Strona 1 z 1

when the walls come down?

: czw sie 20, 2026 3:25 pm
autor: oleander everhart
One by one, I've seen 'em fall
Some just don't show up at all
I'm just here to fight the fire
Oh, a man ain't a man 'less he has desire



Gdyby Oleander Everhart przyszedł na świat z innym zestawem chromosomów - a więc gdyby wychowano go tak, jak wychowano jego braci: w otoczeniu kokardek i koronek, pastelowych barw, słodkich zapachów, i bezustannych upomnień by uważał, i nie przesadzał, i żeby był ostrożny i grzeczny - z pewnością dzisiejszego wieczora postąpiłby zgodnie z zupełnie innym scenariuszem niż ten, za którym właśnie podążał.
Przede wszystkim: nie byłoby siły, która skłoniłaby go do nocnych eskapad ze sporo starszym od siebie, niezupełnie trzeźwym mężczyzną, który dominował nad nim nie tylko pewnością siebie, ale i rozmiarem autorytetu, nie tylko jako dorosły, ale także jako lekarz. Propozycję wstąpienia na górę, pod pretekstem rozszerzonego pakietu na Netfliksie, lub jakiejś innej, równie niedorzecznej wymówki usprawiedliwiającej spędzenie większej ilości czasu sam na sam, poza czujnymi spojrzeniami otoczenia, i z dala od nocnego zgiełku rozgorączkowanego letnimi temperaturami miasta, odrzuciłby uprzejmie i wprawnie, nie bez żalu, ale też ze świadomością, że być może właśnie samego siebie chroni przed poważną krzywdą. Potem, przy niedzielnym brunchu albo przed wieczornymi zajęciami pilatesu następnego dnia, opowiedziałby jednej czy dwóm zaufanym przyjaciółkom o tym, jak to próbował go poderwać jego własny lekarz - i jak to w próbie tej, starszy nieco doktor otrzymał sromotnego kosza.
Ale Ollie nie był dziewczyną. Nie był też, wbrew pozorom, aż tak rozsądny lub przerażony możliwymi konsekwencjami tych czy innych, co bardziej spontanicznych decyzji, na jakiego mógł się kreować za sprawą własnego opanowania i - niekiedy - stoicyzmu.
Z każdą kolejną upływającą między nimi minutą, coraz bardziej wyzbywał się przekonania, że Doktor Howard nie zdawał sobie sprawy z tego co robi. Albo, że zaproszenie do domu, składane przezeń Ollie'mu, było jedynie kurtuazją; zupełnie platonicznym, i w gruncie rzeczy nudnawym, przejawem uprzejmości oferowanej Everhartowi w zamian za jego własny heroizm.
Z każdą kolejną upływającą między nimi minutą, brunet był też coraz to bardziej ciekawy ciągu dalszego dzisiejszych wydarzeń.

Animuszu dodawał mu też z pewnością fakt, że nawet ze swoim k a l e c t w e m, nadal był rosły i silny, górując nad prowadzącym go korytarzem mężczyzną, i prawdopodobnie zdolnym, by w wrazie czego rozłożyć go nie tylko na metaforyczne, ale także i zupełnie dosłowne łopatki. Nie, żeby zakładał taki rozwój ich wspólnego wieczora, który w jakikolwiek sposób usprawiedliwiałby fizyczny atak na lekarza.


No, przynajmniej nie za jego bezpośrednim, entuzjastycznym przyzwoleniem...

- Wejdź pierwszy.

