Strona 1 z 1

knight to b3

: śr sie 19, 2026 6:45 pm
autor: anthony bellore
tutaj, ale trochę bardziej speluniarsko :lol:

Redaktor Jack Simnel obchodził swoje sześćdziesiąte urodziny w bardzo osobliwy sposób.
Nie wynajął drogiego lokalu z widokiem na panoramę miasta, nie gotował mu Susur Lee żaden inny, lokalny mistrz kuchni, a „sto lat” też nie zaśpiewał mu jakiś Drake. Było wręcz przeciwnie – duszne industrialne wnętrze, scena zbita z kilku palet ze starym pianinem, na którym plumkał jazzowy muzyk rozpoznawalny jedynie przez garstkę zapaleńców, a zjeść można było najwyżej orzeszki rozsypane do miseczek przy barze. Ale za to w jakim towarzystwie! Osobliwość przyjęć urodzinowych redaktora Simnela polegała na tym, że listy gości pozazdrościłaby mu pewnie (zaproszony zresztą) sama burmistrz Chow. Jack – radiowy głos Toronto od ponad 35 lat – mógł liczyć bowiem na towarzystwo całej, miejskiej śmietanki. Zapraszał lokalnych sportowców, aktorów, muzyków i celebrytów w ogóle, czy polityków, i ci wszyscy ludzie co roku hojnie obdarzali go swoim towarzystwem (i nie tylko). I to nic, że przez ostatnich dwadzieścia lat zmieniły się władze, drużyny albo po prostu pokolenia – na urodzinach redaktora Simnela po prostu dobrze było się pokazać, niezależnie od tego kiedy ostatni raz się z nim rozmawiało albo czy wciąż dzieliło się z nim te same poglądy. To po prostu była tradycja.
Tradycja, za którą Anthony Bellore nie przepadał. O ile mistrz Jack (bo zwłaszcza ci starsi goście zwracali się w ten sposób do solenizanta) wcale mu nie przeszkadzał, o tyle wizja spędzania czasu w towarzystwie tych wszystkich innych ludzi była już… No, po prostu niezbyt kusząca. Lokal nie zawsze był w stanie pomieścić wszystkich chętnych i wszechobecna ciasnota raczej nie zachęcała do zabawy, a poza tym jeśli nie udało się wpaść na kogoś znajomego, to był skazany na bycie w cieniu Kimberly, bo to ona przejmowała dowodzenie i organizowała im towarzystwo. I dopóki byli to nudziarze, których interesował dekolt jej sukienki jakiś nowy podatek albo nudziarki zafiksowane na punkcie jej sylwetki czy trybu życia, to był w stanie to przeżyć; najczęściej jednak wpadali na kanapowych ekspertów od geopolityki, którym trzeba było przytakiwać, gdy dzielili się swoimi opiniami o walce, polityce międzynarodowej albo imigracji. A ponieważ żeby złożyć gospodarzowi życzenia, trzeba było się ustawić w kolejce, to zanim udało mu się wypluć wyuczoną formułkę, Tony bywał na granicy załamania nerwowego i modlił się o szybki powrót do domu.
Tym razem było jednak inaczej. Jakkolwiek to zabrzmi – „przesilenie”, którym nazwał spięcie z Love, poprawiło mu samoocenę tak bardzo, że czuł się najlepszym mężem na świecie i z entuzjazmem witał wszystkie pomysły swojej żony. No dobra, włosy pewnie wolałby już podciąć, ale poza tym nawet nie marudził za bardzo, gdy wybierali sukienkę czy albo rezerwowali stolik na kolację po przyjęciu, a już na miejscu nastroju nie zepsuł mu nawet fakt, że w drzwiach minęli się z Morganem Riellym, którego bardzo cenił jako hokeistę, mimo że światopoglądowo zupełnie się rozmijali. Ba – nie przejął się nawet, kiedy dyskusja z żoną jakiegoś piłkarza zaczęła go nudzić, ani gdy gdzieś w tłumie mignęła mu Love. W końcu niby czemu miałby się tym przejmować. Sęk w tym, że jakiś czas później zauważył jeszcze męską dłoń, która swobodnie przesuwała się po talii dziennikarki; dłoń nie byle jaką zresztą, bo należącą do zawodnika Raptors, którą za chwilę miał ścisnąć. W tej banieczce ludzi bogatych i bogatych jeszcze bardziej znali się przecież wszyscy, a koszykarz właśnie witał się z „ich” piłkarzem.
I to był pierwszy raz w jego 46-letnim życiu, kiedy Anthony Bellore nie chciał być kibicem drużyn z Toronto.

