𝐝𝐚𝐝𝐝𝐲 𝐢𝐬𝐬𝐮𝐞𝐬
: sob sie 22, 2026 6:21 pm
Zimne powietrze uderzyło go prosto w twarz, gdy tylko wyszedł z komisariatu i postawił pierwszy krok na zlodowaciałym chodniku. Kolejna długa zmiana. Kolejny dzień dealowania z bandą idiotów, z którymi momentami po prostu nie dało się pracować. Nie wiedział, czy problem leżał w tym, że pomimo mieszkania tutaj od ponad dwudziestu lat nadal nie potrafił do końca zgrać się z Kanadyjczykami, czy może gdzieś tam głęboko jego barcelońskie korzenie zwyczajnie krzyczały, że wolał stawiać szczerość ponad bycie fałszywie miłym. Może to właśnie on był tutaj problemem? W końcu zwyczajnie nie ufał ludziom, którzy potrafili zachowywać się tak uprzejmie przez cały pieprzony czas. Może faktycznie byli tacy z natury, ale patrząc na samego siebie i robiąc sobie jakiś mentalny rachunek sumienia, no to za cholerę nie potrafił wyobrazić sobie człowieka, który byłby aż tak pure at heart. No ale dobra. Nie miał teraz czasu się nad tym rozwodzić. Zwłaszcza nie wtedy, kiedy cholernie wiało, a mróz sprawiał, że zarost na jego twarzy dosłownie zaczynał zamarzać.
Przeszedł kilka metrów w kierunku baru, do którego chwilę później wszedł przede wszystkim po to, żeby się rozgrzać. Nie miał jeszcze ochoty wracać do domu. Do żony... dzieci. Męczyło go to wszystko. Cała ta pieprzona otoczka szczęśliwej rodziny, którą mieli przedstawiać światu, kiedy nawet jego własna żona nie potrafiła już chociażby udawać, że go pragnęła. Potrzebował uwagi.
Podszedł do baru i zamówił czystą whisky, prosząc przy okazji o otworzenie rachunku. Kiedy dostał szklankę, skierował się w stronę jednej z wolnych booth, zrzucił z siebie płaszcz i rzucił go gdzieś obok na skórzane siedzisko. Przybliżył szkło do ust i upił niewielki łyk, pozwalając alkoholowi powoli rozgrzać gardło, zanim sięgnął do kieszeni płaszcza po malutką krzyżówkę, którą zawsze nosił ze sobą na podobne okazje... Muzyka wypełniała całe pomieszczenie, mieszając się z rozmowami ludzi i stukotem bil odbijających się od siebie na stole bilardowym. I właśnie gdzieś pomiędzy tym wszystkim, z każdą kolejną minutą, coraz wyraźniej docierały do niego głosy dwóch mężczyzn stojących nieopodal stołu. Dwóch karków, którzy bez większego skrępowania komentowali sobie, co dokładnie zrobiliby tej nocy z kobietą siedzącą samotnie przy barze.
Javier uniósł wzrok znad krzyżówki. Nie był pewien, czy kobieta ich słyszała. Dzieliło ich jakieś piętnaście metrów, może trochę mniej, ale jakaś tam część jego serca funkcjonariusza, wiecie, składanie przysięgi i całe to pierdololo, nie pozwoliła mu po prostu wrócić do odgadywania kolejnego hasła. Westchnął pod nosem, rzucił krzyżówkę na stolik i odstawił obok szklankę. No dobra. Najwyżej zrobi z siebie idiotę. Wstał i ruszył w stronę baru, przy okazji posyłając obu mężczyznom wystarczająco wymowne spojrzenie, żeby zrozumieli, że słyszał każde pieprzone słowo. W sumie nie wiedział jeszcze, co dokładnie zrobi, ale to akurat nigdy nie stanowiło dla niego większego problemu. Najwyżej kobieta uzna go za creepa. Oparł się bokiem o blat i dopiero wtedy spojrzał na nią trochę dokładniej. No i cholera. W lokalu przepełnionym ludźmi, którzy zdecydowanie nie zostali obdarowani przez naturę jakimś cudnym wyglądem, ona wręcz grzeszyła urodą. Uniósł lekko kącik ust. - Gratulacje, wygrała pani darmowego drinka na koszt Barcelończyka - mruknął, uśmiechając się do niej. - Proszę wybierać uważnie. Taka okazja drugi raz może się już nie powtórzyć.
lady at the bar