Słowom Milesa bliżej było do podjętej już decyzji, rozkazu wręcz, niż tylko luźno złożonej Oleandrowi propozycji, i choć Everhart zazwyczaj nie lubił gdy mówiono mu co ma robić, instrukcję tę przyjął raczej dość chętnie, i zdecydowanie bez większego sprzeciwu.
Pierwszym krokom postawionym przez niego za drzwiami oznaczonymi metalową osiemnastką wykutą w przytwierdzonej do ich płaszczyzny tabliczce, towarzyszyła szczera ciekawość nie tylko względem tego, jak Howard mieszkał, ale też ile więcej o lekarzu mógł Ollie'mu powiedzieć wystrój jego mieszkania.
Nie był w gruncie rzeczy pewien czego się spodziewał, ale w pierwszej impresji stwierdzić mógł natychmiast, że nie był ani trochę zaskoczony.
Mieszkanie bruneta mogło kojarzyć się ze szpitalem za sprawą sterylnej niemal czystości i wygodnej dla oka, przewidywalnej symetrii ostrych linii i sensownych kształtów. Wszystko tutaj, przynajmniej w odbiorze Oleandra, wydawało się bezosobowe niezwykle funkcjonalne, jakby chaos i wzburzenie zwyczajnie nie miały wstępu za próg Howarda. Oprócz tego, cztery kąty (metaforycznie, bo przy niemałych rozmiarach apartamentu kątów tych było oczywiście o wiele, wiele więcej) Doktora Howarda zdawały się niemalże całkowicie wolne od śladów jakiejkolwiek ludzkiej egzystencji. Brakowało tu pojedynczej skarpetki, porzuconej radośnie w jakimś odleglejszym kącie podłogi, albo kubka z niedopitą, wystygłą dawno kawą, na ciemnej tafli tężejącego napoju zbierającej już pierwsze opiłki kurzu, czekającej na zebranie na kuchennym blacie. Brakowało bałaganu typowego domom, w których nie tylko się mieszkało, ale także żyło. Brakowało także indykatorów, że oprócz Milesa, kiedykolwiek urzędował tu ktokolwiek inny: żadnych butów w mniejszym lub większym rozmiarze od pozostałych, ustawionych w równym rzędzie w przedpokoju; żadnych zdjęć, które wskazywałyby, że w życiu Milesa był ktoś, naokoło kogo dałoby się opleść własne ramię, pozując wesoło do fotografii, oprawionej potem w ramki i zawieszonej na ścianie.
- Ciekawość - Powiedział, nawiązując do pytania zadanego mu przez Howarda parę chwil wcześniej, gdy ten próbował się dowiedzieć, czy Ollie'm kierowało coś jeszcze oprócz jego ewidentnej empatii. Omiótł wzrokiem otaczające go przestrzenie, po trajektorii nieuchronnie prowadzącej jego spojrzenie do punktu stycznego: sylwetki Milesa. - Zawsze byłem ciekaw, czy prawdziwi lekarze mieszkają tak, jak ci w serialach. Wiesz, duże, puste przestrzenie. Luksusy, którymi nie ma się z kim podzielić. Imponujący widok na miasto... - Wyliczył, przywołując w pamięci filmowe mieszkania, w których rzekomo żyli medycy z oglądanych przez niego czasami produkcji.
Cmoknął zaraz, przypominając sobie o drobnym, ale ważnym szczególe. Łypnął wymownie ku własnym stopom - tej prawdziwej, i tej syntetycznej.
- Buty? - Zapytał. W jego własnym domu konieczność zdjęcia obuwia w przedpokoju była prawem niemalże świętym, ale może Howard był w tej kwestii trochę bardziej liberalny.

Miles Howard

when the walls come down?

: ndz sie 23, 2026 5:22 pm
autor: Miles Howard
010.
Miał wrażenie, że krok gościa, skoncentrowanego na powolnej obserwacji uwydatniającego się przed nim korytarza, zwolnił. Podobnie jego własny wzrok, przesuwał się niespiesznie i dokładnie po kształtach nieumyślnie prezentowanego mu ciała Everharta. Rosłość sylwetki mężczyzny niemal przy tym pochłaniała ramę drzwi – pożerała ją w szerokich ramionach i w wysokim wzroście, wypełniając prostokąt wejścia jakby nigdy nic.
Miles niemal prychnął w rozbawieniu, pół kroku za gościem pozostawiając w progu rozszczelnioną nagle przestrzeń. Nigdy wcześniej nie zwracał uwagi na odległość własnej głowy od górnej framugi. Dziś zrobił to po raz pierwszy, zatrzaskując za nimi skrzydło drzwi.
Niepewność nie sięgała wprawdzie jego głowy – niski wzrost rzadko bywał dla niego problemem – wpływ obecności Oleandra na niego był jednak odczuwalny. Drobne zroszenie napięcia, jak skroplony za karkiem pot, spływało po nim i ślizgało się wolno, ale wyczuwalnie po połaci skóry. Łaskotało go po powierzchni, niemal przy tym doprowadzając Milesa do zjeżenia włosków na skórze, czy lekkiego, impulsywnego drżenia.
Muśnięcie emocji tego typu, wibrującej na fundamencie całego ciała – było niezbywalne. Nie do odtrącenia. Jakby przylepione do samych korzeni czucia Milesa. Nikt nie byłby w stanie dostrzec tego, jak silny wpływ wywierał na nim ten młody mężczyzna, a mimo tego drzewo świadomości Howarda dziś opierało swoje reakcje właśnie na tym jednym wrażeniu – na tym muśnięciu emocji i wysokim napięciu.

Traktował ten stan niemal jak podwalinę czegoś, co miało go utrzymać dziś przy życiu.
(Może na poziomie metaforycznym go utrzymywało).

