Strona 1 z 1

a cold hearted person was once a person who cared too much

: wt sie 25, 2026 12:16 am
autor: john myers
002.

Kolejny sierpniowy dzień pełen słońca upływał Johnowi leniwie. Czas niezmiernie mu się dłużył, zamiast nieubłaganie pędzić, jakby od samego przebudzenia na coś czekał. Trudno mu było przed samym sobą przyznać, że rzeczywiście oczekiwał nadejścia wieczoru, bo było w tym coś bardzo poprawnego i niewłaściwego zarazem. Dla niego to nie był zwykły dzień, nie mógł być, jeśli wiązał się z osobą, którą kochał. Miłość zmienia ludzi, pojawia się w różnych kształtach, o odmiennej intensywności. I nie zawsze trwa wiecznie, bo ludzie potrafią zmieniać sposób w jaki kochają. Istotną rolę odgrywa dbałość o relację, niezależnie jakiej natury by ona nie była – równie mocno trzeba umacniać rodzinne więzy, przyjaźnie, związki i węzły małżeńskie.
Ponoć mężczyźni nie mają pamięci do dat, lecz John od zawsze stanowił wyjątek od tej niechlubnej reguły. Miał już tak od dziecka, że trzymał w głowie wszystkie te najważniejsze dla niego daty, tym samym dość instynktownie pielęgnując najpiękniejsze wspomnienia. Dla kilkuletniego chłopca najbardziej kluczowe były powtarzające się urodziny najbliższych, co roku przeżywany dzień matki, ojca, babci, dziadka i dziecka. Nie tylko o tych datach pamiętał, przede wszystkim działał, kiedy znów się zbliżały – nie zapominał nigdy o zrobieniu właściwej laurki czy uzbieraniu niewielkiej kwoty z kieszonkowego na drobny upominek. Sam dowód pamięci wywoływał szerokie uśmiechy na twarzach bliskich, dlatego nieustannie zapamiętywał kolejne ważne daty.
Kolekcjonował też daty bardziej indywidualne, istotne wyłącznie dla niego, jak dzień dołączenia do szkolnej drużyny hokejowej, dzień pierwszego strzelonego gola do przeciwnej bramki, dzień pierwszego zwycięstwa odniesionego na lodowej tafli. Wraz z wiekiem zbiór tych dat zaczął poddawać pieczołowitej selekcji, rzecz jasna nie zapominając o samych ekscytujących zdarzeniach, po prostu w jego życiu zaczynały pojawiać się kolejne sukcesy, stopniowo coraz większe, więc bardziej godne celebrowania.
Zawsze uważał, że jego największym osiągnięciem była rodzina, której dał początek wraz z Elowen. Wspólnie tworzyli coś pięknego, dlatego ochoczo zbierał wszystkie ważne w i c h życiu daty. Tylko jedno zdarzenie z przeszłości chciałby wymazać z pamięci, aby móc pamiętać wyłącznie te dobre chwile. Choć minęły długie lata od wypadku, żałoby i rozwodu, to tragedia jaka ich spotkała wciąż była niezrozumiała, niesprawiedliwa, zbyt dotkliwa, aby mogli stawić jej czoła bez żadnego uszczerbku. Ból straty na długi czas przyćmił wszystko, nawet nie spostrzegli w którym momencie otaczały ich już same zgliszcza dawnego życia. Gdyby chociaż czymkolwiek zasłużyli sobie na ten straszny cios, w jakikolwiek sposób zawinili…
