Strona 1 z 1

Don’t steal, bro, ’cause that ass ain’t as tough as it used to be

: pt sie 21, 2026 7:58 pm
autor: Oscar Malone
Człowiek musiał sobie radzić niezależnie od okoliczności, prawda?
Te zdecydowanie nie sprzyjały Oscarowi już nie tyle pod względem jakichkolwiek nowych informacji na temat jego brata - czuł się trochę tak, jakby utknął poważnie w swoim śledztwie - ale samego życia na ulicy. Jeszcze kilka tygodni temu do głowy by mu nie przyszło, że mógłby spędzać kolejne dni tułając się od miejsca do miejsca, starając się przeżyć kolejny dzień. W domu toczył swoją osobistą walkę o przetrwanie, ale przynajmniej deszcz mu na głowę nie kapał i nie musiał przeszukiwać kontenerów, by znaleźć coś do jedzenia. A już tym bardziej nie musiał tak często kraść, bo niestety podobne przewinienia zdarzyły mu się w przeszłości, kiedy jego rodzice niespecjalnie przejmowali się zawartością pustej lodówki, wlewając w siebie kolejne porcje alkoholu lub ukradnie coś wciągając.
Czuł do siebie zażenowanie za każdym razem, gdy korzystając z zamieszania w sklepie, chował do kieszeni jakiś batonik, ewentualnie puszkę napoju. Nigdy nie wynosił wiele, przynajmniej jednorazowo. Ot, wystarczająco, żeby zaspokoić głód, który mu doskwierał. Ile jeszcze miał tak żyć? Miał opcję, mógł zgłosić się do Patricka, ale jego duma mu w tym nie pozwalała. Zrezygnował z ciepłej kanapy i pełnej lodówki na rzecz własnych ambicji i przekonania, że poradzi sobie, jak zawsze, sam. Czy to nie nazywało się przypadkiem głupotą?
Kopnął puszkę znajdującą się przed nią. Wiedział, co za chwilę zrobi - wejdzie do tego przeklętego sklepu i wyniesie kolejną rzecz. Nie miało znaczenia co, byleby było jadalne i nie zawierało pomidorów, bo jeszcze mu brakowało, żeby się pochorował! Chciał po prostu zjeść, by ostatecznie po raz kolejny zastanowić się nad planem na kolejny dzień. Jeszcze trochę, a całkiem wciągnie go ta bezdomność i zostanie jak Stellan - uzależniony od narkotyków.
Wsunął się do środka, starając za wszelką cenę nie wzbudzać podejrzeń. Jak dobrze, że zajmuał komuś z wieszaka koszulkę! Trochę za dużą, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Przechadzał się pomiędzy alejkami, obserwując sprzedawcę i jednego z pracowników, który dokładał towar. Wydawał się być jakoś dziwnie niebezpieczny, może recydywista, który pomyślnie przeszedł resocjalizację i został zatrudniony na próbę? Oscar nie miałby niczego przeciwko takiej pracy, może czas było to przemyśleć?
Schował do kieszeni batonik zbożowy, dokładając do tego paczkę cukierków. Pożywne jak cholera. Chciał dobrać do tego jakieś jabłko lub inny owoc, ale najwidoczniej poczuł się za pewnie i swobodnie, a może po prostu zbyt zachłannie i został przyłapany. Poczuł, jak ktoś go szarpie i chociaż starał się uwolnić, nie na wiele się to zdało! Od słowa do słowa, szarpnięcia do szarpnięcia i Oscar wyleciał przez sklepowe drzwi przy akompaniamencie krzyków i gróźb, że jeśli tu jeszcze raz wróci, straci nie tylko nogi, a i resztę kończyn.
Uderzył w bruk, rozpłaszczając się na nim niczym rozjechana przez samochód żaba. Wspaniale, teraz na dodatek bolały go plecy i dupsko, a na domiar złego rzeczy, które zdążył schować do kieszeni spodni, zostały mu w brutalny sposób odebrane.
Jak to się mówi - całe życie szmatą w pysk.

