Strona 1 z 1

luke, i'm your... mother

: ndz sie 23, 2026 10:38 pm
autor: letitia a. satterfield
[1.]
God knows I've tried to be kind
but I won't just lay down and die
wearing a fake smile - the joke's on you
Lettie & Coven


Być może odrobinę ją poniosło.
Bożebożeboże, co ja właśnie odjebałam — wymamrotała do siebie w ewidentnym szoku, pędząc ile sił w nogach, byle tylko znaleźć się w mieszkaniu, z dala od miejsca z b r o d n i. Biegła tak szybko, że ledwo łapała oddech - chociaż to o niczym nie świadczyło, bo kondycji nie miała za grosz - ale na ten moment naprawdę pragnęła jedynie zabunkrować się w bezpiecznych czterech ścianach i to najlepiej na wieki. A że przez to nie ujrzałaby nigdy więcej wschodzącego słońca? TRUDNO.
Bo okej, prawdopodobnie poniosło ją bardzo.
Ale prawdę powiedziawszy, to nie była jej wina! Tylko Merkurego w retrogradacji w kwadraturze do Saturna. Jak tu walczyć z tak niesprzyjającym układem planet? No nie dało się. Można było jedynie siąść, zapiąć pasy i zaakceptować swój nieszczęśliwy los. Dokładnie tak planowała postąpić Lettie. Cóż, planowała, bo ostatecznie zrobiła coś zupełnie odwrotnego, co naturalnie ugryzło ją w tyłek niemalże natychmiastowo, czego konsekwencją było również...
Woof! — radośnie zaszczekał trzymiesięczny labrador, którego być może właśnie ukradła z mieszkania swojego już byłego chłopaka, o ile takim mianem można określić burzliwy situationship, w którym tkwiła przez ostatnie cztery miesiące. Był naprawdę uroczy - to znaczy pies, nie typ (typ był zdradliwym gnojkiem), a do tego bezproblemowo dał się zabrać i nawet nie wyrywał jej się z rąk, więc chyba nie zrobiła niczego złego, prawda?
P r a w d a?
Kolejne wesołe woof! utwierdziło ją w przekonaniu, że wręcz postąpiła słusznie. Bo jej eks to klaun i nie zasługiwał na ten przesłodki promień słońca w swoim życiu. Tak, pomyślała z totalnie oderwaną od rzeczywistości wiarą, zrobiłam coś dobrego. Oczywiście, wystarczyło przekręcić klucz w zamku, otworzyć drzwi i stanąć twarzą w twarz z Coven, by to ulotne przekonanie o własnej genialności wyfrunęło przez najbliższe okno. Wypuściwszy szczeniaka z objęć na podbój mieszkania, zgięła się w pół, próbując w końcu złapać oddech po wcześniejszym szaleńczym biegu.
Daj... mi... sekundę — wycharczała między jedną zadyszką a drugą, unosząc przy tym przed siebie palec wskazujący dla podkreślenia, że potrzebowała momentu. I kiedy jednak nie wypluła płuc i odzyskała stabilny dech, niczym szpieg z krainy dreszczowców, prześwietliła jeszcze szybko wzrokiem korytarz, a następnie - gdy nie zauważyła niczego podejrzanego - władowała się do mieszkania, zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami, ciężko wzdychając.
Hej, Cove... Chyba zrobiłam coś super, super głupiego — wreszcie się odezwała i to dość lekko, konwersacyjnie, jakby co najmniej informowała ją o stanie pogody na zewnątrz, a nie o fakcie, że wróciła na chatę z nowym potencjalnym lokatorem. Nim zdążyła bardziej rozwinąć tę bajecznie ciekawą historię, gdzieś z kuchni rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Lettie zerknęła przelotnie w tamtym kierunku, po czym powróciła spojrzeniem do twarzy Bremers i uśmiechnęła się niemrawo. — Naprawdę mogę to wyjaśnić — dodała prędko, tym razem unosząc przed siebie obie ręce, ot, na wszelki wypadek, gdyby Coven stwierdziła, że jednak to dobra pora, by wysłać ją na drugi świat.

coven bremers