To ma być miły wieczór – powtórzył John w myślach, kurczowo chwytając się tego postanowienia, czyniąc je solidniejszym od najlepiej zahartowanej stali. Zamierzał cofnąć się w czasie, do tego czasu, kiedy stracił głowę dla najcudowniejszej dziewczyny na świecie. Lowie zawsze otaczała wręcz mistyczna aura dojrzałości, którą uznawał za niesamowicie pociągającą. Było coś takiego w jej bystrym spojrzeniu i w tym prawie zuchwałym uśmiechu, jakby od razu dawała mu sygnał, że bardzo łatwo może go prześwietlić na wylot. Rzecz jasna tak się stało, błyskawicznie stał się dla niej otwartą księgą, z której mogła czytać ile tylko chciała. Najwidoczniej lubił się katować wspomniani jakim to był zakochanym idiotą. Wciąż potrafiłby nawet zbudzony gwałtownie w samym środku nocy wyrecytować wszystkie daty z ich najcudowniejszych dni. Na nich się właśnie skupiał, po latach to przestało aż tak boleć.
Musiał zobaczyć się z byłą żoną. Spośród swojej skromnej garderoby wybrał najmniej sprane jeansy, biały podkoszulek i błękitną koszulę, próbując uzyskać chociaż gram elegancji, z którą niekoniecznie było mu po drodze. Jeszcze tylko tenisówki, portfel, klucze, telefon… Tak, był gotów. Przy drzwiach jeszcze sięgnął po niewielki bukiet złożony z jasnofioletowych frezji, kremowych i bladoróżowych goździków oraz z kilku białych eustom. Trochę półprzytomnie opuścił dom i wsiadł do samochodu, aby jak najszybciej dojechać do celu, musiał tylko po drodze zatrzymać się przy pizzerii, która wciąż funkcjonowała od czasu ich pierwszej randki.
Stanął przed drzwiami domu Elowen z pudełkiem pizzy w jednej dłoni i z bukietem w drugiej i bardzo żałował, że nie ma trzeciej, bo z chęcią poprawiłby jeszcze włosy. W duchu był wdzięczny za to, że otworzyła przed nim szeroko, jakby wcale nie wahała się czy go wpuścić. Taka wiele czasu zajęło im nauczenie się na nowo jak na siebie patrzeć bez żalu, jak rozmawiać bez złości na okrutny los. Nie potrafili wytrwać w małżeństwie, rozwód wydawał się w pewnym momencie jedynym sensownym rozwiązaniem, jednak Lowie wciąż była mu bliska. Miłość pomiędzy nimi wciąż była, po prostu już inna – przybrała inny kształt, straciła na intensywności, zaczęła karmić się sentymentami zamiast wizją budowania wspólnej przyszłości.
Cieszę się, że cię zastałem – oznajmił spokojnie, wysuwając do przodu dłoń, w której dzielnie dzierżył bukiet. – Mam dla ciebie łapówkę. – Na jej widok uśmiechnął się ciepło, w kobiecych rysach twarzy szukając potwierdzenia, że zjawił się w odpowiedniej chwili. Chciał uczcić kolejną rocznicę ich pierwszej randki, ale nie zrobi tego bez niej. Może o była tylko wymówka, aby sprawdzić co u niej.