Love Roderick

knight to b3

: śr sie 19, 2026 8:24 pm
autor: Love Roderick
Redaktor Mazurek Simnel był jedną z tych osób w kanadyjskich mediach, którą po prostu wypadało znać… niezależnie, czy bliżej ci było na prawo, lewo, do telewizji czy pokazywania tyłka na onlyfans. Jego po prostu kojarzyli wszyscy. W dużej mierze dlatego, że w tym biznesie siedział od lat, a trochę dlatego, że miał taką osobowość, że no… trudno było go nie lubić. On też po prostu lubił ludzi. A zaproszenie na jego urodziny? Z jednej strony można było założyć, że byli tu wszyscy, więc to żadne osiągnięcie, ale nie… to zaproszenie oznaczało, że jednak – nawet na bardzo małej lokalnej arenie – coś się znaczyło. Zwyczajnie nie wypadało odmówić. Zresztą… Love Roderick ostatnio nie odmawiała, gdy w grę wchodziło wyjście z domu, spotkanie się z ludźmi i impreza. Nie oszukujmy się… przesilenie sprawiło, że trochę mniej wolnego czasu poświęcała całej tej sprawie zawodowej. Czy miała żal do Bellore? Tak. I nie naprawiła tego nawet droga błyskotka, którą dostała od niego na urodziny, a którą dzisiaj założyła. Specjalnie? Nie. Prawdę powiedziawszy nie przypuszczała, że mogą się spotkać akurat tego wieczoru. Aczkolwiek… nie narzekała.
Fakt, że częściej wychodziła z domu, spotykała się ze znajomymi i imprezowała miał też swoje… skutki uboczne. Na przykład to, że bardzo łatwo wpaść na mieście na swojego byłego. Niedoszłego? Skomplikowanego? Jakkolwiek by tego nie nazywać – była to jedna z tych relacji w życiu Love, która się pojawiała i znikała, ale generalnie zawsze dobrze się przy tym bawiła. Głównie o to w niej chodziło. A gdy okazało się, że oboje dostali zaproszenie do Simnela? To była dobra okazja, żeby spędzić ze sobą trochę więcej czasu. Właściwie było to jedna z najbardziej oficjalnych okazji, na których pokazali się razem. Czy to o czymś świadczyło? Nie. I nie zamierzała też tego jakoś szczególnie mocno analizować.
Dobrze się bawiła. Przynajmniej do czasu.
Gdy Arthur pociągnął ją w stronę dawnego znajomego – nie protestowała. Błąd! Bo gdy tylko przesunęła spojrzeniem po towarzystwie, w którym się nagle znaleźli… poczuła jak zimny dreszcz przechodzi wzdłuż jej kręgosłupa. Ale należał jej się Oscar ponieważ twarz jej nawet nie drgnęła, jej uśmiech nie opadł nawet na milimetr, nawet błysk w oku nie przygasł. Zupełnie jakby nie stał tam z nimi Anthony Bellore, a ktokolwiek inny. Ale cóż… był to Anthony Bellore, a jego żona przywitała się z nią jak ze starą dobrą znajomą! Uściski dłoni, trochę kurtuazji i parę sportowo-politycznych żartów. Prawdę powiedziawszy przez chwilę szukała spojrzeniem jakiejś alternatywy, ale jej plus jeden chyba odnalazł się w tym towarzystwie. Ugh.
- Skoczę do baru po drinki, komuś coś przynieść? – zaproponowała ogólnie, bo naprawdę nie robiło jej różnicy, czy zamówi jednego, dwa czy pięć. Art spojrzał na nią jednak zaskoczony – Daj spokój, ja pójdę – zaproponował, na co tylko pokręciła głową. Nie potrzebowała, żeby facet przynosił jej drinka. Miała dwie ręce i dwie nogi, powinna sobie poradzić, a on dodatkowo i tak był pochłonięty rozmową. Nie miała za to nic przeciwko, gdy się do niej pochylił i sięgnął jej warg. Uśmiechnęła się do niego wyraźnie zadowolona. I chociaż to był ich krótka chwila to czuła się obserwowana… i to nie było to uczucie, które towarzyszyło jej, gdy ludzie byli po prostu ciekawi. Nie. Wiedziała kto jej się w tym momencie przyglądał i czuła z tego powodu satysfakcję. Głupia. Jeszcze raz za to spojrzała po towarzystwie, wzięła zamówienie od Arthura oraz żony piłkarza i zaczęła się przeciskać przez tłum, żeby dotrzeć do baru i odczekać swoje w kolejce. Oparła się o drewniany blat, zaczęła wystukiwać o niego paznokciami jakiś trudny do zidentyfikowania rytm i chyba trochę się zamyśliła. Drgnęła dopiero, gdy zdała sobie sprawę, że ktoś stoi obok niej. Odwróciła głowę i zmierzyła Bellore spojrzeniem.
- Mogliście powiedzieć, przyniosłabym wszystko. – rzuciła swobodnie i wzruszyła ramionami, bo nie rozumiała dlaczego ani on, ani jego żona po prostu nie skorzystali z okazji. Przynajmniej nie musiałby się skazywać na jej towarzystwo przy tym nieszczęsnym barze, za którym obsługa się może uwijała, ale i tak była daleko od nich. Aż spojrzała na zegarek, bo to niewątpliwie będzie długie kilka minut w ciszy.