Bo ekscytacja, jaką czuł wraz z wejściem Oleandra za próg jego mieszkania, wybijała się daleko ponad stan i ożywiała go, jak nic innego.
Tu zdecydowanie nie chodziło o sam wzrost.
Nie był zazdrosny, ani nie czuł, że rywalizują. Będąc zainteresowany męsko-męskimi zalotami, Miles nie musiał nawet konkurować z nim o względy pań, które naoglądały się zbyt wielu komedii romantycznych, romantyzując przystojnych i wysokich mężczyzn.
Więc skąd to napięcie?
Coś nim poruszało. Coś bardzo cichego, i dojmująco obecnego wślizgiwało się w neurony świadomości doktora Howarda. Na pewno chęć podtrzymania autorytetu i kontroli, którą stracił wraz z pokazaniem się od tej “ludzkiej” strony… ale to już zdążył zauważyć i przetworzyć w głowie wcześniej. Zaraz potem była próba oceny równowagi sił między nimi, która właśnie chyliła się w kierunku Oleandra… a teraz?
Teraz to COŚ, bardzo natrętnego i w cholerę lepkiego, jak słodka maź, wlepiało się w niego i wywierało na nim presję. Naciskało na wrażliwe na bodźce ciało. Nie dawało się odjąć, ani oderwać od skóry. Nie dawało się też zapomnieć. To coś, co sprawiało, że jego myśli rozbijały się na małe atomy, prowadząc go ku zupełnie chaotycznym refleksjom, to było POŻĄDANIE.
Mógł domyślić się, gdy przesuwał po nim wzrokiem w samochodzie.
Mógł tego również uniknąć, milknąc, zamiast proponować wejście do mieszkania.

Mógł. Ale czy chciał?
Niezupełnie.

Po wargach Milesa przesunął się mokry język – bezwiednie, w reakcji na potrzebę ciała – nasycając usta wilgocią. Zaraz potem oderwał wzrok od Everharta, zsuwając wzrok na buty, a buty zdejmując ze stóp. Sam był przykładem odpowiedzi, co z nimi zrobić, gdy podsuwał je pod ścianę. Dla większej klarowności, mimo tego jednak odpowiedział:
Możesz zostawić je w korytarzu.
Pozostawił mu furtkę możliwości, jeśli jednak Oleander zdecydowałby się zostać w obuwiu. Sam jednak już w skarpetkach minął go, kierując się gardłem korytarza w kierunku kuchni.
Masz do wyboru whiskey, stouta, albo gin.
Liberalność wyboru kończyła się dokładnie w tym punkcie. Nie było pytania o wodę. Zabrakło również próby negocjacji, jakby we własnej pewności Miles założył już, że klamka tej decyzji zapadła. Everhart miał się tu z nim (lub sam) napić. Pozostało jedynie pytanie, co Oleander będzie sączył tego wieczoru… poza powściągliwością, której zasoby Howard miał nadzieję, że już mu się kończyły.
Brzmi dokładnie, jak moje mieszkanie. Specjalnie opisujesz w ten sposób?
Obrócił się w jego kierunku, stając w miejscu tuż przed kuchnią. Odciągnął przy tym czarną koszulkę od ciała, czując, jak rozgrzana powierzchnia skóry ze zbytnią natarczywością przytula się do materiału. Wzrok znów z uwagą i pochlebnie przesunął się po młodej twarzy mężczyzny. Powoli męczyło go udawanie, że ich relacja wciąż pozostaje w pełni neutralna.
Myśl tę wyraził dość bezpośrednio w kolejnych słowach, przybliżając się do gościa na odległość ledwie kroku:
A czy ciekawiło Cię kiedyś jak całują? — spytał z pozoru tylko niewinnie, podtrzymując kontakt wzrokowy z (już nie) pacjentem. Oczy zwęziły się w ciekawości, pozostały jednak czujne na ewentualne reakcje ze strony Everharta.
Zaraz potem, wciąż nie potrafiąc trafnie odczytać nastroju Oleandra, zaryzykował.
Pchany niegasnącym mrowieniem napięcia lub resztką alkoholu we krwi zniwelował dzielący ich dystans, pociągając mężczyznę za koszulkę w dół, do siebie. Póki usta Milesa nie dotknęły jego.
Kontakt był nieprzyzwoicie krótki w stosunku do tego, jak długo wyobrażał sobie ciężar tego przewinienia oraz to, jaką zmianę pocałunek wprowadzi w inwentarz ich spotkania. Był przy tym zbyt słaby na woli i zbyt nietrzeźwy, by tę wolę powstrzymywać, co tłumaczyło, dlaczego zrobił to tak i m p u l s y w n i e. Poddał się temu uczuciu, jak codziennie wcześniej poddawał się własnym ograniczeniom. Przez ułamek sekundy zacisnął jedynie dłoń wokół koszulki mężczyzny, jakby ciało doktora potrzebowało twardych dowodów na to, żeby uwierzyć w to, co właśnie zrobił.
Wszystko to, co dotąd pozostawało między nimi zawieszone, w tym spojrzenia i ostrożne gesty, nie chcące wyjrzeć za granicę tego, co znali (i ta drażniąca świadomość pożądania, która nagle jak obuchem strzeliła w Milesa) znalazło swoje ujście w tym jednym, intensywnym zetknięciu ust. Był prawie pewien tego, że gdyby mogły, jego wargi właśnie by przy tej pieszczocie zapłonęły. Nie był pewien Jego. Jeszcze nie zarejestrował reakcji mężczyzny przed nim.

oleander everhart

when the walls come down?