franklin cosgrove

Don’t steal, bro, ’cause that ass ain’t as tough as it used to be

: wt sie 25, 2026 10:26 pm
autor: franklin cosgrove
2

quiet when i'm comin' home and i'm on my own


Zwykle nie robi sobie zakupów sam. Wcale nie dlatego, że jest rozpoznawalny czy ważny. Prędzej przez ograniczenia, jakie narzuca mu trwająca zaledwie dwadzieścia cztery godziny doba. Dwa treningi dziennie, pomiędzy nimi odwiedziny u Louise i szybki obiad, a później siłownia, samotna analiza materiałów z ostatnich meczów Toronto FC (zupełnie jakby nie byli jego drużyną, a przeciwnikiem) i długi prysznic (wreszcie samotny). Czasami w międzyczasie dochodzi mu coś jeszcze. Spotkania ze sponsorami, wydarzenia klubowe albo wywiady – wtedy zwykle kładzie się do łóżka od razu po przekroczeniu progu domu. Odpoczywa tylko we śnie. Czasami jeszcze w dojazdach, ale rzadko. Zwykle sprowadzają się do zirytowanego stukania palcami o kierownicę samochodu, obfitego rzucania przekleństwami (wnętrze jego auta jest jedynym miejscem, gdzie może robić to bez konsekwencji) i próbami zrelaksowania się muzyką, która, jeśli już, tylko bardziej go rozdrażnia. W którym momencie ludzkości przyjęło się, że piskliwe melodie wydawane przez skrzypce są dźwiękiem, który odpręża?
Życie Franka to bałagan. Nie tylko z powodu wszystkich tych kłopotów, które spotykają go po powrocie do Toronto, ale przede wszystkim dlatego, że brakuje mu czasu. Nie ma chwili na wyjście do supermarketu, więc ratuje się dietami pudełkowymi albo zamówieniami składanymi w sklepach, które oferują dowóz produktów do domu. Asortyment Loblaws zwykle jest wystarczający, chociaż okazuje się, że nic nie jest w stanie ocalić go przed wieczorami takimi jak ten; gdy po dziesięciu minutach przetrząsania lodówki w poszukiwaniu jogurtu naturalnego Franklin wreszcie akceptuje fakt, że go tam nie ma, więc musi wciągnąć na siebie koszulkę, wskoczyć w samochód, a potem spróbować swojego szczęścia w najbliższym sklepie spożywczym. O godzinie dziewiętnastej czterdzieści nie ma zbyt wielkiego wyboru, ale kiedy dociska nogę do pedału gazu i nieco przekracza dozwoloną prędkość, po dziewięciu minutach udaje mu się zaparkować pod migającym szyldem z nazwą sklepu.
Ku własnemu zdziwieniu, zamiast wejść do środka, żeby zaopatrzyć się w ostatni składnik cholernej marynaty do kurczaka, staje na kilka metrów od automatycznie rozsuwających się drzwi o nieskazitelnie czystych szybach, aby przyjrzeć się temu, jak rosły sprzedawca wyrzuca na zewnątrz wątłego chłopaczka. Jego ciało ląduje na ziemi bez oporu, jak szmaciana lalka. Sprzedawca krzyczy coś o złodziejach i policji. Franklin zastanawia się, czy widzi tego samego chłopaka, co on.
Kiedy w końcu parking cichnie, a nerwowa szamotanina spływa do ram przeszłości, podchodzi do wciąż leżącego na ziemi kształtu. Inni kręcący się po parkingu ludzie, starsza kobieta odprowadzająca do sklepu mały wózek i młoda, wymalowana dziewczyna w skórzanej kurtce dłuższej niż jej spódnica, odwracają wzrok. Gdyby w tamtym momencie ktokolwiek zapragnął dorzucić swoją cegiełkę w walce z osiedlowymi złodziejami, nikt by tego nie dostrzegł.
Frank zawisa nad rozpłaszczonym na betonie chłopaku i wyciąga w jego stronę dłoń.
– Mocno się poobijałeś? – pyta tak naturalnie, jakby chwilę temu wcale nie usłyszał wykrzyczanych w jego kierunku inwektyw. W nagłej ciszy otaczającej wejście do sklepu jego głos rozbrzmiewa pewnie i zbytecznie głośno.