anthony bellore

knight to b3

: pt sie 21, 2026 5:13 pm
autor: anthony bellore
Najtrudniej było utrzymać pokerowy wyraz twarzy.
Anthony Bellore nie należał, co prawda, do ludzi, którzy bardzo dużo mówili samą mimiką, ale – na miłość Boską – był Włochem. W czwartym albo piątym pokoleniu, ale wciąż Włochem, więc jeśli łatwiej dało się coś „pokazać” niż opowiedzieć o tym na głos, to siłą rzeczy zdarzało mu się mimowolnie grymasić. I chociaż bardzo mocno nad tym pracował (zwłaszcza odkąd stał się postacią publiczną), to wciąż zdarzały się momenty, w których musiał się bardzo mocno pilnować. Ten teraz był jednym z nich.
Szybko okazało się bowiem, że to nie tylko plus jeden Love dobrze odnalazł się w tym towarzystwie – to towarzystwo również dobrze odnalazło się u boku jej plus jeden i zanim o tym pomyśleli, cała gromadka zatopiona była w nikomu niepotrzebnym smalltalku. Na czele z Anthonym, który musiał posłusznie grać rolę lojalnego fana lokalnego sportu, gdy jednocześnie przez cały czas kątem oka dostrzegał młodą dziennikarkę i jak poufały gest koszykarza robił się… Cóż, coraz bardziej poufały. I to nie tak, że jakoś bardzo się tym przejął, no bo ustaliliśmy już: niby dlaczego miałby, ale umówmy się – on po prostu wolałby nie widzieć; najlepiej jej w ogóle, ale skoro był już (pośrednio) skazany na jej towarzystwo, to chociaż nie z facetem, na którego kontrakt składał się, płacąc za swoje bilety w Scotiabank Arena, a już na pewno nie jego dłoni na jej biodrze. Nadal był wściekły o tamto pytanie, a teraz, gdy Love uśmiechała się do jego żony, znów czuł się jak na tamtym bankiecie. I nawet bogatszy o tamte doświadczenia, nie potrafił odsunąć od siebie przekonania, że robiła to celowo i na złość. Jemu.
A jednak musiał się zachowywać tak, jak na tych wszystkich wiecach, na których wchodzi się wszystkim w tyłek. Bellore uśmiechał się, żartował, a nawet pozwolił Kimberly zrobić sobie zdjęcie w towarzystwie obu zawodników, choć wyglądało na to, że całej trójce niekoniecznie było to na rękę.
Hej, to za drogie kolana, żeby chodzić na nich do baru – rzucił luźno, pociągnięciem za rękę zatrzymując koszykarza. Dowcip, wbrew pozorom, wcale nie miał drugiego dna (kto uprawiał sport i nie miał problemów z kolanami, niech pierwszy rzuci kamieniem, i tak dalej), ale Kimberly – w swoim zresztą stylu – i tak wysuszyła mężowi głowę, i wpychając go pod pantofel jeszcze głębiej, w ramach pokuty wkrótce wysłała go po drinka dla siebie i pani piłkarzowej. I mniej lub bardziej świadomie – wepchnęła go wprost w ramiona Love, której odseparowanie od towarzystwa ewidentnie podpasowało.
Wtedy musiałbym tam zostać. Kiepski interes – prychnął pod nosem. Stanął obok niej, ale w odległości bezpiecznej na tyle, że gdyby ktoś chciał być niegrzeczny i wepchnąć się w kolejkę, to zrobiłby to bez problemu. Wzrok też ulokował przed sobą, gdzieś na regale z alkoholami i przynajmniej na razie ani myślał uraczyć ją spojrzeniem. – Jednak nie nie powinienem – zagaił krótko, nawiązując do wiadomości, którą napisała mu, otworzywszy swój urodzinowy prezent. Już teraz wiedział, że w domu będzie musiał się zarzekać, że nie zauważył zegarka na jej nadgarstku, ale w międzyczasie zdążył już wymyślić sensowne alibi i zamierzał je zrealizować przy barze. Tym razem negroni uderzy inaczej. – Poznałaś go? Mistrza? – Świetnie wychodziło mu unikanie tematu koszykarza, wyjazdu i w ogóle całej rzeczy ich uniwersum, prawda? Nawet mu powieka nie drgnęła, tak dobrze grał swoją rolę niewzruszonego, wiernego męża i sympatycznego kompana do smalltalku przy barze.