: wt sie 25, 2026 11:40 pm
autor: oleander everhart
Oleander także.

Oleander także mógł się domyślić, łącząc niewidzialne dla oka, ale oczywiste dla podświadomości kropki wyznaczające dokładnie trajektorię ich dzisiejszej interakcji. Te drobne pauzy między każdą kolejną kwestią poruszaną przez nich w konwersacji. Te ledwie-dostrzegalne gesty, tak subtelne, że wystarczyło odwrócić na chwilę wzrok albo mrugnąć okiem, by kompletnie je przegapić, ewidentne jednak kiedy tylko człowiek głębiej zastanowił się nad naturą ich interpersonalnej dynamiki. Taniec dwóch ciał starających jakoś się dotrzeć, jednocześnie (jeszcze) nie wchodząc w żaden fizyczny kontakt, podczas gdy ich właściciele nadal zdawali się uparcie trzymać wytyczonej w przeszłości granicy. Zasad. Reguł, narzuconych im przez etyczne wartości, szpitalne koneksje, i różnicę wieku. To, co do dzisiaj trzymało ich w niewygodnych, ale przewidywalnych ryzach, teraz drżało w posadach tak silnie, że Oleander naprawdę musiałby być nie tylko ślepy, ale także i zwyczajnie durny, by tego nie zauważyć.
Gdy jednak naprawdę otworzył oczy – nie tylko po to, by rejestrować, ale również aby naprawdę widzieć, co się między nimi działo, było już za późno. Zwabiony w paszczę lwa, wszedł do niej jak gdyby nigdy nic, nie przez rząd ostrych kłów, a przez najzwyczajniejszą w świecie framugę. Po jednej jej stronie pozostawił przy tym Ollie’go-Pacjenta. Po drugiej? Witał właśnie jakąś nową, inną wersję siebie, w której nie był jeszcze pewien, kim dla Milesa jest, ale z pewnością nie był już tylko i wyłącznie jego podopiecznym.

Zabawne, jakie zmartwienia i dywagacje przychodziły człowiekowi na myśl w chwilach jak bieżąca. Oleander na przykład martwił się najbardziej, czy aby na pewno ma na sobie czyste skarpetki czystą skarpetkę, pozbawioną jakiejś idiotycznej dziury czy innego przetarcia, przez które na świat mógłby wyzierać śmiesznie jego jedyny mały palec u nogi. Odbył kiedyś z którymś ze znajomych niedorzeczną rozmowę, w której musiał tę drugą stronę edukować, że owszem, kupuje skarpetki w parach, ale nosi zawsze tylko jedną. Fakt, że przed wypadkiem i idącą za nim amputacją, podobne rozważania nigdy nie przyszłyby mu do głowy.
Teraz, odstawiając obuwie w przedpokoju, dziękował sobie sprzed paru godzin, że przed wyjściem z domu sięgnął jednak po skarpetki znajdujące się w całkiem przyzwoitym stanie.
– A nie masz może żadnej herbaty? – Zasugerował, na tym etapie już chyba naprawdę tylko i wyłącznie z przekory, z której nie powinien był czerpać aż tyle satysfakcji, ile ostatecznie przynosiło mu droczenie się z własnym lekarzem. Nie wyobrażał sobie, żeby mógł w podobny sposób protestować gdy Miles w przeszłości zalecał mu leki lub konkretne kroki do podjęcia w procesie leczenia, ale teraz nie chodziło przecież o jego zdrowie, a o testowanie granic, nagiętych już i tak do krańca wytrzymałości. – Najlepiej czarnej? Będzie pasować do whiskey… - Dorzucił, jednoznacznie dając brunetowi do zrozumienia, że ostateczne alkoholem też nie pogardzi. To, czy whiskey w ogóle zetknie się z jego wargami, czy też Oleander po prostu kurtuazyjnie przetrzyma szklankę w dłoniach aż do momentu zakończenia ich dzisiejszego spotkania, pozostawało wciąż jeszcze niewiadomą. Co nie zmieniało faktu, że w kościach Everhart mógł już przeczuwać, że raczej na pewno nie wyjdzie dziś z mieszkania Milesa tak kompletnie trzeźwy.