Elowen

a cold hearted person was once a person who cared too much

: sob sie 29, 2026 3:56 am
autor: Elowen Grosvenor
#02 - To live in hearts
we leave behind is not to die
john myers


Walczyła każdego dnia.
O siebie, o to by w ogóle wyjść z łóżka. Przez długi czas nawet nie myślała o swojej pracy. Przecież utraciła wszystko. Wszystko to co miało dla niej sens. Choć nie odnalazła go na nowo, to musiała coś zrobić. Zmienić w swoim dotychczasowym życiu. Choćby to było tylko jedno wielkie kłamstwo, którym chciała nakarmić cały świat i wszystkich swoich bliskich. Robiła to tylko dla świętego spokoju, bo inaczej nie skończyłby się niepotrzebne komentarze. Wszyscy traktowali ją przecież jak ofiarę, którą już nie chciała się czuć. Przecież jest silną kobietą, która powinna poradzić sobie nawet najgorszą krzywdą jaką może ją spotkać. Oczywiście nie rozumiała tego, że nie powinna tego robić sama. Nie w momencie, kiedy naprawdę sobie z tym nie radziła.
Wcale nie unikała swojego byłego męża, wręcz przeciwnie. Ostatnimi czasy ich relacje zaczęły wyglądać normalnie, choć na pewno dalekie były do idealnych. Wciąż nosi w sobie złość ale już nie skupiała się na tylko na nim. Przecież tak było jej łatwiej. Łatwiej pogodzić się ze stratą. Mogła obwiniać cały świat ale w głębi duszy to przecież ona miała chronić swoje maleństwo. Zawsze wiedziała, że John przeżył śmierć ich syna równie mocno, a może nawet mocniej niż ona sama. Przecież przestała patrzeć na to jak czuje się jej mąż. Przestała liczyć się z jego emocjami. W tym wszystkim stała się samolubna. Kolejny powód by jeszcze bardziej nienawidzić samą siebie. W jakimś sensie rozpad ich małżeństwa to jej wina. Ona nie walczyła o to by zbliżyć się do niego. Powiedzieć mu, że oboje powinni poradzić sobie ze stratą.
Kiedyś może będzie miała okazję powiedzieć mu jak jest jej przykro, że musiał znosić całą jej złość. Wysłuchiwać tego jak obwinia go o każdy ich oddech, kiedy ich syn przestał być częścią ich życia. Tego fizycznego, bo przecież na zawsze zostanie w ich sercach. We wspomnieniach, które budowali wspólnie. Zawsze będą częścią czegoś, co mogło przetrwać tak wiele. Jednak teraz nie była na tyle odważna by otworzyć się przed nim. Pokazać mu, że jeszcze nie przepracowała utraty syna, a później męża. Nie mogła liczyć, że dla niej po prostu się zatrzyma. Poczeka. Czas przemijał a on miał prawo do tego by odnaleźć coś co będzie dla niego radością. W jakimś sensie nie chciała dopuszczać do siebie tego, że istnieje coś jeszcze po ich małżeństwie ale pomimo tego jak bardzo cierpiała, nie mogła być tak okrutna.
W ich relacji od zawsze ważne były rocznice. Różne rocznice. Nawet te najmniejsze, te które dla wielu osób nie miały znaczenia. Oni jednak pielęgnowali to co piękne i to co przemijało ale też było sposobem na upamiętnienie każdego kolejnego spotkania, które ostatecznie skończyło się ich ślubem. Stworzeniem rodziny. Niestety tylko na krótko. Choć w ferworze swojej pracy i tego, że miała tak wiele spraw do uporządkowania, praktycznie zapomniała o tym, że to właśnie dzisiaj. Dzisiaj przypada rocznica ich pierwszej randki.
Pukanie do drzwi.
Nikt ją nie odwiedzał, od dłuższego czasu. Tak naprawdę nie chciała mieć gości. Z trudem mogła wytrzymać sama ze sobą ale przecież nie mogła udawać, że jej nie ma. Zaparkowany samochód przed domem mówił o tym, że tam jest. Podeszła do drzwi i za nim je otworzyła, wyjrzała przez ogromne okno. Musiało to być coś ważnego. Pomimo tego, że już ze sobą normalnie rozmawiali bez kłótni i wylewającej się złości, to najczęściej wpadali na siebie na cmentarzu. Przy grobie ich syna. Smutna rzeczywistość ale też miejsce, gdzie ponownie zaczęli się ze sobą komunikować.
- Łapówkę? - otwierając drzwi swojemu byłemu mężowi, zrobiła krok w tył. Mógł przecież wejść, nie będzie stał na ganku. Mimo tego, że pogoda była naprawdę przyjemna - Pierwsza randka?! - uderzyło ją to jak grom z jasnego nieba. Jak mogła o tym zapomnieć? Zatrzymała się w przedpokoju, powoli odwracając w jego stronę. Czuła się naprawdę podle, wiedząc, że zapomniała. Może nie do końca zapomniała ale po prostu straciła rachubę czasu - Byłeś w naszej ulubionej pizzerii - uśmiechnęła się delikatnie. Zawsze tam wracali. Nawet jeśli nie zawsze byli wyspani. Kiedy urodził się ich syn to mogli zapomnieć o przespanych nocach. Pojawiali się w lokalu jak zombie, próbując po prostu sprostać tradycji, którą sami wprowadzili do swojego życia. Na samo wspomnienie o tym zaśmiała się w duchu.
- Chyba nie jestem przygotowana. Nawet nie ubrałam się w odpowiedni sposób - miała na sobie przecież zwykłe dżinsy i koszulkę, która daleka była od jakiekolwiek elegancji. Oczywiście nigdy nie chodziło o to by wyglądać jak podczas bankietu albo też innej ważnej imprezy. Zwyczajnie chciała poczuć, że ten dzień jest równie wyjątkowy jak kiedyś. Przeprosiła go i zniknęła na schodach, a później w swojej sypialni. Przebrała się w coś w zwiewną sukienkę, nawet rozpuściła włosy, które jeszcze przed chwilą były niechlujnie ułożone w kok.
- Siadaj, zaraz przygotuję coś do picia. Na co masz dzisiaj ochotę? - spytała, za nim ruszyła w kierunku kuchni. Miała nadzieję, że John rozłoży się wygodnie w salonie i tam będą mogli po prostu spędzić ten czas razem.