Strona 1 z 1

Paint it black

: wt sie 25, 2026 12:45 am
autor: Rain Chandler
08.


W Toronto mieszkał od kilku długich miesięcy, praktycznie od roku, bo przyjechał wraz z rozpoczęciem roku akademickiego i rzadko poruszał się dalej niż z uczelni do domu i z domu do cukierni, w której pracował. Trwała przerwa semestralna, a niebawem miał wrócić na studia i rozpocząć kolejny rok nauki. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy odniósł wrażenie, że życie na nowo postanowiło rzucić mu kłody pod nogi. Telefon od ojca, wykonany z więzienia w Atlancie, wprawił go w stan nieprzyjemnego osłupienia. Diabeł szukał kontaktu i próbował — jak zawsze — znaleźć oparcie w młodszym synu. Wiedział, że na Chase’a nie mógł liczyć. Chłopak zajął się własnym życiem, nową pracą i, w przeciwieństwie do Raina, sprawiał wrażenie osoby, która już dawno pogodziła się ze swoim losem. Młodszy Chandler uparcie walczył — robił to nieumiejętnie, ale przynajmniej próbował.
W przerwach między pogrążaniem się w kolejnym stanie depresyjnym a epizodem nagłej radości analizował więcej, niż było to konieczne. Nawet nie próbował być w tym wszystkim rozsądny. Ulegał emocjom, głównie tym negatywnym. Kto by pomyślał, że czarne scenariusze były tymi, które zawładną jego myślami na długo i zostaną z nim jeszcze dłużej, bo tak łatwo im ulegnie? Zastanawiał się nad tym, czy pobyt Charlesa Chandlera w Atlancie był spełnieniem marzeń rodziny szukającej sprawiedliwości, czy kolejną porażką systemu. Rain kochał swoją matkę całym sercem i uważał, że nie zasłużyła na tak tragiczny los, który ją spotkał. Jemu, jako najmłodszemu członkowi rodziny w dniu pogrzebu kobiety, najtrudniej było pogodzić się z jej śmiercią. Miał dwadzieścia jeden lat i wciąż nie potrafił tego zrobić.

Żal i złość zżerały go od środka, mieszając się z bezsilnością i wyrzutami sumienia. Terapeuta powtarzał, że nie powinien ich mieć, ale w jaki sposób miał walczyć z ciążącym na barkach poczuciem, że spierdolił na całej linii? Zamiast stanąć w obronie jej lub brata, wolał wycofać się jak przerażone zwierzę, bo bał się napadów złości ojca do tego stopnia, że paraliżował go strach i zalewał się łzami.

Głupie, naiwne dziecko.

Zbliżała się rocznica śmierci jego matki, a on nawet nie mógł pojechać na cmentarz oddalony od aktualnego miejsca zamieszkania o jakieś 1020 kilometrów samolotem. Chyba wolał nie wiedzieć, jak obecnie wyglądał ten grób. Miał tylko cichą nadzieję, że ktoś o niego dbał pod ich nieobecność, a matka nie miała nikomu za złe tego, że jej synowie próbowali ułożyć sobie życie.

Jasne.


Wiedział, że była martwa — w końcu żywym nie stawia się nagrobków ani pomników — ale łatwiej było mu żyć z przekonaniem, że chociaż jakaś część jej osoby wciąż była na tym świecie. To było głupie, zważywszy na fakt, że od jej śmierci minęło tyle czasu, że powinien się z tym pogodzić.
Od kilku dni chodziła za nim ochota na zajaranie czegoś mocniejszego niż papierosy. Nie mógł nazwać się ćpunem, bo sięgał po używki naprawdę bardzo rzadko, ale zielsko pomagało mu się zrelaksować. Wciąż nie znał tutejszych dealerów, nie wiedział, komu powinien zaufać, a od kogo niczego nie kupować. Numer do faceta, z którym był umówiony na godzinę dziesiątą wieczorem, dostał od swojego kumpla z roku. Napisał do niego pod pseudonimem, którym posługiwał się w grach komputerowych (Ghost), i umówił się na spotkanie.
Wieczór nie należał do najprzyjemniejszych. Właściwie cholernie pizgało. Ciemność zalewająca ulice ciągnące się wzdłuż budynków przy Guildwood nie wzbudzała zaufania, ale skoro już umówił się z tajemniczym mężczyzną, nie zamierzał rezygnować ze spotkania. Starał się nie spóźnić, już i tak zostało mu niewiele czasu. Dostrzegając majaczącą w świetle lamp ulicznych sylwetkę mężczyzny, przyspieszył nieco kroku, opuszczając głowę przysłoniętą kapturem.

B ł ą d.


Pieprzony błąd.


Nie zauważył przechodzącego obok chłopaka, którego potrącił ramieniem, wypuszczając z ręki telefon. Siarczysta kurwa rzucona w stronę własnej nieuwagi przecięła ciszę, a Rain, zsuwając kaptur z głowy, obrócił się za chłopakiem.
— Sorry, nie chciałem. Trochę mi się spieszy, więc mógłbyś się... — rzucił bez emocji, nawet nie próbując ukryć zniecierpliwienia. Odwrócił się w stronę chłopaka i zrobił krok w jego kierunku, chcąc sięgnąć po telefon leżący nieopodal jego butów.
— Przesunąć? — dokończył, przechylając nieznacznie głowę na bok. Jednoznaczne spojrzenie powędrowało w stronę chodnika, dobitnie sugerując, o co mu chodziło.

Oliver Moon