– Nie – Zdążył jeszcze odpowiedzieć na zadane mu przez mężczyznę pytanie o to, czy w narracji Ollie’go znajdowała się świadoma intencja. Jego zaprzeczenie było zgodne z prawdą: Oleander nie plótł wprawdzie wszystkiego, co ślina przyniosła mu na język, z natury starając się równoważyć wszelkie swoje nagłe impulsy siłami swej powściągliwości i zrównoważenia, ale nie powstrzymywał się też przed otwartością, sprawiającą, że swoimi obserwacjami dzielił się teraz z Howardem szczerze i bez większej kalkulacji. Mieszkanie czterdziestolatka naprawdę przywodziło brunetowi na myśl sceny z najróżniejszych seriali. Kiedyś myślał, że kadry te były od rzeczywistości kompletnie odklejone, ale okazywało się, że, przynajmniej częściowo, był w błędzie. – Moja siostra ma teorię, że…
Urwał w pół zdania i w pół oddechu, natychmiast zapominając o teoriach własnej siostry i o tym, co jeszcze chciał Howardowi przekazać dokładnie w tej chwili, w której mężczyzna zmniejszył dzielącą ich odległość. Nie pierwszy raz tego wieczora, to fakt, ale bez precedensu ze stanowczością, która odebrała Oleandrowi wszelkie argumenty, wytrącając mu tym samym oręż jakiejkolwiek błyskotliwości. Jednym słowem? Ollie Everhart zdębiał jak zwierzę, próbujące na wskroś przekroczyć ruchliwą autostradę, pochwycone brutalnie w światła samochodowych reflektorów.
Czy zastanawiał się kiedykolwiek, jak całowali prawdziwi lekarze? Nie. Przynajmniej nie na tyle intensywnie, by tego typu dywagacje w ogóle zapamiętać.
Czy jednak kiedykolwiek zastanawiał się, jak całował Miles Howard?
Na to pytanie odpowiedź mogła być już o wiele bardziej skomplikowana, i o wiele mniej dla Oleandra wygodna.


Z jakiejś bliżej nieokreślonej przyczyny, bardziej niż delikatny (a jednak niemożliwy do pomylenia z jakąkolwiek inną kategorią dotyku) pocałunek, Oleandra zaskoczyło raczej to lekkie, ale stanowcze szarpnięcie dłoni Howarda, zahaczonej o zmięty w uścisku podkoszulek. Materiał napinający się na talii i barkach Ollie'go pod wpływem gestu drugiego mężczyzny zakotwiczył go gwałtownie w bieżącej chwili, i w jego własnym ciele; sprowadził go na ziemię, na wypadek, gdyby porwany chwilą i emocjami, dwudziestodziewięciolatek nagle zaczął unosić się parę centymetrów nad nią.
Miles nadal pachniał alkoholem (i gdyby Everhart odważył się pogłębić pocałunek, pewnie przekonałby się, że lekarz także nim smakuje). Alkoholem, miejskim kurzem, i powidokiem szpitalnego płynu do odkażania dłoni. Sobą, ale w wydaniu, którego Oleander nigdy wcześniej nie doświadczył.
Poddał się tylko na moment; dwa uderzenia serca, nic więcej, choć jakaś jego część nawet w tym krótkim odłamku minuty zdołała już podjąć kolejną (n i e o d w r a c a l n ą) decyzję.
Kiedy się natomiast odsunął - kiedyś w końcu przecież musiał to zrobić - na jego twarzy konsternacja mieszała się z zupełnie jej przeciwną emocją. Pewnością, może. Albo jakąś formą determinacji.
– Zrób to jeszcze raz, Miles Jeśli nawet miały być groźbą, jego słowa ostatecznie i tak wybrzmiały w rytmie prośby. Prawie się uśmiechnął, ale ten uśmiech przepadł gdzieś w drodze od jego oczu do warg. – A będę musiał zmienić lekarza prowadzącego.

Miles Howard

when the walls come down?