Oscar Malone

Don’t steal, bro, ’cause that ass ain’t as tough as it used to be

: śr wrz 09, 2026 2:18 pm
autor: Oscar Malone
Czuł się zażenowany sam sobą oraz sytuacją, w której się znalazł. jeszcze trochę i nie zacznie poznawać swojej osoby, zmieniając się każdego dnia na gorsze. Czy właśnie tak działała na ludzi ulica i potrzeba, którą trzeba było zaspokoić? Może właśnie dlatego tak ciężko było się wyrwać z macek wolności, kiedy ostatecznie dało się im pochwycić. Z tym, że Oscar zrobiłby niemal wszystko, by się z tego wyplątać, wracając do normalnego życia, w którym miał gdzie spać i nie musiał się martwić, że zaraz zacznie mu na łeb deszcz kapać. Co z tego, że jego poprzednie życie było niemal podobne, tylko nakrapiane większą dozą strachu i bólu? Mógł znaleźć wiele podobieństw, a jednak w ostatecznym rozrachunku nie odbierało mu człowieczeństwa, jedynie rozrywając duszą. A to zasadnicza różnica!
Wpatrywał się w jasne niebo pokryte sporadycznie chmurami, które wolno płynęły po sklepieniu. Wyglądały tak spokojnie i gdyby nie fakt, że słyszał na koło ludzi, jak również samochody, mógłby sobie wmówić, że znajduje się na jakiejś wygodnej trawie i podziwia widoki. Może chociaż przez chwilę odczuwałby mniejsze zawstydzenie, które wynikało głównie z tego, że widzieli go inni. Patrzyła na niego ta staruszka z wózkiem oraz dziesięciolatek, który zajadał się ciastkiem czekoladowym. Takiemu to było dobrze, nie musiał się póki co przejmować, że czegokolwiek mu zabraknie.
Westchnął. Chyba czas było się podnieść, zanim ktoś pomyśli, że stało mu się coś poważnego, chociaż po krzykach ochroniarza i sklepowego pracownika pewnie nikt nawet nie pokusiłby się o wezwanie karetki.
Niespodziewanie światło słoneczne zostało przyćmione, a na twarz chłopaka padł cień. Spojrzał na sprawcę oceniając na szybko czy przeżyje, czy właśnie dokona ostatniego tchnienia. Stawiał na opcję pierwszą, bo nieznajomy wyciągnął w jego stronę dłoń. gdyby chciał się go pozbyć, dokuczyć czy zrobić cokolwiek, pewnie już teraz by go kopnął.
-Poobijałem? nie no, ja tylko leżę i niebo podziwiam. No bo patrz - ta chmura wygląda jak sikający pies! - wskazał palcem na obłok, który miał kształt niczego. Zaraz jednak wypuścił z siebie zrezygnowane powietrze. - Poobijała się moja godność, ciało jest przyzwyczajone do większego karambolu - skomentował lekko, jakby to była najnormalniejsza rzecz. Dla kogoś, kto wychował się w takich warunkach z pewnością tak było. Ten upadek mógł mu przynieść jedynie siniaki, dawne uderzenia zostawiły blizny.
Złapał dłoń, dając się pociągnąć do góry. Cholera, ten chłopak był wyjątkowo silny. Ewentualnie Oscar taki chudy, co stanowiło idealna combo, w które nie trzeba było wkładać żadnego wysiłku. Otrzepał i tak brudne ubrania, stwarzając pozory. Nie wiedział jakie, ale może w ten sposób będzie wyglądał mniej podejrzanie.
-Hm, dzięki. Zabawne, że podszedłeś. Bo ludzie to się raczej nie interesują - wyrzucił z siebie, lekko ramionami wzruszając. Znieczulica społeczna to choroba dwudziestego pierwszego wieku. - Trochę żenujące, że byłeś tego świadkiem - dodał, trochę zawstydzony. No bo co, nie jego wina, że jego wybawca był przystojny.