Love Roderick

knight to b3

: pt sie 21, 2026 7:22 pm
autor: Love Roderick
Najtrudniej było utrzymać pokerowy wyraz twarzy.
Love nie mogłaby się z tym zgodzić bardziej. Na szczęście – na całe szczęście! – miała to opanowane do perfekcji. Od kiedy pamięta robi dobrą minę do złej gry, a przez pracę w telewizji jeszcze podszlifowała swoje umiejętności. Ten wieczór był tego doskonałym przykładem, bo trzeba byłoby się naprawdę mocno przyjrzeć, żeby zauważyć jakiekolwiek napięcie między Love a Anthonym. Prawdę powiedziawszy trudno byłoby się dopatrzeć między nimi jakiejkolwiek relacji, bo Roderick zwyczajnie traktowała go jak powietrze. Jakby wcale go tam nie było. Dla jego żony była przeurocza, zresztą ona była dla niej dokładnie taka sama, ale poza momentami, gdy zwracała się do ogółu – jak chociażby wtedy, gdy pytała o drinki – Anthony Bellore był dla niej przezroczysty. Nawet jeśli czuła na sobie jego spojrzenie, chociażby przez ułamek sekundy (a z jakiegoś powodu zawsze była w stanie to wyczuć), ani razu się tym nie odwdzięczyła. Nie będzie na nią warczał. I właściwie nie wiedziała, czy prezent urodzinowy miał być formą łapówki, czy gałązką oliwną… ale nic nie zmienił.
Należał jej się pieprzony Oscar.
Dlatego wycieczka do baru była… zaskakująco odświeżająca. I dlatego ani się nie przepychała, ani szczególnie mocno nie domagała się, żeby ktoś zwrócił na nią uwagę. Po prostu czekała. Ale wszystko, co dobre kiedyś się kończy, prawda?
- Czy ja wiem? Wyglądaliście na całkiem zgraną ekipę. Trochę absurdalną, ale jednak zgraną. – ale wiedziała też, że ludzie ich pokroju potrafili się odnaleźć w każdym towarzystwie. Tak się przecież robi dobre wrażenie i sama wyznawała tą zasadę. Dlaczego z nimi miałoby być inaczej. Wbiła wzrok w profil mężczyzny i uśmiechnęła się pod nosem, gdy wytknął jej, że miała na ręce swój prezent – Nie powinieneś. – potwierdziła, zerknęła na swój nadgarstek i obróciła na nim błyskotkę. No właśnie – Ale dziewczyny lubią ładne rzeczy. – po prostu. Love nie była łasa na prezenty… zawsze były szalenie miły, bo umówmy się, kto nie lubi dostać od czasu do czasu kwiatków albo czegoś ładnego, ale ich nie oczekiwała i nie wymagała. Nigdy nie szukała sponsora. Mogła być naiwną dwudziestoparolatką, która wdała się w romans ze starszym, żonatym mężczyzną, ale nie była dziewczyną, którą można było kupić. Na to była zbyt dumna… no i za ciężko pracowała na swoje aktualne życie, żeby posunąć się do czegoś takiego. Zawiesiła się nad tym nawet na chwilę, przestała wpatrywać się w profil Bellore, wróciła do wwiercania się spojrzeniem w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni i do wybijania rytmu o drewniany barowy blat.
- Hm? – ściągnęła brwi i przez chwilę próbowała dojść o czym mówi Anthony – Ah, Maz… Simnela. Tak. Już na studiach… właściwie przez chwilę nawet rozważałam karierę w radiu, ale jednak przed kamerą czułam się lepiej. – wyjaśniła, skąd się tu właściwie wzięła – Utrzymywaliśmy kontakt, trochę mi podpowiadał jak się obchodzić z ludźmi z waszego gatunku. – znanymi, bogatymi i obracającymi się w polityce, czyli takimi, którzy potrafią dobrze kłamać. Uśmiechnęła się pod nosem na samo wspomnienie tych kilku rozmów, które przeprowadzili. Nie nazwałaby ich znajomości jakąś bliską, czy przyjacielską, bo bez przesady – jej ego nie było aż tak nadmuchane, ale zwyczajnie człowieka lubiła – Wiesz, że nie musimy rozmawiać, prawda? Pamiętam, że nie jesteś dobry w smalltalki – a swoje szansą na to, żeby ich rozmowy nie były smalltalkami chyba już stracili.