: pt sie 28, 2026 1:23 am
autor: Miles Howard
Mrowienie wdzierało się w niego, jak w otwartą ranę. Zamiast zasiąść w przestrzeni między nimi, dozowanej przez oddalenie ust tuż po krótkiej subtelności pocałunku, wrażenie to osiadło na tkankach milesowych warg jak niewidzialne palce, wciąż łaskoczące go cicho po powierzchni.
Pamięć ciała była okrutnie dziś dokładna pod tym jednym względem.
Zupełnie tak, jakby chciała upleść warkocz z drobiazgów ich spotkania. Pomimo zerwania kontaktu fizycznego (i pomimo również własnej nietrzeźwości), Oleandra widział bowiem przed sobą nad wyraz dokładnie. Całe jego idealne ciało, złożone z obojętnych mu dotąd atomów, zdawało się właśnie nabierać pozytywnej energii i jonizować w atrakcyjność, przy której trudno już było mu kluczyć neutralnie. Czemu wcześniej tego nie zauważyłem?
Że ma przed sobą przystojnego faceta.
I że chętnie pieprzyłby się z nim nawet dziś…
...Stop.
Zamknął oczy na krótki moment, nie pozwalając pierwotnej żądzy szarpnąć za ster. Ten wprawdzie drżał na wybojach, wciąż jednak kontrolowany przez temperament Milesa, trzymał się prosto.
Nie mów już więcej, chciał mu przekazać, gdy tylko słowa Oleandra stawiły przed nim kuszące wyzwanie. Wpierw złapał jednak zapasowy oddech, przygotowując się do własnej wypowiedzi.
Zrób to jeszcze raz, Miles brzmiało jak najmilsze otwarcie do opuszczenia jakichkolwiek, dotychczas utrzymywanych reguł. Zrób to jeszcze raz było jednocześnie niewyobrażalnie kuszące, bo samo muśnięcie oleandrowych ust, złożone z może kilku przyzwoitych ruchów, które udało mu się skraść sprytnie, nie dało mu tej satysfakcji, co dałoby mu wdarcie się głębiej: pomiędzy szczelinę męskich warg.
Stop!, musiał powtórzyć w myślach.
W próżni ciszy wciąż jednak pojawiło się znaczące g o r ą c o, obscenicznie wręcz liżące go swym językiem – czuł przecież wydech męskiego oddechu na nim, a także ten metaforyczny, dotyczący emocji, które właśnie spływały na Howarda silniejszą nawet falą, niż cudze ciepło i cudzy zapach.
Może powinieneś — wyrwało mu się w pierwszym odruchu, nim zdążył zahamować własne nadzieje na wyciągnięcie ze spotkania więcej TEGO. Bliskości. Dotyku. Ciała przy ciele. Jeśli chcieli w to brnąć, zdecydowanie nie mogli zostać w kontaktach na linii pacjent-lekarz. Miles nie miał w nawyku mieszać sfery prywatnej z zawodową. A już na pewno poza jego tendencjami leżało uwodzenie młodych mężczyzn, korzystających z jego usług lekarskich.
To temat na potem — poprawił się, bezpiecznie nie szufladkując ich nigdzie… JESZCZE.
Alkohol potrafił tłumić niektóre bodźce z zewnątrz – sprawiał, że Miles, ze zmniejszoną zdolnością percepcji, nie dostrzegał na przykład pojedynczych cieni oraz rozkładu świateł we własnym mieszkaniu, które zmieniały oprawę i kolor oczu Everharta. Za to w tym samym czasie procenty we krwi uwydatniły każdą jego myśl i każde jego uczucie, wyrwane z wnętrza ciała. Nie potrafił kontrolować się bezwzględnie i bezbłędnie, jak robił to zazwyczaj. Nie był nawet zdolny ukryć własnego zadowolenia, gdy po odsunięciu się od niego, usta same ułożyły się w podkowę uśmiechu.
Zrobię Ci to whisky — znalazł (miał nadzieję, że dosyć szybko), temat zastępczy, uciekając tym samym od ewentualnej konieczności tłumaczenia się ze swoich poprzednich słów. Ciało szybko zbiegło przy tym w bok, a następnie obrócone już w kierunku kuchnii schowało się za nowoczesnym blatem. — Herbatę będziesz musiał sobie zrobić sam, jeśli bardzo chcesz. Ja nie porwę się na taką profanację dobrego trunku — wyciągając z barku dwie szklanki, przygotował drinka z dobrej jakościowo butelki, nie tylko dla Oleandra, ale również dla siebie.
Aktualne okoliczności zdecydowanie wymagały wsparcia w postaci procentów. Jeśli już upadać, to upadać konsekwentnie nisko. Miles był bowiem już zbyt pijany, by wycofać się ze wcześniejszych swoich dwuznaczności i jednocześnie niedostatecznie upity, by pozwolić sobie na więcej. Musiał się do tej chwili odpowiednio dostroić.
Mimo, że pewne granice jak dotąd też wydawały mu się absurdalne, a przekroczył je stosunkowo szybko ku własnemu zaskoczeniu.
Podał Oleandrowi szklankę, gdy tylko miał okazję, udając się wraz z nim do salonu. W tym celu musieli najpierw minąć małą strefę z fotelami (na jednym z nich najczęściej pijał kawę z rana) i niewielki telewizor kuchenny na ścianie przy wyspie, który prawdopodobnie nie został odpalony przez Milesa ani razu. Nigdy nie miał takiej potrzeby, skoro rzadko kiedy gotował, a kiedy już to robił, nie potrzebował w czasie tych incydentalnych zajęć szukać rozrywki w tle.
To co chcesz obejrzeć?
Kryminał?
Komedię?
R o m a n s? Przy ostatniej, przyświecającej mu myśli, spojrzenie nieświadomie spoczęło na nowo zaznajomionych ustach Olliego. Zaraz jednak ściągnął go o centymetry wyżej, do oczu mężczyzny. Usiadł przy tym na kanapie ułożonej w przestronną podkowę ze stolikiem po środku, lokując się po stronie okien, by móc być zwróconym twarzą do telewizora.
Poklepał miejsce obok siebie sugestywnie, jakby dawał mu subtelnie znać:
Dość dziś ucieczek. Nie uciekaj dalej, niż to konieczne.
W międzyczasie upił łyk whisky, choć bardzo zachowawczo i ekonomicznie, w zasadzie ledwie smakując alkoholu na języku, by dać Oleandrowi czas na przynajmniej częściowe nadrobienie kolejek.
Jaką teorię ma Twoja siostra? — dopytał spokojnie, wyciągając rękę do pilota na ławie.

oleander everhart

when the walls come down?

