The Uninvited
: czw sie 20, 2026 1:53 pm
Dom od początku wydawał się tego wieczoru trochę za mały. Nie dlatego, że przyszło zbyt wiele osób, Edward był już świadkiem znacznie większych przyjęć. Ale dlatego, że ludzie rozeszli się po nim nierównomiernie, jak woda wlana do naczynia o skomplikowanym, wyrafinowanym kształcie. Wypełnili najpierw salon i jadalnię, potem bibliotekę, szerokie schody schody w holu, korytarze, wreszcie miejsca, których zwykle nie uważało się za przeznaczone dla gości. Ktoś stał w przejściu między spiżarnią a kuchnią. Ktoś inny siedział na szerokim parapecie półpiętra, trzymając kieliszek między kolanami. Dwie kobiety, obie ubrane na czarno, zajęły stopnie prowadzące do ogrodu i rozmawiały tam od dobrych czterdziestu minut, choć wyglądało na to, że poznały się dopiero dzisiaj. Taki zresztą był zamysł.
THE UNINVITED
Bring someone who has never been here or who I would never dare to invite myself.
Tylko tyle znalazło się na zaproszeniu. Edward uznał, że wyjaśnienia psują większość dobrych pomysłów. “Nigdy nie pytaj co artysta miał na myśli!” (Czasami możesz się rozczarować). Człowiek zaczyna się wtedy zastanawiać, czy właściwie je zrozumiał, zamiast po prostu zrobić to, czego od niego zażądano.
Goście potraktowali polecenie z różnym stopniem powagi. Jedni przyprowadzili nowych kochanków, co było rozwiązaniem przewidywalnym i przez to trochę nudnym. Inni przyprowadzili ludzi, których Edward znał z widzenia, ale którzy rzeczywiście nigdy wcześniej tutaj nie byli. Pojawił się czyjś starszy brat, którego nikt dotąd nie podejrzewał o istnienie, dziewczyna poznana podobno tego samego popołudnia w księgarni, pianista z eksluzywnego hotelu w centrum, młody mężczyzna o bardzo pięknych dłoniach, którego związku z osobą zapraszającą Edward nie potrafił ustalić, oraz kobieta po sześćdziesiątce w srebrnej sukni, przedstawiona mu jedynie jako „Judith”. Judith uścisnęła mu dłoń, rozejrzała się po holu i powiedziała: ”Spodziewałam się czegoś większego.” Edward polubił ją natychmiast. Ktoś nawet postanowił przyprowadzić tutaj swojego terapeutę.
Drzwi prowadzące do ogrodu pozostawiono szeroko otwarte. Wieczór był ciepły, choć w powietrzu wisiała wilgoć zapowiadająca deszcz. Świece stały wszędzie. Na kominku, na niskich stolikach, pomiędzy książkami, nawet na podłodze przy ścianach, gdzie umieszczono je w ciężkich szklanych naczyniach. Edward kazał zgasić większość górnego światła. Nie cierpiał żyrandoli podczas przyjęć. Człowiek oświetlony od góry wyglądał albo na winnego, albo na chorego, czasem na jedno i drugie.
Zostały więc lampy. Ich niewielkie kręgi światła rozcinały pokoje na części. Twarz mogła być widoczna, podczas gdy reszta człowieka ginęła już w półmroku. Lustra robiły swoje zwykłe oszustwo i podwajały tłum; w jednym z nich Edward naliczył przez chwilę prawie trzydzieści osób, choć w salonie znajdowała się najwyżej połowa z nich. Na fortepianie leżały gałęzie późnych róż. Nie bukiet (bukiety miały w sobie coś z przeprosin) tylko długie, ciężkie łodygi położone bez większego porządku, jakby ktoś przyniósł je przed chwilą z ogrodu. Tak zresztą było. Pierwsi z gości przyłapali Edwarda w grubych rękawiczkach, przynoszącego dziko wyglądające gałęzie. Kilka płatków spadło już pomiędzy kieliszki. Jeden przykleił się do mokrego dna szklanki i został tam, przezroczysty od alkoholu.
Z głośników płynęło Avalon, Roxy Music, dostatecznie cicho, żeby rozmowy pozostawały ważniejsze. Wcześniej grało trochę Grace Jones, potem Talking Heads. Muzyka na przyjęciach powinna jego zdaniem zachowywać się jak alkohol: na początku pomagać ludziom rozmawiać, a dopiero później odbierać im rozsądek.
W jadalni nikt już nie jadł przy stole. Jedzenie zostało rozłożone bez ceremonii na srebrnych półmiskach: ostrygi na topniejącym lodzie, figi, sery, winogrona, małe ziemniaki z solą, pieczona wołowina, chleb, który należało odrywać rękami. Były też ogromne misy czereśni, choć Edward nie pamiętał, żeby je zamawiał. Pestki zaczęły pojawiać się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach - na talerzykach, w popielniczkach, na brzegu fontanny. Ludzie mają dziwną skłonność do pozostawiania po sobie małych dowodów. Wystarczy dać im kilka godzin, a zaznaczą teren równie skrupulatnie jak zwierzęta. Edward zresztą bezceremonialnie chwycił za kawałek świeżo upieczonego chleba. Oderwał go z całego bochenka, po czym używając niczym łyżki, zgarnął odrobinę masła. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby z kieszeni nie wyciągnął pudełka. Małe, srebrne. Otworzył je pchnięciem kciuka i wydostał pół kruchej tabletki. Między palcami rozgniótł ją niczym sól, która przyozdobiła jego kanapkę.
