lost and found
: pt sie 21, 2026 11:19 am
To miał być zupełnie normalny, niczym nie wyróżniający się dzień w pracy. I nawet całkiem tak było! Prawie cały dyżur – i to przedłużony o kilka godzin dyżur! - przebiegł zgodnie z planem… o ile oczywiście dzień na ostrym dyżurze może mieć plan, wiadomo. Dużo pracy, mało czasu na myślenie o czymś, co nie było pracą, aktualnymi przypadkami i obowiązkami. Chyba właśnie dlatego tak lubiła pracę w szpitalu – nie miała czasu na to, co działo się w jej głowie, na użeranie się z własnymi myślami, wątpliwościami i głupimi pomysłami. Tak było… lepiej. I bezpieczniej. Chociaż i tutaj ją dosięgało.
Uzupełniała właśnie rubryki w karcie pacjenta, gdy do jej uszu dotarło coś, czego nie mogła zignorować. Nazwisko, które działało na nią w ten bardzo specyficzny sposób, naturalnie się spięła, a serce zaczęło bić jej odrobinę szybciej. Szczególnie, że przy ostatnim spotkaniu… no nie popisała się, naprawdę się nie popisała i teraz najchętniej zapadłaby się pod ziemię. A nie mogła. Bo ten głos nie należał do tak dobrze znanego jej mężczyzny. On nawet nie należał do mężczyzny i chyba właśnie dlatego wzbudziło to jej zainteresowanie. Chłopiec… na oko pięcioletni? Może sześcioletni? W tych okolicach. Zaczepił jednego z lekarzy i zaskakująco spokojnie – jak na swój wiek – coś mu tłumaczył. Do Iris docierały skrawki tej rozmowy, pojedyncze słowa i chyba tylko tak usłyszała Henderson. No właśnie…
- Hej, Valentine… mamy na oddziale jakiegoś Hendersona? – usłyszała pytanie, gdy tylko jej wzrok spotkał się z lekarzem, który został zaczepiony przez dzieciaka – Młody twierdzi, że przyjechał z tatą i się zgubił. – ta informacja sprawiła, że Iris mocniej ściągnęła brwi, bo to zaskakujący zbieg okoliczności. Odłożyła kartę na stos innych i podeszła do chłopca, żeby się z nim przywitać i rozwiązać tą małą zagadkę.
- Cześć, jestem Iris. – podała mu rękę i ładnie się uśmiechnęła – Powiedz mi, czy twój tata przyjeżdża tutaj regularnie? Bo zrobił sobie coś w nogę? I zanim tutaj do nas trafiłeś to byłeś z nim parę pięter wyżej? – chłopczyk tylko pokiwał głową w odpowiedzi, a Iris już wszystko wiedziała – Zajmę się tym, znam jego tatę. – zapewniła lekarza, który ewidentnie odetchnął z ulgą, bo chyba nie marzył o tym, żeby przez resztę dyżuru zajmować się zgubionym dzieckiem. No i że to dziecko miało ojca, który faktycznie był w tym szpitalu, bo w innym przypadku? Procedury by ich wykończyły!
Iris natomiast spojrzała na chłopca i uśmiechnęła się do niego pogodnie, żeby się niczym nie martwił. Tata zaraz po niego przyjdzie. Miał jego oczy – Co powiesz na… kakao? – zaproponowała, wyciągnęła do niego rękę i razem z nim ruszyła w stronę szpitalnej kawiarni, żeby tak poczekać na Jesse, któremu przy okazji też wysłała wiadomość, żeby się nie martwił i nie wszczynał alarmu poszukiwawczego. Wszyscy byli cali i zdrowi, a gdy pojawił się na dole mógł zauważyć, że też całkiem zadowoleni. No przynajmniej zadowolony był jego syn, który miał przed sobą kubek z kakao, stos kartek, po których zawzięcie bazgrał kredkami i jednocześnie tłumaczył to Iris, która siedziała obok i zainteresowaniem go obserwowała i kiwała głową ze zrozumieniem. Chociaż nie oszukujmy się… nie rozumiała nic, a na dodatek dzieci ją przerażały.
Jesse Henderson
Uzupełniała właśnie rubryki w karcie pacjenta, gdy do jej uszu dotarło coś, czego nie mogła zignorować. Nazwisko, które działało na nią w ten bardzo specyficzny sposób, naturalnie się spięła, a serce zaczęło bić jej odrobinę szybciej. Szczególnie, że przy ostatnim spotkaniu… no nie popisała się, naprawdę się nie popisała i teraz najchętniej zapadłaby się pod ziemię. A nie mogła. Bo ten głos nie należał do tak dobrze znanego jej mężczyzny. On nawet nie należał do mężczyzny i chyba właśnie dlatego wzbudziło to jej zainteresowanie. Chłopiec… na oko pięcioletni? Może sześcioletni? W tych okolicach. Zaczepił jednego z lekarzy i zaskakująco spokojnie – jak na swój wiek – coś mu tłumaczył. Do Iris docierały skrawki tej rozmowy, pojedyncze słowa i chyba tylko tak usłyszała Henderson. No właśnie…
- Hej, Valentine… mamy na oddziale jakiegoś Hendersona? – usłyszała pytanie, gdy tylko jej wzrok spotkał się z lekarzem, który został zaczepiony przez dzieciaka – Młody twierdzi, że przyjechał z tatą i się zgubił. – ta informacja sprawiła, że Iris mocniej ściągnęła brwi, bo to zaskakujący zbieg okoliczności. Odłożyła kartę na stos innych i podeszła do chłopca, żeby się z nim przywitać i rozwiązać tą małą zagadkę.
- Cześć, jestem Iris. – podała mu rękę i ładnie się uśmiechnęła – Powiedz mi, czy twój tata przyjeżdża tutaj regularnie? Bo zrobił sobie coś w nogę? I zanim tutaj do nas trafiłeś to byłeś z nim parę pięter wyżej? – chłopczyk tylko pokiwał głową w odpowiedzi, a Iris już wszystko wiedziała – Zajmę się tym, znam jego tatę. – zapewniła lekarza, który ewidentnie odetchnął z ulgą, bo chyba nie marzył o tym, żeby przez resztę dyżuru zajmować się zgubionym dzieckiem. No i że to dziecko miało ojca, który faktycznie był w tym szpitalu, bo w innym przypadku? Procedury by ich wykończyły!
Iris natomiast spojrzała na chłopca i uśmiechnęła się do niego pogodnie, żeby się niczym nie martwił. Tata zaraz po niego przyjdzie. Miał jego oczy – Co powiesz na… kakao? – zaproponowała, wyciągnęła do niego rękę i razem z nim ruszyła w stronę szpitalnej kawiarni, żeby tak poczekać na Jesse, któremu przy okazji też wysłała wiadomość, żeby się nie martwił i nie wszczynał alarmu poszukiwawczego. Wszyscy byli cali i zdrowi, a gdy pojawił się na dole mógł zauważyć, że też całkiem zadowoleni. No przynajmniej zadowolony był jego syn, który miał przed sobą kubek z kakao, stos kartek, po których zawzięcie bazgrał kredkami i jednocześnie tłumaczył to Iris, która siedziała obok i zainteresowaniem go obserwowała i kiwała głową ze zrozumieniem. Chociaż nie oszukujmy się… nie rozumiała nic, a na dodatek dzieci ją przerażały.
Jesse Henderson