: śr wrz 02, 2026 11:53 am
autor: oleander everhart
W odbiorze samego Oleandra, zaraz po wypadku sprzed kilku lat, jego własne ciało nie tylko przestało być idealne (z perfekcją będącą synonimem nie tyle urody, co sprawności: siły mięśni i elastyczności ścięgien gotowych spełniać płynnie każdy rozkaz i zachciankę ich właściciela, mocy serca, bez zawahania pompującego krew napędzającą tę niezmordowaną, oszałamiająco wydajną machinę), ale przestało być także jego. Patrzył w lustro i nie rozpoznawał zapadniętych policzków i purpury sińców rozlanych pod dolną powieką, nie mówiąc już oczywiście o koszmarze świeżo zabliźnionego kikuta. Oprócz tego ostentacyjnego braku, o których regularnie przypominały mu fale bólu fantomowego, fiasko jego organizmu wyrażało się też w znacznie bardziej przyziemnych, z pozoru niemalże błahych przejawach: w kruchości paznokci i cienkości włosów, suchości skóry i zapachu potu, który nagle stał się dziwnie obcy, kwaśno-słodki, jak pot starych ludzi. Opowiadając mu o czekającym go procesie rehabilitacji, wszyscy pamiętali oczywiście o tych dużych sprawach, ale walcząc o jego życie nikt nie zawracał sobie zanadto głowy drobnostkami, które miały mu je uprzykrzać jeszcze przez wiele miesięcy. Niedoborami witamin, których szpitalne jedzenie zwyczajnie nie było w stanie dostarczyć. Zwątleniem mięśni, kiedyś tak przyzwyczajonych do regularnych, wytężonych treningów.
Ollie Everhart wracał do siebie o wiele dłużej, niż trwał jego pobyt w szpitalu – i nawet dziś czasem jeszcze wydawało mu się, że jeśli ludzka tożsamość jest domem, on nadal stoi na własnym progu, niezdolny by powrócić do środka.
Trudno było zapomnieć ten pierwszy raz, kiedy po pożarze spał z drugim człowiekiem; była to miła, starsza od niego o dwa lata dziewczyna, którą poznał na aplikacji randkowej, i z którą spotykał się przez kilka tygodni nim obydwoje uznali, że chcą od siebie zupełnie innych rzeczy. Pamiętał ostrożność, z którą obydwoje obchodzili się tamtej nocy z jego ciałem – jakby było czymś, co można zniszczyć jeszcze bardziej niż zrobił to ogień. Uszkodzić. Pamiętał, że spodziewał się w jej wzroku obrzydzenia, ale znalazł w nim jedynie troskę, co w jakimś sensie było jeszcze gorsze od potencjalnego niesmaku. Pamiętał, że nie mógł dojść, nawet kiedy blondynka niemal usłużnie wzięła go w usta, a potem w dłoń – jej metodyczne, wytrwałe ruchy bardziej niż oznakę pożądania przypominały akt miłosierdzia.
Kolejne razy były już nieco łatwiejsze – najpierw z nią, potem z innymi – ale Oleandrowi niemal nigdy nie udawało się osiągnąć tego cudownego stanu zapomnienia, nieważkości, z którymi seks prawie zawsze wiązał się dla niego w przeszłości. Konieczność liczenia się z tym, że zawsze będzie musiał zastanawiać się, co zrobić z protezą, i że jego ciało nigdy nie odzyska już tej samej bezmyślnej płynności ruchów jaka wiązała się z posiadaniem niewybrakowanego kompletu kończyn, miała towarzyszyć mu już przecież do końca życia.
Fakt, jak łatwo było mu poddać się teraz tej krótkiej, ale jakże znaczącej chwili, przyjął nie bez szoku, ale równocześnie i nie bez przyjemności. Choć Miles nie miał nad nim fizycznej przewagi, posiadał inne jej rodzaje: wieku, autorytetu, i wreszcie tej posiadanej przezeń maniery, sprawiającej, że zwyczajnie chciało się go słuchać. Nawet jeśli nie było mu po drodze żeby się do tego przed sobą zbyt szybko przyznawać, Ollie przeczuwał, że przynajmniej na chwilę poddałby się prowadzeniu Howarda także i wtedy, gdyby ten przedłużył pocałunek – dokładnie tak, jak teraz zgodnie kiwał głową. Tak, mogli wrócić do tego tematu później.
– Dziękuję – Powiedział, śledząc spojrzeniem kolejne gesty bruneta, gdy ten przyrządzał im po porcji trunku. A więc tak to działało? Zgrabny sposób, by zaciągnąć go do domu? Drink, film na kanapie, a potem… co?
Trudno byłoby mu uwierzyć, że właśnie tak wyglądało zwyczajowe modus operandi lekarza. Może za myślą tą stał jakiś rodzaj życzeniowego myślenia, nikłej nadziei, że nie był tylko kolejnym łatwym celem, którym Howard zamierzał się posłużyć by zaspokoić własne potrzeby. Może podświadomie choć na moment chciał poczuć się wyjątkowy. A może obawiał się, że w takim wypadku musiałby odbrązowić doktora we własnych myślach, zepchnąć go z tego mentalnego i emocjonalnego piedestału, na którym wcześniej samodzielnie go umiejscowił.
Co chciał obejrzeć? Śmieszne, ale w tym wszystkim zupełnie nie pomyślał nad odpowiedzią na najbardziej podstawowe pytanie.

