć. W tej banieczce ludzi bogatych i bogatych jeszcze bardziej znali się przecież wszyscy, a koszykarz właśnie witał się z „ich” piłkarzem.
I to był pierwszy raz w jego 46-letnim życiu, kiedy Anthony Bellore nie chciał być kibicem drużyn z Toronto.
Love Roderick
Redaktor Jack Simnel obchodził swoje sześćdziesiąte urodziny w bardzo osobliwy sposób.
Nie wynajął drogiego lokalu z widokiem na panoramę miasta, nie gotował mu Susur Lee żaden inny, lokalny mistrz kuchni, a „sto lat” też nie zaśpiewał mu jakiś Drake. Było wręcz przeciwnie – duszne industrialne wnętrze, scena zbita z kilku palet ze starym pianinem, na którym plumkał jazzowy muzyk rozpoznawalny jedynie przez garstkę zapaleńców, a zjeść można było najwyżej orzeszki rozsypane do miseczek przy barze. Ale za to w jakim towarzystwie! Osobliwość przyjęć urodzinowych redaktora Simnela polegała na tym, że listy gości pozazdrościłaby mu pewnie (zaproszony zresztą) sama burmistrz Chow. Jack – radiowy głos Toronto od ponad 35 lat – mógł liczyć bowiem na towarzystwo całej, miejskiej śmietanki. Zapraszał lokalnych sportowców, aktorów, muzyków i celebrytów w ogóle, czy polityków, i ci wszyscy ludzie co roku hojnie obdarzali go swoim towarzystwem (i nie tylko). I to nic, że przez ostatnich dwadzieścia lat zmieniły się władze, drużyny albo po prostu pokolenia – na urodzinach redaktora Simnela po prostu dobrze było się pokazać, niezależnie od tego kiedy ostatni raz się z nim rozmawiało albo czy wciąż dzieliło się z nim te same poglądy. To po prostu była tradycja.
Tradycja, za którą Anthony Bellore nie przepadał. O ile mistrz Jack (bo zwłaszcza ci starsi goście zwracali się w ten sposób do solenizanta) wcale mu nie przeszkadzał, o tyle wizja spędzania czasu w towarzystwie tych wszystkich innych ludzi była już… No, po prostu niezbyt kusząca. Lokal nie zawsze był w stanie pomieścić wszystkich chętnych i wszechobecna ciasnota raczej nie zachęcała do zabawy, a poza tym jeśli nie udało się wpaść na kogoś znajomego, to był skazany na bycie w cieniu Kimberly, bo to ona przejmowała dowodzenie i organizowała im towarzystwo. I dopóki byli to nudziarze, których interesował
Tym razem było jednak inaczej. Jakkolwiek to zabrzmi – „przesilenie”, którym nazwał spięcie z Love, poprawiło mu samoocenę tak bardzo, że czuł się najlepszym mężem na świecie i z entuzjazmem witał wszystkie pomysły swojej żony. No dobra, włosy pewnie wolałby już podciąć, ale poza tym nawet nie marudził za bardzo, gdy wybierali sukienkę czy albo rezerwowali stolik na kolację po przyjęciu, a już na miejscu nastroju nie zepsuł mu nawet fakt, że w drzwiach minęli się z Morganem Riellym, którego bardzo cenił jako hokeistę, mimo że światopoglądowo zupełnie się rozmijali. Ba – nie przejął się nawet, kiedy dyskusja z żoną jakiegoś piłkarza zaczęła go nudzić, ani gdy gdzieś w tłumie mignęła mu Love. W końcu niby czemu miałby się tym przejmować. Sęk w tym, że jakiś czas później zauważył jeszcze męską dłoń, która swobodnie przesuwała się po talii dziennikarki; dłoń nie byle jaką zresztą, bo należącą do zawodnika Raptors, którą za chwilę miał ścisnąć. W tej banieczce ludzi bogatych i bogatych jeszcze bardziej znali się przecież wszyscy, a koszykarz właśnie witał się z „ich” piłkarzem.
I to był pierwszy raz w jego 46-letnim życiu, kiedy Anthony Bellore nie chciał być kibicem drużyn z Toronto.
Love Roderick