anthony bellore

knight to b3

: pn sie 24, 2026 6:35 pm
autor: anthony bellore
Paradoks polegał na tym, że Love Roderick nawet nie zdawała sobie sprawy, jak wielką przysługę wyświadczała Anthonyemu. Bellore bowiem tym razem wyjątkowo nie miał nic przeciwko byciu przezroczystym – przede wszystkim albo przynajmniej w jej oczach. Jeszcze nie był gotowy na rozmowę. Albo gotowym być nie chciał; w każdym razie – nie miałby nic przeciwko, gdyby nawet nie powiedzieli sobie dobry wieczór. Niestety jednak – o ile jemu z kamuflażem było bardzo dobrze, o tyle jego żona żyła dla jaskrawych kolorów i dlatego jej ucieczka do baru tak bardzo mu pasowała. Nawet jeśli Love w przeszłości udowodniła już, że przedstawienia i skandale to nie jej filiżanka herbaty, to w kontekście ich ostatniej rozmowy odseparowanie jej od Kimberly było mu na rękę.
Pozostawał jeszcze tylko jeden problem – otóż Anthony jeszcze nie był gotowy, żeby z Love rozmawiać. Nie był gotowy albo gotowym być nie chciał, w każdym razie: wysłany na swoją karną misję, wcale nie kipiał entuzjazmem na myśl o tym, że przyjdzie mu spędzić z nią chwilę we względnym odosobnieniu. Nawet jeśli bowiem sam przed sobą potrafił już przyznać, że zachował się wówczas – najłagodniej mówiąc – niezbyt elegancko, to od rachunku sumienia do szczerej spowiedzi droga jest jeszcze długa i Bellore wciąż jeszcze jej nie przeszedł.
A jednak musiał stawić jej czoła.
Za trzy dni nikt już nie będzie pamiętać słowa z tej rozmowy. Możemy się o to założyć – prychnął, ale bez żalu i pretensji; to było raczej prychnięcie człowieka, który był na setkach przyjęć w tym stylu i odbył tysiące takich pustawych dialogów, i aż za dobrze wiedział, do czego należy przywiązywać wagę, a czym nie warto sobie zawracać głowy. Love też się tego nauczy. – Dobrze dla nich – skwitował i spokojnie pokiwał głową. Po tym, jak zobaczył zegarek na jej nadgarstku na własne oczy, chciał jeszcze usłyszeć o nim bezpośrednio z jej ust. Pokaz mody w telewizji nie robił takiego wrażenia. Na żywo roztaczał znacznie większą aurę. Przynajmniej w wyobraźni Anthonyego.
No tak. Brzmi jak Jack. – Uśmiechnął się Bellore. – Na uczelnię też przychodził w tych dziwnych koszulach? Zawsze jak go widzę, zastanawiam się, skąd czerpie inspiracje. I czy za parę lat przypadkiem nie założy kanału na youtube. – Cóż – to święta prawda, że Anthony radził sobie w takich sytuacjach kiepsko, ale hej. Naprawdę próbował. I ani myślał przestać. – Mnie za każdym razem powtarza, że muszę się przestać wstydzić swojego akcentu. Twierdzi, że i tak go słyszy, i ukrywanie go nie ma sensu. – Wzruszył ramionami, a potem jeszcze obojętnie odmachnął ręką, jakby zmęczony bezcelowością tej krótkiej rozmowy o redaktorze Simnelu. Wreszcie przesunął wzrok na Love. – Oczywiście, że nie jestem. Nie można być najlepszym we wszystko. – Znów błysnął krnąbrnym uśmiechem. Przez chwilę milczał, jakby czekając na reakcję, ale wcale nie zamierzał gryźć się w język. – Och, daj spokój. Nie próbuję cię stąd porwać. Mam prawo być nudny – rzucił pewnie trochę zbyt luźno, jak na bezczelność tych słów, ale to przecież to wcale nie wykraczało poza ich rozmowy z „czasów pokoju”. Tylko, że chyba nie dało się do nich powrócić tak po prostu – bez niczego, w środku takiego zamieszania i kilka kroków od barmana.