Kryminał? Horror?
Komedię? Thriller?
Romans? Dramat?
- Dokument przyrodniczy – Wypalił, automatycznie posługując się tą samą wrodzoną przekorą, z którą czasem w ramach sztuki dla sztuki buntował się przeciw niektórym z lekarskich zaleceń. Było to tak niedorzeczne, że wydało mu się w jakimś stopniu na miejscu. Równie absurdalne co sam fakt, że miał się zaraz rozgościć na sofie własnego lekarza, sącząc drogi i mocny alkohol. - Najlepiej w narracji Davida Attenborough.
Przywiedziony wymownym, i jakby nieznoszącym sprzeciwu gestem, ruszył ku kanapie, sięgając po drodze po whisky. Usiadł na sekundę. A potem wstał.

– Jednak nie odmówię sobie tej herbaty – Oznajmił. Droczył się, nie dało się zaprzeczyć. Słowami, i sposobem, w jaki się poruszał: rozglądał po mieszkaniu, przeciągał, nawigował w nieznanej sobie jeszcze dobrze przestrzeni. – Mogę? – zapytał, głównie w ramach kurtuazji, dobrze wychowany przez własną, przykładającą wagę do manier i uprzejmości matkę. Howard zresztą dał mu już przyzwolenie – na to, i na inne rzeczy.
W swojej topografii, mieszkanie bruneta bardziej niż labirynt przypominało raczej muzeum, przestronne i klarowne w swoim sensownym, wygodnym rozkładzie; w szafkach Milesa również panował nie tylko pedantyczny ład, ale i geometryczny niemal porządek. Czajnik należał do tych, które Oleander mógłby sobie dodać do sklepowej listy życzeń, ale już nie do koszyka - szybki, cichy, drogi. Właśnie takie rzeczy, wyobrażał sobie, miewali w kuchni czterdziestolatkowie którzy odnieśli w życiu nie tylko sukces ale i osiągnęli taki rodzaj życiowej stabilizacji, który był zupełnie obcy dwudziestodziewięcioletnim studentom.
Wypełniwszy generyczny w barwie, ceramiczny kubek wrzątkiem, Everhart wrócił do salonu.
- Hmm? – Mruknął rozproszony. Boże, zapomniał już o tym, jak nawiązał do Fiory i jej serialowych teorii. Chyba schlebiło mu trochę, że mimo działania alkoholu i ogólnego rozkojarzenia, Miles natomiast pamiętał. Znaczyło to, że słuchał. Znaczyło to, że uważał, nawet gdy Ollie w gruncie rzeczy plótł niemal wszystko to, co ślina naniosła mu na język. – Ach, tak. Fiora uważa… – Zaczął, orientując się zaraz, że używając imienia siostry, zdaje się wpuszczać Milesa do własnego życia głębiej niż pozwalała na to czysto szpitalna zależność. Co więcej, nie była to wcale nieprzyjemna świadomość. – …że scenarzyści urządzają mieszkania lekarzy wprost proporcjonalnie, do skali i rodzaju ich trudności emocjonalnych. Im bardziej samotny lekarz, tym większy metraż. Im gorsze ma problemy w związkach, większe okna, i tak dalej… — Wyliczył – Podobno to jakaś forma podprogowego warunkowania widza. Żeby wiedział czego się spodziewać, nawet jeśli tylko podświadomie.
Była to ryzykowna hipoteza. Jeszcze bardziej ryzykowne natomiast to, jak łatwo podzielił się nią teraz z Milesem, ostatnie stwierdzenie zapijając łykiem alkoholu. Przepadł na moment w jego smaku i barwie, które pewnie już zawsze kojarzyć mu się miały z tym bizarnym wieczorem. Potem zamrugał, przywołując się do rzeczywistości. Mało rozsądnie, sięgnął po herbatę. I jeszcze mniej przemyślanie, upił łyk.
- Jasny szlag! – Wyrwało mu się, razem z parsknięciem niedowierzającego śmiechu. Oczywiście, że powinien był spodziewać się ukropu skoro dopiero co zalał torebkę herbaty świeżo zagotowaną wodą. Pokręcił głową, rejestrując to specyficzne pulsowanie zetkniętej z wrzątkiem, górnej wargi. Jak tak dalej pójdzie, naprawdę będzie potrzebował lekarza.

Miles Howard