franklin cosgrove

Don’t steal, bro, ’cause that ass ain’t as tough as it used to be

: sob wrz 12, 2026 8:52 pm
autor: franklin cosgrove
Dziwny. To pierwsze słowo, którym określiłby leżącego przed nim chłopaka. Każdy inny na jego miejscu od razu podniósłby się na równe nogi i stwierdził, że nic się nie stało (w porządku, może nie każdy, ale na pewno przeważająca, zdrowa na umyśle większość). On tymczasem leży na ziemi, wskazując palcem na obłok, który wygląda jak sikający pies i wcale nie brzmi na przejętego ani tym, że właśnie rzucono nim jak szmacianą lalką, ani wypowiedzianą przez ochroniarza groźbą utraty wszystkich kończyn.
Franklin automatycznie odwraca się za siebie i spogląda w niebo. Nie przechodzi mu przez myśl, że może być to pomysł idiotyczny, biorąc pod uwagę fakt, iż istnieje pięćdziesiąt procent szans na to, że chłopak, z którym rozmawia jest złodziejem. Drugie pięćdziesiąt to oczywiście możliwość bycia całkowicie niewinnym. Cosgrove nie chce mu jej odbierać, chociaż przeczucie kieruje go bardziej w stronę tego pierwszego.
Chmura, na którą wskazuje ciemnowłosy chłopak nie mogłaby wyglądać bardziej miałko. Właściwie jest tak zwyczajna, że ktoś spokojnie mógłby zrobić jej zdjęcie i wstawić je pod definicją słowa chmura na Wikipedii, i nikt na pewno nie dostrzegłby w niej kształtu psa.
Franklin odwraca się w stronę nieznajomego, mrużąc oczy. Właściwie ta jedna wymiana zdań jest wystarczającą odpowiedzią na zadane mu przed chwilą pytanie. Nawet jeśli nieznajomy nie czuje się poobijany, z jego mózgiem może być coś nie tak. Wstrząśnienie? A może zwykły szok? Cokolwiek mu dolega, powinien obejrzeć go ktoś, kto ma na ten temat jakąś realną wiedzę, a nie snujący domysły Franklin Cosgrove, który w całym swoim życiu musiał mierzyć się tylko ze skręceniem stawu skokowego, naciągnięciem mięśnia dwugłowego łydki, stłuczeniem biodra. Chociaż wstrząśnienia mózgu występują wśród piłkarzy z równą częstotliwością co urazy reszty ciała, on jakoś nigdy nie przeszedł tego na własnej skórze. Wini za to swoją awersję do przyjęć piłki głową.
– To znaczy często tak tobą rzucają? – pyta, gdy drugi chłopak między wierszami daje mu do zrozumienia, że jest przyzwyczajony do odczuwania bólu. Trochę obawia się, że jeśli usłyszy odpowiedź twierdzącą, nie będzie wiedzieć co zrobić. Zadzwonić do opieki społecznej? Zabrać go ze sobą do domu, jak porzuconego na ulicy kotka? Zapytać jak może mu pomóc, dobrze wiedząc, że jeśli już, jego wsparcie uratuje go najwyżej na parę dni?
Nagle życie staje się bardzo trudne. Tak trudne, że Franklin zapomina o jogurcie, marynacie, kurczaku i całej swojej kolacji w ogóle.
Kiedy już przed sobą stoją, uderza go to, jak bardzo się od siebie różnią. Jedna noga nieznajomego wygląda jak oba ramiona Franka. Mało tego – mierzy co najmniej pół głowy mniej od niego, przez co patrzenie mu prosto w oczy wydaje się dziwnie nie na miejscu; jakby Cosgrove go lekceważył. Jest to o tyle idiotyczne wrażenie, że przecież żaden z nich nie ma wpływu na swój wzrost.
– Ludzie chyba zwykle boją się wtrącać – stwierdza, mimowolnie obracając się w stronę starszej kobiety, która właśnie stuka swoim wózkiem w rządek innych, powodując przy tym niemały hałas. – Czego zupełnie nie rozumiem, bo w człowieczeństwie czasami chodzi o to, żeby się wtrącić – mówi dalej chyba tylko po to, żeby przestać czuć się tak dziwnie. – No coś ty. – Kręci głową. Nie użyłby do skomentowania całego tego zdarzenia słowa żenujące, na pewno nie. – Przykro mi, że ci się to przydarzyło – brzmi to trochę sztucznie, ale Franklin naprawdę nie znalazłby innego zdania dla określenia tego, jak czuje się w tamtym momencie. – Coś cię boli? – pyta zaraz, przyglądając mu się uważnie w poszukiwaniu na jego twarzy jakichkolwiek oznak bólu. – Mam tu – macha ręką w kierunku zaparkowanego niedaleko auta – samochód, możemy pojechać do jakiegoś lekarza, jeśli potrzebujesz.
Bardzo możliwe, że w całym tym stresie trochę za bardzo wczuwa się w rolę bohatera.