Love Roderick

knight to b3

: pn sie 24, 2026 8:16 pm
autor: Love Roderick
Prawdę powiedziawszy w tym konkretnym momencie, gdy ich relacje były… mocno napięte – a raczej jedno i drugie miało mocno urażoną dumę – chyba wolałaby towarzystwo samej Kimberly. Nie byłoby problematyczne… na boga, przecież Love nie rzuciłaby jej w twarz, że sypiała z jej mężem, prawda? A kobieta była naprawdę sympatyczna i sprawiała wrażenie jakby naprawdę z każdym potrafiła znaleźć wspólny język. A czy faktycznie nikt nie będzie zaraz pamiętał o czym tak naprawdę rozmawiali? Prawdopodobnie.
- Aż zazdroszczę… też wolałabym mieć dziury w pamięci. – rzuciła złośliwie, bardziej do siebie niż do Anthony’ego. Ba! Istniało spore prawdopodobieństwo, że przez panujący dookoła nich szum i fakt, że odwróciła lekko głowę – nawet jej nie usłyszał. Nie musiał. Nie wyrzuciła tego z siebie, żeby wszcząć awanturę albo chociaż jakąś dyskusję… nie. Wyrzuciła to z siebie, bo nie mogła się ugryźć w język i gdyby tego nie zrobiła zalegałoby jej to na wątrobie. A poza tym już wcześniej wypiła drinka albo dwa, więc łatwiej wypływały z niej słowa, które nie powinny. Szczególnie, gdy byli sami i właściwie nie musiała się pilnować. A przynajmniej nie aż tak.
Za to Bellore chyba wziął sobie do serca, że musieli. Albo próbował nadrobić braki w swoim small talku, bo mówił… odwróciła się w jego stronę, wbiła w niego uważne spojrzenie i przyglądała mu się, gdy wyrzucał z siebie te wszystkie słowa. Akcent? On miał akcent? Czy to nie jego prapradziadek przyjechał do Toronto budować kościoły? Dlaczego do cholery jasnej ktoś twierdził, że Anthony Bellore miał akcent? Czy było z nią tak źle, że sama go nie słyszała? A może osłuchała się z nim tak bardzo, że po prostu do niego przywykła? Wpatrywała się w niego intensywnie, lawirowała spojrzeniem od oczu do ust i z powrotem.
- Fakt. – przyznała – W czasami, w których myślałbyś o tym, żeby mnie stąd porwać byłeś ciekawszy. – rzuciła równie bezczelnie i nawet się do niego ładnie uśmiechnęła. Ładnie, aczkolwiek lekko złośliwie. I zdawała sobie sprawę, że było to ryzykowne, bo chociaż znajdowali się w tłumie i każdy był raczej zajęty sobą – ktoś jednak mógł ich usłyszeć. A tak już bardzo łatwo byłoby trafić do pani Bellore, a obrazek idealnego męża – którym przecież był, ani trochę w to nie wątpiła! – runąłby jak domek z kart. Czasami się nad tym zastanawiała… czy gdyby nie jej własna kariera – byłaby w stanie go wystawić. Czy naprawdę trzymała język za zębami wyłącznie ze względu na własną reputację – Ah i tak… odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie. Simnel chodził w tych swoich idiotycznych koszulach. Zaskakujący luz, aż człowiek chciałby się tego nauczyć. – dodała, a kiedy nagle zmaterializował się przy nich barman – uśmiechnęła się do niego ładnie, wręcz promiennie, miła odmiana…
- Panie Bellore, proszę pierwszy… żeby małżonka nie musiała tak długo czekać – wróciła jednak spojrzeniem do Anthony’ego i nie… już nie była promienna. Nawet jeśli jej uśmiech ciągle tkwił na twarzy to nie sięgał spojrzenia. Anthony Bellore sobie u niej ewidentnie nagrabił. Trochę kiepsko biorąc pod uwagę, że ciągle byli w centrum afery, którą chciał rozkręcić.