Ayaan Malviya
Bring someone who has never been here or who I would never dare to invite myself.
Tylko tyle znalazło się na zaproszeniu. Edward uznał, że wyjaśnienia psują większość dobrych pomysłów. “Nigdy nie pytaj co artysta miał na myśli!” (Czasami możesz się rozczarować). Człowiek zaczyna się wtedy zastanawiać, czy właściwie je zrozumiał, zamiast po prostu zrobić to, czego od niego zażądano.
Goście potraktowali polecenie z różnym stopniem powagi. Jedni przyprowadzili nowych kochanków, co było rozwiązaniem przewidywalnym i przez to trochę nudnym. Inni przyprowadzili ludzi, których Edward znał z widzenia, ale którzy rzeczywiście nigdy wcześniej tutaj nie byli. Pojawił się czyjś starszy brat, którego nikt dotąd nie podejrzewał o istnienie, dziewczyna poznana podobno tego samego popołudnia w księgarni, pianista z eksluzywnego hotelu w centrum, młody mężczyzna o bardzo pięknych dłoniach, którego związku z osobą zapraszającą Edward nie potrafił ustalić, oraz kobieta po sześćdziesiątce w srebrnej sukni, przedstawiona mu jedynie jako „Judith”. Judith uścisnęła mu dłoń, rozejrzała się po holu i powiedziała: ”Spodziewałam się czegoś większego.” Edward polubił ją natychmiast. Ktoś nawet postanowił przyprowadzić tutaj swojego terapeutę.
Drzwi prowadzące do ogrodu pozostawiono szeroko otwarte. Wieczór był ciepły, choć w powietrzu wisiała wilgoć zapowiadająca deszcz. Świece stały wszędzie. Na kominku, na niskich stolikach, pomiędzy książkami, nawet na podłodze przy ścianach, gdzie umieszczono je w ciężkich szklanych naczyniach. Edward kazał zgasić większość górnego światła. Nie cierpiał żyrandoli podczas przyjęć. Człowiek oświetlony od góry wyglądał albo na winnego, albo na chorego, czasem na jedno i drugie.
Zostały więc lampy. Ich niewielkie kręgi światła rozcinały pokoje na części. Twarz mogła być widoczna, podczas gdy reszta człowieka ginęła już w półmroku. Lustra robiły swoje zwykłe oszustwo i podwajały tłum; w jednym z nich Edward naliczył przez chwilę prawie trzydzieści osób, choć w salonie znajdowała się najwyżej połowa z nich. Na fortepianie leżały gałęzie późnych róż. Nie bukiet (bukiety miały w sobie coś z przeprosin) tylko długie, ciężkie łodygi położone bez większego porządku, jakby ktoś przyniósł je przed chwilą z ogrodu. Tak zresztą było. Pierwsi z gości przyłapali Edwarda w grubych rękawiczkach, przynoszącego dziko wyglądające gałęzie. Kilka płatków spadło już pomiędzy kieliszki. Jeden przykleił się do mokrego dna szklanki i został tam, przezroczysty od alkoholu.
Z głośników płynęło Avalon, Roxy Music, dostatecznie cicho, żeby rozmowy pozostawały ważniejsze. Wcześniej grało trochę Grace Jones, potem Talking Heads. Muzyka na przyjęciach powinna jego zdaniem zachowywać się jak alkohol: na początku pomagać ludziom rozmawiać, a dopiero później odbierać im rozsądek.
W jadalni nikt już nie jadł przy stole. Jedzenie zostało rozłożone bez ceremonii na srebrnych półmiskach: ostrygi na topniejącym lodzie, figi, sery, winogrona, małe ziemniaki z solą, pieczona wołowina, chleb, który należało odrywać rękami. Były też ogromne misy czereśni, choć Edward nie pamiętał, żeby je zamawiał. Pestki zaczęły pojawiać się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach - na talerzykach, w popielniczkach, na brzegu fontanny. Ludzie mają dziwną skłonność do pozostawiania po sobie małych dowodów. Wystarczy dać im kilka godzin, a zaznaczą teren równie skrupulatnie jak zwierzęta. Edward zresztą bezceremonialnie chwycił za kawałek świeżo upieczonego chleba. Oderwał go z całego bochenka, po czym używając niczym łyżki, zgarnął odrobinę masła. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby z kieszeni nie wyciągnął pudełka. Małe, srebrne. Otworzył je pchnięciem kciuka i wydostał pół kruchej tabletki. Między palcami rozgniótł ją niczym sól, która przyozdobiła jego kanapkę.
Ayaan Malviya