Oscar Malone

Don’t steal, bro, ’cause that ass ain’t as tough as it used to be

: śr wrz 30, 2026 8:15 pm
autor: Oscar Malone
Był przyzwyczajony do rezygnacji, która niekiedy ogarniała jego ciało, jakby całkiem godziło się z daną sytuacją. Ten system pozwalał mu przetrwać katusze, jakie znosił w domu rodzinnym, przyjmując kolejne ciosy od własnej matki. Pozwalał mu również na przyzwyczajenie się do ciemności oraz wilgoci, które panowały w piwnicy, która stała się niemal jego sypialnią. Miał z nią więcej wspomnień, niż ze swoim faktycznym pokojem.
Nic dziwnego, że teraz kiedy został rzucony niczym szmacianą lalką, robił sobie z tego wielkie nic. Przynajmniej pozornie, bo jednak gdzieś w środku czuł zażenowanie, bardziej do siebie, niż do ochroniarza, który go wyrzucił. To była jego praca, a usprawiedliwianie, że Oscar po prostu był totalnie głodny, nie było przekonywujące. Może następnym razem powinien spróbować poprosić o coś, co było już po dacie ważności? I tak miało trafić do śmietnika, a tak przynajmniej nie musiałby w nim grzebać.
-No właśnie o dziwo nie. Rzucają bardzo sporadycznie, bo zazwyczaj udaje mi się w porę uciec - westchnął, przechylając lekko głowę, kiedy ostatecznie stanął pewniej na twardym gruncie. Bolało go wszystko, nie ma co ukrywać. Zapewne jutro znajdzie kilka dodatkowych siniaków, które zasilą kolekcję na jego ciele. W takich momentach cieszył się, że pogoda była trochę chłodniejsza i nie musiał pokazywać ani kawałka skóry czując się winny za to, że w ogóle cokolwiek ją bruździło. - To bardziej innego rodzaju karambol, ale mniejsza. Nie będę ci przecież opowiadał historii swojego życia, bo po pierwsze cię nie znam, a po drugiej to cię nie interesuje - dodał, ramionami wzruszając. Nie widział najmniejszego powodu, by jego wybawiciel czy jak tam powinien go nazwać, miał się zainteresować chociażby słowem, jakie opuściło usta Malone. Ot, spełnił jedynie obywatelski obowiązek i pomógł wstać komuś, kto pewnie długo jeszcze by na tym asfalcie leżał.
Przyjrzał się chłopakowi niepewnie, pozwalając by na chwilę zapanowała między nimi cisza. No bo co, powinien teraz podziękować i spieprzyć? Brzmiało jak plan idealny, ale jakoś tak chyba urzekł go sposób bycia rozmówcy. Zdawał się być kimś różnym od wielu osób, które Oscar spotkał. Miał w sobie jakiś spokój i dobroć. No i, co pewnie po raz kolejny przemknęło przez jego głowę, był przystojny, a fajnie czasami było porozmawiać z kimś, kto wyglądał jak model a czasopisma.
-Ja tam trochę im się nie dziwię. No bo pomyśl - nikt nie chce w razie czego przyjmować na siebie wpierdolu, nie? Niepotrzebne narażanie się dla kogoś obcego jest durna. A taka mała pomoc? Też nie wiedzą, czy ja sam nie jestem niebezpieczny - odpowiedział. No, bardzo był. Mógł na przykład kogoś ugryźć, ewentualnie podrapać, bo na inne oznaki przemocy nie można było za bardzo liczyć. Przyjdzie jednak dzień, kiedy zaskoczy wszystkich, przypakuje i już nikt nie będzie traktował go jak popychadło lub worek treningowy. To dopiero były marzenia!
-Wcale nie powinno być ci przykro - sam jestem sobie winien, co nie? - stwierdził, przestępując z nogi na nogę. Z każdą kolejną chwilą czuł się coraz bardziej niepewnie. I był głodny, spragniony, obolały i trochę śpiący. Combo, którego zdecydowanie nie potrzebował. - Duma. Dupa. Wszystko - wypalił. - O nie, nie. Żadnych lekarzy. Nie mam ubezpieczenia i mnie na nich nie stać. Przejdzie sam, mówię ci. Nie pierwszy i nie ostatni, także nie ma tego złego. wiesz, to po to, żebym za bardzo się nie przyzwyczaił, że życie może mnie kochać - zaśmiał się. Wcale nie kochało. Wprost momentami go nienawidziło, jakby chcąc mu pokazać, że ta ucieczka z domu wcale nie była dobrym pomysłem. - W ogóle to dzięki, nie? No i… Oscar jestem - wyciągnął w jego stronę brudną i poobdzieraną dłon, którą zaraz cofnął, bo zrobiło mu się wstyd, że z czymś takim do porządnych ludzi. - No ten… właśnie - skrzywił się, zażenowany po raz kolejny.

franklin cosgrove