anthony bellore

knight to b3

: wt sie 25, 2026 6:15 pm
autor: anthony bellore
Och, oczywiście, że Anthony miał akcent.
Love Roderick miała jednak – rzecz jasna – prawo o tym nie wiedzieć. Rodzina Bellore zaczęła się go bowiem wstydzić już prawie sto lat temu. Po tym, jak w jednej z nowojorskich restauracji z zimną krwią zastrzelono domniemanego szefa włoskiej mafii Joe’go Masserię, uprzedzenia wobec imigrantów ze „starego kraju” sięgnęły nawet cichej i spokojnej Kanady; sięgnęły nawet uczciwej i ciężko pracującej rodziny Bellore. Samogłoska na końcu ich nazwiska stała się klątwą, a życie skomplikowało się do tego stopnia, że musiała wybuchnąć wojna (toczona również przeciwko Włochom, o zgrozo), żeby pradziadek Tonyego przestał być szykanowany i odzyskał szacunek, którego pozbawiono jego ojca – tego samego, który budował tak ważny dla wczesnego Toronto kościół, a po nim kamienice, szkoły czy szpitale. Tylko, że wtedy było już za późno – dzieci niemal siłą zmuszano do mówienia po kanadyjsku, sumiennie prowadzano na dodatkowe lekcje francuskiego, a twardego, nieco brooklyńskiego akcentu używano tylko w wąskim, rodzinnym gronie, kiedy nie istniało żadne ryzyko, że pozna się na nim ktoś niepowołany. I jeśli chodzi o mówienie, stali się świętsi od papieża – zupełnie jak wszystkie nowobogackie, włoskie rodziny z memów, z których zaśmiewała się córka Anthonyego.
Pozostawało tylko pytanie, kto miał rację: redaktor Simnel ze swoim wyczulonym, radiowym uchem, czy jednak Love, która spędzała z Bellore czas, gdy nie musiał nikogo udawać. I kolejne – czy to faktycznie miało jakiekolwiek znaczenie.
I jak to się ma do tego, że ciekawość to pierwszy krok do piekła? – Uniósł brew. Owszem – teraz ich relacji pewnie było do niego bardzo blisko, a w najlepszym przypadku tylko cierpiała w czyśćcu, natomiast wtedy, gdy ciekawił ją bardziej, najczęściej lądowali jednak w niebie (chyba, że udawała), więc występował tu pewien paradoks. I… Chyba pierwszy raz od dawna pożałował, że nie będą mogli go przedyskutować. Już pal sześć tę imprezę i barmana, który za chwilę miał lać im drinki, ale takie rozmowy najlepiej pasowały jednak do zmiętej pościeli, frytek i stopniowo zwalniającego rytmu bicia serc. Jeszcze godzinę temu nawet nie śmiałby pomyśleć, że mogłoby mu tego jeszcze kiedykolwiek zabraknąć. Teraz był o to wściekły; o to i o to, że naprawdę doszedł do takiego wniosku. Być może jednak był zazdrosny?
To bardzo miłe, pani redaktor. – Bellore grzecznie skłonił głowę, posyłając jej uśmiech bardzo grzeczny, ale – przynajmniej dla niej – ewidentnie sztuczny. – Dwa razy negroni, ale jedno z nich niech będzie mocniejsze – poprosił, czym wyraźnie zainteresował barmana, ale zanim ten zdążył jakkolwiek skomentować osobliwe zamówienie Anthonyego, ten odezwał się jeszcze raz. – I dwie… Albo nie, trzy pięćdziesiątki tequili. Żeby się lepiej czekało – zarządził. I choć czuł na sobie wzrok Love, przyglądał się już tylko barmanowi; przynajmniej do momentu, w którym kieliszki wyrosły przed nimi na barze i czekali na to nieszczęsne negroni. Tony dyskretnie przesunął po shotcie w stronę odpowiednio dziennikarki i barmana, a potem kiwnął głową. – Gdyby wiedział, że wepchnęłaś mnie przodem przed zawodnika Raptors, naplułby mi do szklanki. – Taka prawda, w końcu kim był polityk-konserwa przy lokalnym sportowcu. – Dbaj o niego. Mam sporo kasy na jego sixth-mana – rzucił miękko i porozumiewawczo kiwnął głową. Wbrew pozorom – bardziej wyciągał rękę niż był złośliwy, ale czy to naprawdę było takie oczywiste?

Love Roderick

knight to b3

: śr sie 26, 2026 4:15 pm
autor: Love Roderick
Spojrzała na niego wymownie, jakby się upewniała, czy pytał poważnie. Bo tak… aktualnie było im bardzo blisko do piekła. Klub pełen ludzi, przy których oboje musieli udawać? Sztuczne uśmiechu, rozmowy o niczym, których – jak sam zauważył – za pięć minut nie będą pamiętać. A do tego ten bardzo niebezpieczny trójkąt… może nawet czworokąt jeśli dodać do tego koszykarza i proszę, o którym nie mogli rozmawiać – piekło jak malowane. I gdyby miała tak całkiem szczerze powiedzieć… ale tak naprawdę szczerze i zgodnie z własnym sumieniem – bez zająknięcia wróciłaby do czasów, gdy nawet jeśli przez chwilę tkwili w czyśćcu to ostatecznie kończyli w niebie. Ta… dawno i nieprawda? Nie powinna nawet o tym myśleć, a już na pewno nie powinna rzucać takich sugestii na głos w miejscu publicznym (ani żadnym innym, bo przecież później będzie na ciebie warczał, kretynko!). Nie był ciekawszy i bardziej zabawny. Wydaje ci się tylko dlatego, że spędzałaś z nim mnóstwo czasu… i wydaje ci się tak tylko dlatego, że coś was łączyło. I dlatego, że zdecydowanie nie musiała udawać.
I nie spuszczała z mężczyzny wzroku aż do momentu, gdy nie przesunął po blacie kieliszka w jej stronę. Spojrzała w dół i sięgnęła po niego zanim jeszcze zdążył całkowicie zabrać dłoń. Tak, że na ułamek sekundy musnęła opuszkami palców skórę jego dłoni. Muśnięcie za krótkie, żeby wzbudzić jakiekolwiek zainteresowanie – nawet stojącego przed nimi barmana – ale wystarczająco długie, żeby zdążył przeskoczyć między nimi ten impuls i spowodować delikatny dreszcz. Gdy barman wypił swojego szota i odsunął się, żeby przygotować zamówienie Bellore – ona przechyliła swój kieliszek bez zbędnego zastanawiania się nad nim.
- Twierdzisz, że zmarnowałam taką okazję? – żeby ktoś mógł mu napluć do szklanki! Mimo wszystko kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu, bo mogła go w tym momencie nie znosić, ale nie posunęłaby się do czegoś tak… płytkiego. Chociaż odrobinę ją to rozbawiło, sama myśl o tym – Nie znam się na koszykówce. – pewnie dlatego, że miała metr pięćdziesiąt wzrostu i nie potrafiła trafić do kosza, niezależnie jak bardzo się starała. Z wszelkich dyscyplin sportu akurat ta była dla niej najmniej interesująca – I nie jestem odpowiednią osobą, żeby dbać o kogokolwiek. – dodała wbijając spojrzenie w twarz Bellore tak intensywnie, że tęczówki jej pociemniały. Nie mogła dbać o kogokolwiek, gdy ledwie radziła sobie ze sobą. Zdecydowanie bardziej potrzebowała, żeby ktoś zaopiekował się nią… ale o to poprosić nie potrafiła. No i raczej nie powinna prosić o to sportowca, który miał nową dziewczynę mniej więcej, co tydzień. Nie była wyjątkowa i raczej nie wychodziła z założenia, że dla niej się zmieni. Nie. Mężczyźni się nie zmieniali, a już na pewno nie na lepsze (powiedziała zgorzkniała Roderick) – Ale jasne… postaram się nie wywoływać awantur przed ważnymi meczami, żeby był w najlepszej formie. A na gwiazdkę przyślę ci bilety w prezencie. – mhm, na pewno, na pewno!



anthony bellore

knight to b3

: sob sie 29, 2026 1:56 pm
autor: anthony bellore
To wcale nie tak, że Tonyemu zaświeciła się jakaś czerwona lampka i stchórzył, ale kiedy kolejne sylaby wypadały z ust Love, zorientował się, że postawił stopę na terytorium, na którym nie chciała go widzieć. I chociaż akurat tego nie powiedziała na głos, to najwięcej racji miała w tych wszystkich niedopowiedzeniach: to już nie jest twój interes. Wbrew pozorom – przyjął to na chłodno. To znaczy, miał ochotę pokłócić się o jej znajomość koszykówki (jego zdaniem w Toronto wszyscy powinni się na niej znać, nawet jeśli Kanadyjczycy to przede wszystkim hokeiści) i o zdolność do dbania, ale ugryzł się w język i nawet nie dał po sobie poznać, że to wszystko nie bardzo mu pasowało. Towarzyszył mu ten sam uśmiech, układał ręce tak samo i nawet ton głosu udało mu się zachować, choć pod sceną zawrzało od braw po jakiejś spektakularnej solówce zagranej na trąbce przez faceta, który od niedawna akompaniował pianiście.
Zamiast przechylić kieliszek do ust, w zgodzie ze starym, wojskowym zwyczajem po prostu obrócił go do góry dnem, rozlewając alkohol na barowy ociekacz, a zirytowanemu barmanowi wyjaśnił, że „to za tych, którzy nie wrócili do domu”. Love raczej nie musiała tego słyszeć, bo nawet jeśli takie boomerskie gesty na nią nie działały, to znała go na tyle dobrze, że wiedziała, że picie i wsiadanie za kółko nie leżało w jego kręgu zainteresowań. W każdym razie – Anthony Bellore nie odezwał się już słowem, a kiedy barman podsunął mu zamówione drinki, zostawił mu zdecydowanie za duży napiwek; ot w ramach rekompensaty za to drobne przedstawienie z tequilą. Zanim jednak zostawił panią redaktor przy barze i pozwolił jej w samotności izolować się od niego, jego żony i w ogóle całej reszty tego okropnego towarzystwa, popatrzył na nią jeszcze raz i w luźny, zupełnie szczery sposób rzucił krótko:
Jeśli jesteś szczęśliwa, to ja też.
I zniknął w tłumie, w którym aż do końca wieczoru nie pozwolił się im spotkać – ani twarzą w twarz, ani ich spojrzeniom – na odległość.
Koniec.

Love Roderick